Równowaga- czyli co wynikło z zabawy w ZOO

Pexels Shiva Smyth 394854 1051449

Wpadłem ostatnio na pomysł, żeby połączyć moje doświadczenie wodzirejskie (przez 11 lat prowadziłem wesela) z pracą psychologa w przedszkolu i zaproponowałem dzieciom „Zabawę w wycieczkę do zoo” (inna wersja tzw. Karety- uczestnicy siedzą w rzędach, mają przydzielone role, narrator opowiada historię i kiedy uczestnik usłyszy swoją rolę musi szybko wstać i obiec wszystkie osoby dookoła, po czym usiąść na swoim miejscu).

Zabawa była przednia- jedna dziewczynka w pięciolatków zrecenzowała krótko „wujek, to była najlepsza zabawa w historii.” Okazało się, że można było też dużo zaobserwować. Po pierwsze, co podkreślałem w każdej grupie, z którą się bawiłem, dzieci bawiły się bezpiecznie. Pomimo emocji, tłoku, ruchu, nikomu nic się nie stało. Te dzieci naprawdę na siebie uważały. Po drugie, co bardzo mnie cieszy, nauczycielki chętnie dołączały do zabawy z dziećmi. Cieszę się, że mogę współpracować z dorosłymi, którzy potrafią się bawić w swojej pracy i nie tworzą zbyt wielu granic pomiędzy sobą, a podopiecznymi. Po trzecie- chociaż większość dzieci łapała w mig o co chodzi, to były też takie, które do końca „nie ogarniały”. Można było jak na dłoni zobaczyć, kto ma trudność z rozumieniem instrukcji, koordynacją ruchową, odróżnianiem stron ciała czy zarządzaniem emocjami. Mnie jednak najbardziej uderzyła i zastanowiła sytuacja z pewnej grupy czterolatków, w której nie mogłem przeprowadzić zabawy z powodu „nadmiernej tendencji do indywidualizmu uczestników”. Otóż, kiedy chciałem czwórce dzieci siedzących w jednym rzędzie przydzielić rolę słoni usłyszałem „ja chcę być pingwinem, a ja chcę być delfinem, a ja syrenką”. I klops, bo ja z kolei nie chciałem dopasowywać swojej narracji do „pingwina, delfina i syrenki”. W tej grupie nie udało nam się pobawić. Chodzę z tym i myślę już od dwóch tygodni. Bardzo cenię sobie indywidualizm, zarówno u moich podopiecznych jak i u samego siebie. Nieraz podkreślam jak ważne dla zdrowia psychicznego jest prawo do realizowania swoich potrzeb. Jednak jest chyba jakiś „punkt przegięcia”, w którym poziom natężenia danej cechy powoduje, że z pozytywnej zamienia się ona w negatywną. Mogłem zmienić narrację z zabawie ale czy wtedy nie poprowadziłbym tych dzieci poza ten „punkt przegięcia”, utwierdzając je, że świat zawsze i wszędzie będzie się dopasowywał do ich potrzeb? Z drugiej strony nie uszanowałbym wtedy swojej potrzeby… Rozstaliśmy się z tą grupę bez żalu, jednak z uczuciem pewnego niedosytu. Ja natomiast noszę w głowie od tego dnia obraz równoważnej huśtawki, jaką można spotkać na placach zabaw. Balansowanie, szukanie równowagi to jest chyba teraz bardzo potrzebne rodzicom i wszystkim wychowawcom dzieci. Żeby nie uwierzyć, że jest jeden właściwy kierunek, jedno przekonanie, wierzenie, cecha, do którego wszystko inne musi się dostosować. Żebyśmy umieli łączyć mądrze to, co czytamy w „nowoczesnych książkach o wychowaniu z tym, co mówiła babcia…”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.