Dziecko zafiksowane na przedmiocie

Ostatnio zostałem poproszony przez pewną nauczycielkę o pomoc w następującej sprawie: „Chłopiec 3 lata, autyzm. Cały czas gdy jest poza domem musi mieć w rękach swoją śniadaniówkę z dinozaurem. Przeszkadza to we wszystkich czynnościach związanych z rękami.” To całkiem częste zachowanie u dzieci ze spektrum, choć nie tylko u nich. Wybrana pieluszka, kocyk, przytulanka, samochodzik lub inny przedmiot, jak choćby wspomniana śniadaniówka. Trzymają się tego kurczowo gdy tylko muszą opuścić bezpieczne domowe środowisko. I tu mamy pierwszą wskazówkę- ten przedmiot spełnia bardzo ważne zadanie dla dziecka, jest jakby „kotwicą bezpieczeństwa” na nieznanym oceanie bodźców i zdarzeń. Dla nauczyciela w przedszkolu takie pudełko z dinozaurem może być przede wszystkim przeszkodą w realizowaniu zadań, a dla dziecka ono jest tym, co w ogóle pozwala przetrwać w tym obcym środowisku. Taka zmiana myślenia po naszej stronie może spowodować, że spojrzymy na ten przedmiot i na jego właściciela raczej ze zrozumieniem i współczuciem, a nie ze złością i frustracją.

Co jednak dalej z tym robić? W dłuższej perspektywie chodzi o to, żeby się tego pozbyć, a właściwie, żeby pomóc dziecku nauczyć się funkcjonować bez tego fanta, a potrzebę poczucia bezpieczeństwa realizować w bardziej społecznie akceptowalny sposób. Bardziej akceptowalny znaczy po prostu często bardziej niezauważalny. Tylko powtórzę jeszcze raz: „w dalszej perspektywie”. To znaczy, że mamy na to czas. Kolejna sprawa, dobrze jeśli nauczyciel nie wiąże swojego poczucia sukcesu, a już absolutnie swojego poczucia wartości z tym, czy „uda mu się” wyeliminować tę przeszkodę w pracy. Sukcesem nauczyciela jest obdarzenie każdego dnia powierzonego mu dziecka pewną porcją miłości, stosowną do pełnionej roli. To wielkie słowa, ale ostatecznie o to właśnie chodzi. W praktyce to oznacza posłuchanie dziecka, spojrzenie na nie z życzliwością, patrzenie na to, jak się bawi, zatroskanie, gdy jest smutne itd. Nauczyciel jest bardzo ważną osobą w życiu dziecka chociażby przez ilość czasu, jaki z nim spędza. Jeśli tak ustali się ramy swojej pracy- w dłuższej perspektywie czasu i szerszej perspektywie sensu, to śniadaniówka staje się naprawdę maleńkim elementem krajobrazu, który przestaje przeszkadzać. Wtedy można zacząć się życzliwie śmiać z tej śniadaniówki, wtedy można wyrazić nawet nieświadomie swoją życzliwość, z której dziecko zacznie czerpać poczucie bezpieczeństwa, wtedy też pojawia się twórcze myślenie, które podsunie nam pomysły co praktycznie można zrobić z tą śniadaniówką. Dopóki jesteśmy spięci i w pewien sposób zafiksowani na tej śniadaniówce podobnie jak autystyczne dziecko, to nie ruszymy z miejsca. Gdy opowiadałem o tym pytaniu jednej nauczycielce, która już kilkanaście lat pracuje z autystykami zapytała od razu „ciekawe, czy chodzi o pudełko czy o dinozaura?” Dla mnie to jej pytanie jest znakiem pewnego oderwania się od samego siebie, które jest potrzebne w pracy z dziećmi ze spektrum, ale chyba w ogóle w pracy z drugim człowiekiem. W moim odbiorze sprawa była jasna „pudełko, które zajmuje dłonie, przez co nic innego nie mogą zrobić”, a ta pani nie zatrzymała się na pierwszym znaczeniu, tylko od razu poszła dalej. Tego chyba trzeba nam się uczyć, jeśli chcemy pomóc autystykom- nie zatrzymywać się na swoim własnym rozumieniu, na pierwszym sensie, który nadajemy prawie automatycznie.

Po tych poetyckich wywodach z pogranicza filozofii i psychologii pora na praktyczne wskazówki. Co zrobić z tą śniadaniówką? Otóż można spróbować ją zabrać siłą, położyć poza zasięgiem dziecka, zatkać uszy i patrzeć co się wydarzy. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek tak zrobił, więc albo nie zrobiłem, albo było to tak nieprzyjemne doświadczenie, że je wyparłem. Pewnie ból, który dziecko zacznie wyrażać będzie nie do zniesienia dla przeciętnego człowieka, do tego ewentualne zyski nie przewyższą kosztów takiej interwencji. Proponowałbym raczej wymyślić najmniejszy krok, który możemy sobie wyobrazić w kierunku wypuszczenia tej śniadaniówki z ręki. Może odpowiedź na pytanie „gdzie jest dinozaur?” poprzez pokazanie go palcem na śniadaniówce. Może potem otwarcie tej śniadaniówki przez dziecko tak, żeby coś do niej włożyć. Później może otwarcie z pomocą dorosłego, i tak dalej. Małymi krokami. Twórczo i bez napinki, żeby się nie okazało, że jesteśmy bardziej zafiksowani niż nasz autystyk.

Słuchałem ostatnio opowieści nauczycielki o autystycznym chłopcu w przedszkolu, który musi mieć w rękach klocki typu click, żeby w ogóle siedzieć spokojnie na zajęciach. Łączy je i rozdziela, i dopiero wtedy potrafi spokojnie siedzieć, i pracować. Ona mu na to pozwala i dzięki temu spokojnie robi swoją robotę z całą grupą. Jej koleżanka natomiast nie potrafi tego przeskoczyć, bo „na zajęciach nie wolno, trzeba siedzieć grzecznie w kółeczku i trzymać rączki na kolankach nożek zawiązanych na kokardkę”. I ta pani nie jest w stanie nic zrobić podczas zajęć, bo fiksuje się na tych dwóch klockach, które burzą jej jedyną słuszną i idealną wizję zajęć. Czasami udaje jej się dojść do momentu, kiedy klocki zostają odłożone, ale to jest jedyne, co udaje jej się wtedy osiągnąć podczas zajęć. Mnie ostatnio też ktoś zapytał, dlaczego pozwalam nastolatkowi trzymać nogi na stole? Bo gdybym się skupił na tej jednej sprawie, owszem ważnej i uzasadnionej, to być może on by te nogi ściągnął, ale to byłoby jedyne, co uda mi się z nim osiągnąć podczas tego spotkania. To będzie początek i koniec naszej relacji. Jeszcze jedno- ktoś może zapytać „a co z innymi dziećmi, przecież nie możemy ich traktować w różny sposób?” Otóż możemy! Jeżeli tylko uczciwie, z szacunkiem dla naszych podopiecznych wyjaśnimy im co i dlaczego robimy- oni zrozumieją. Oni naprawdę widzą i rozumieją więcej, niż nam się wydaje. Ostatnio, gdy mieliśmy w jednym z przedszkoli dzień świadomości autyzmu, zapytałem podczas posiłku grupę pięciolatków kto według nich ma w naszym przedszkolu autyzm? Wcześniej ich nauczycielka zrobiła podczas zajęć krótkie wprowadzenie wyjaśniając najważniejsze sprawy dotyczące spektrum. Otóż jeden z chłopców wymienił pięć imion dzieci z całego przedszkola. Trafił pięć spośród sześciu dzieci z orzeczeniem o spektrum! A potem… a potem wszyscy dalej jedli zupę! Dzieci są o wiele bardziej tolerancyjne niż nam się wydaje, a może po prostu są bardziej tolerancyjne niż my.

A tak na marginesie czy my, poważni dorośli, z tymi naszymi smartfonami nieustannie w ręce nie przypominamy tego chłopca ze śniadaniówką…?

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.