Kiedy kończy się tolerancja najbardziej tolerancyjnego rodzica?

Pozwalanie dziecku na wszystko, nie stawianie granic i nie mówienie „nie” staje się w ostatnich latach normą. Uzasadnia się to potrzebą pozostawienia całkowitej swobody rozwoju tak, aby nie zniszczyć niepowtarzalnej indywidualności jednostki. Wszelkie narzucanie norm jest przy takim myśleniu gwałtem na spontaniczności, która jest uznawana za dobro najwyższe. W ten sposób wszelkie „chcenie czy niechcenie” dziecka staje się wartością absolutną, której sprzeciwienie się jest zbrodnią. Szczególnie odczuwalne jest to na przykład podczas zgromadzeń liturgicznych, które z definicji mają swoje scenariusze i narzucają pewne normy zachowania. Wystarczy jednak jeden bezstresowo chowany mały człowiek na sali, żeby skutecznie wpłynąć na doświadczenie setek osób. Zwrócenie uwagi jest ryzykiem, którego wielu nie decyduje się dzisiaj podjąć, bo koszty emocjonalne takiej interakcji z rodzicem permisywnie chowanego dziecka najczęściej przewyższają znacząco ewentualne zyski.

Jest jednak jeden moment, gdzie ten sposób myślenia i funkcjonowania się zawiesza. Error pojawia się wtedy, kiedy potrzeba spontanicznego rozwoju jednego dziecka wchodzi w konflikt z dokładnie tą samą potrzebą innego. Słowem, kiedy w drogę wchodzi sobie dwoje dzieci podobnie myślących rodziców. Ostatnio na przykład siedziałem na koncercie młodych wokalistów i pianistów z miejskiego ośrodka kultury. Mnóstwo fantastycznych przeżyć, wspaniałe talenty, emocje pierwszych występów po stronie wykonawców i mnóstwo emocji po stronie rodziców i dziadków obecnych na sali… i pani z niespełna dwuletnim dzieckiem, które nie przestawało cały czas mówić, nie starając się nawet ściszyć głosu. Pani wyraźnie nie mówiąca „nie”. Dyskutowała z dwulatkiem w każdej podniesionej przez niego kwestii z należytą powagą i stosownym szacunkiem do ujawniającej swoją niezależność i indywidualność młodej osobowości. Wreszcie ktoś nie wytrzymał i poprosił Panią o wyjście lub uciszenie dziecka, bo „przecież trwa koncert”, a w domyśle „koncert MOJEGO DZIECKA”. Ale co z tego, że koncert? Co z tego, że liturgia? Co z tego, że określone zasady zachowania się w zależności od miejsca, czasu i charakteru wydarzenia?

Czy uczyć te dzieci zasad czy nie? Czy uciszenie dwulatka na koncercie jest grzechem przeciwko jego rozwojowi? Czy można położyć palec na ustach i wytłumaczyć, że „teraz nie mówimy, teraz słuchamy”? Czy my w ogóle mamy coś do przekazania naszym dzieciom, jakąś kulturę, która wyraża się w pewnych normach, zasadach, a głębiej wartościach? Może rzeczywiście ich spontaniczny rozwój jest wartością najwyższą, a być może nawet jedyną, jaka nam pozostała…

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.