Urlop czy robota przez cały rok- Ty wybierasz.

Urlop czy robota przez cały rok- Ty wybierasz.

Pytanie w tytule wydaje się retoryczne ale okazuje się, że nie do końca, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci, a już zupełnie w przypadku autystyków. Mniej więcej rok temu, przed wakacjami, spierałem się z koleżanką czy dziecko autystyczne powinno pracować terapeutycznie w wakacje. Koleżanka twierdziła, że ważna jest ciągłość oddziaływania, ja natomiast byłem zdania, że autystyczny pacjent potrzebuje odpoczynku, jak każde dziecko i każdy człowiek. Kwestia pozostała otwarta i zapewne nie można się spodziewać jednoznacznej odpowiedzi. Ale częściową odpowiedź uzyskałem we wrześniu. Rozmawiałem wtedy z ojcem młodego autystyka (dziecko 3,5 roku). Ten Pan pracował wtedy jako prezes bardzo dużej korporacji, więc wiadomo, że jego praca była bardzo ważna dla niego, on dla niej itd. Zacytuję jedno zdanie: “Jak zobaczyłem co się stało z moim synem po naszym urlopie w lipcu, to zaraz zabukowałem kolejny urlop w sierpniu.” Ten pan prawdopodobnie stał się świadkiem tego, o czym już pisałem- jego dziecko potrzebowało przede wszystkim czasu spędzonego z rodziną. Nie jest to odosobniona opowieść, ten temat wraca- dziecko podczas urlopu z rodziną robi zwykle bardzo duże postępy. Nazywam to EFEKTEM URLOPU. Niestety rzeczywistość jest taka, że po pozytywnej diagnozie rodzice często wpadają dosłownie w wir zajęć dodatkowych i terapii. Gdyby uczciwie policzyć, okaże się, że wielu małych pacjentów pracuje więcej niż na pełen etat. Z przedszkola jadą na trening umiejętności społecznych, potem psycholog, pedagog, dogoterapia, hipoterapia, alpakoterapia- czasami od rana do wieczora. Nie namawiam oczywiście do zarzucenia tych oddziaływań. Namawiam natomiast do czujności i rozsądku. Namawiam do szukania złotego środka pomiędzy oddziaływaniami specjalistycznymi, a momentami spędzanymi tak po prostu w gronie rodzinnym. Dziś przede wszystkim namawiam do odpoczynku w wakacje. Nasze dzieci potrzebują urlopu tak samo jak my. Mówimy często, że trzeba nam resetu, wyłączenia telefonu, niemyślenia o pracy. Nasze dzieci mają dokładnie takie same potrzeby.
Przed nami najważniejszy czas w roku- dwa miesiące wakacji. Szansa na zdobycie wspólnych doświadczeń i wspomnień, które pozostaną z naszymi dziećmi na całe życie.

Dzieci potrzebują DO-RO-SŁYCH.

Dzieci potrzebują DO-RO-SŁYCH.

KIlkanaście lat temu, gdy po raz pierwszy powierzono mi wychowawstwo klasy czwartej, miałem zatarg z jednym z moich uczniów. Już nie pamiętam szczegółów ale pamiętam, że wylądowałem w gabinecie mojej dyrektorki, która udzieliła mi wtedy dwóch bardzo ważnych lekcji. Dziś jedną z nich dzielę się z rodzicami i nauczycielami przy każdej możliwej okazji.
Usłyszałem wtedy słowa: “PAMIĘTAJ, ŻE DZIECKO NIGDY NIE MOŻE CIĘ DOTKNĄĆ.” Chodzi oczywiście o dotknięcie w sensie emocjonalnym- dziecko nie jest w stanie sprawić, że POCZUJĘ SIĘ DOTKNIĘTY. Oczywiście dziecko może próbować ale to ja decyduję o tym, że nie poczuję się dotknięty. Dziecko może próbować. Ja nie mogę się dać. Tak naprawdę mówimy tutaj o dojrzałości emocjonalnej. Jako osoba dorosła powinienem być na tyle dojrzały, ugruntowany w swoim poczuciu tożsamości i wartości, poukładany w swoich emocjach, że jakiekolwiek wysiłki dziecka by zburzyć ten porządek, nie powinny mnie dosięgać.

To jest trudne i myślę, że jest to stan, do którego cały czas dążę. Zwłaszcza w kontakcie z dziećmi z Zespołem Aspergera ta rzeczywistość jest poddawana poważnej próbie. Jak wiadomo dzieci z ZA mają ogromną skłonność do manipulacji i najczęściej jest to manipulacja mistrzowska. To nie tylko zwykłe rzucanie się na podłogę i spazmowanie na poziomie amatorskiego teatru. To przedłużające się milczenie, uparte podawanie błędnego rozwiązania w zadaniu, mówienie na ty, dotykanie najwrażliwszych punktów: “czemu masz taki duży brzuch?”, “teraz ja tu jestem dyrektorem” itd. itp. Dzieciaczek z ZA potrafi naprawdę trafić w samo sendo, w najsłabszy punkt. Pamiętam historię nauczycielki, która po kilku miesiącach pracy z uczniem z Zespołem Aspergera musiała zacząć korzystać z pomocy lekarza psychiatry. Dlatego po cichu nazywam moich pacjentów “małymi terapeutami” ponieważ pomagają swoim rodzicom, nauczycielom, terapeutom odkrywać te tematy i obszary, które jeszcze potrzebują przepracowania.

Ostatnio podczas rozmowy w rok po diagnozie, zapytałem mamę mojego pacjenta, co jej zdaniem jest najważniejsze, co powinno się mówić rodzicom dzieci z ZA. Po chwili zastanowienia odpowiedziała: “że jest to ogromna praca nad sobą.” Nic dodać. Ogromna praca nad swoim myśleniem, a co za tym idzie nad swoimi emocjami. Ja zwykle tłumaczę rodzicom i nauczycielom, że obserwując zachowania takiego dziecka musisz wyczyścić swoją głowę ze wszystkich założeń. Musisz być jak czysta karta. Musisz być jak poszukiwacz i odkrywca. Jeżeli z góry założysz, że coś wiesz i coś rozumiesz, rozminiesz się z prawdą i dzieckiem. Jeżeli na przykład interpretujesz jego zachowania jako bezczelne, przegrałeś.

Potrzebujesz cierpliwości, ciekawości i pokory, by wziąć się raczej za siebie, jeśli dziecko z ZA pomoże Ci odkryć twoje deficytowe obszary. Wskaźnikiem będą Twoje emocje- jeśli jakieś zachowanie dziecka spowoduje Twoje silne wzbudzenie, zastanów się uczciwie dlaczego i co to mówi o Tobie.

Bądź DO-RO-SŁY.

Zawrat i kryzys wieku średniego.

Zawrat i kryzys wieku średniego.

Poniżej tekst mojego artykułu, który ukazał się w czerwcowym numerze Szumu z Nieba. Zamieszczam za zgodą wydawcy i zachęcam do prenumeraty czasopisma- www.odnowa.jezuici.pl/szum/

Dużo chodziłem po górach. Pamiętam, że przez trzy zimy pod rząd chciałem zdobyć Zawrat od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego. Za każdym razem wycofywałem się na kilkadziesiąt lub kilkaset metrów przed przełęczą. Głęboki śnieg, zagrożenie lawinowe czy zmieniająca się pogoda zmuszały mnie do stanięcia przed wyborem: bezpieczny powrót do schroniska, czy ryzykowne podejście na szczyt i noc w górach. Za każdym razem wybierałem bezpieczny powrót.

Pamiętam, że doświadczałem wtedy mieszanych uczuć: porażki, rozczarowania i zawodu, a z drugiej strony poczucia bezpieczeństwa i przekroczenia samego siebie. Byłem wtedy szalony na punkcie zdobywania szczytów! Pamiętam, że gdy pierwszego dnia wakacji nie wszedłem już na wysokość 2000 m n.p.m., to miałem żal do siebie i całego świata. Decyzja o zawróceniu bez zdobycia celu była dla mnie trudniejsza, niż podjęcie wysiłku ponad miarę i wbrew niesprzyjającym okolicznościom. Zawrat jednak miał tę siłę, że aż trzy razy mnie zawrócił. Pamiętam jeszcze jedno doświadczenie. Gdy zaczynałem wracać, nagle dostrzegałem piękne krajobrazy. Widoki i panoramy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, bo zbyt zajęty byłem parciem do góry, do celu. Zwykle miałem wtedy zapas czasu, więc zatrzymywałem się na kilka minut i po prostu patrzyłem, albo poświęcałem chwilkę, żeby napić się lodowato zimnej wody prosto ze strumienia. Te krajobrazy i ten strumień były tam przez cały czas, ale ja nie zauważałem ich idąc do góry, bo wtedy liczył się tylko cel: zdobycie szczytu. Dopiero wracając zaczynałem cieszyć się samą wędrówką i byciem w Tatrach.

Wyżej już nie wejdziesz

To doświadczenie przypomniało mi się, gdy rozmyślałem o kryzysie wieku średniego. Czterdziestka w życiu człowieka (myślę, że nie tylko mężczyzny), to taki czas, gdy uświadamiasz sobie, że dalej już nie wejdziesz, że właśnie przyszedł ten moment, kiedy należałoby zacząć wracać. Kryzys w języku greckim oznacza między innymi rozcięcie, rozpadnięcie. Osiągnięcie czterdziestki, czyli (daj Boże) połowy życia, to rzeczywiście taki moment rozpadu, rozcięcia, pewnego rozstrzygnięcia. Rzeczywistość zaczyna się niepostrzeżenie zmieniać. Uświadamiasz sobie, że „czas wracać”. Nie jest to doświadczenie łatwe ani przyjemne. Dotychczasowy sposób życia przestaje wystarczać. Po czterdziestce tracisz przewagę w tych obszarach, w których dotychczas mogłeś rywalizować i wygrywać. Wokoło jest coraz więcej młodszych o dekadę czy dwie ludzi, którzy wyprzedzają cię, zanim ty w ogóle zdążysz pomyśleć o wyścigu. Jeśli próbujesz utrzymać dotychczasowy stan rzeczy, zaczynasz przypominać wiewiórkę z „Epoki lodowcowej”, która chciała swoim orzeszkiem zatkać szczelinę w lodowcu. W najlepszym wypadku jesteś śmieszny i kupujesz motocykl, a w najgorszym – ranisz wszystkich wokoło: chudniesz dwadzieścia kilo i szukasz dwadzieścia lat młodszej partnerki, żeby jakoś zatrzymać czas. Ale jest też trzecie wyjście: możesz podjąć uczciwą refleksję i odważnie wejść w ten kryzys, zacząć go przeżywać.

Błogosławiona demolka?

Ciekawe światło na samo zjawisko kryzysu rzucił kiedyś polski psycholog Kazimierz Dąbrowski, który jest autorem TEORII DEZINTEGRACJI POZYTYWNEJ. Mówiąc najkrócej, chodzi o to: aby zbudowana została jakaś nowa struktura, dotychczasowa musi zostać zburzona i trzeba przejść przez okres chaosu, bałaganu i nieporządku. To ten moment, kiedy pod Zawratem musiałem zmierzyć się z nieprzyjemnymi uczuciami: porażką, rozczarowaniem. Trzeba było wytrzeć łzy, które płynęły, kiedy kolejny raz musiałem obejść się smakiem zdobycia szczytu. Warto jednak było przejść przez te trudne momenty, żeby za chwilę odnaleźć głęboką radość w samej wędrówce. Najzabawniejsze, że ta radość cały czas była obok mnie, tylko ja jej nie zauważałem, bo goniłem za szczytem. Ja szukałem jej na swój sposób, a ona dała mi się odnaleźć, ale na jej sposób.

Skarb, który mnie trzyma

Rok temu były moje czterdzieste urodziny. Otrzymałem dwa bardzo ważne prezenty.
Pierwszy z nich to przygotowana przez moją żoną, w całkowitej tajemnicy przede mną, wielka księga, do której wkleiła listy napisane przez ludzi, którzy przez pierwsze cztery dekady odegrali bardzo ważną rolę w moim życiu. Są tam listy mojej najbliższej rodziny, przyjaciół z różnych okresów życia, duszpasterzy. Przeczytanie tej księgi zajęło mi ponad tydzień, bo zwykle po pierwszych dwóch minutach łzy wzruszenia całkowicie przesłaniały mi oczy. Ten prezent uświadomił mi, jak bardzo zostałem obdarowany w życiu przez ludzi, których spotkałem. Z wielkim wzruszeniem czytałem również te fragmenty listów, które mówiły o tym, co inni dostali w życiu ode mnie i dzięki mnie.
Drugi prezent dostałem od Boga. Jestem człowiekiem wierzącym. Staram się, aby ta wiara była prosta, w miarę nieskomplikowana, dlatego prosiłem Ojca o prezent na czterdziestkę. Przez chwilę myślałem, że to będzie wygrana w Lotto, tym bardziej, że właśnie w dniu czterdziestych urodzin kobieta, która wydawała mi resztę na stacji benzynowej, powiedziała: „Ooo, cztery złote i czterdzieści cztery grosze, powinien Pan kupić totka”. Kupiłem kupon i zacząłem w wierze planować, na co wydam miliony. Niestety, trafiłem tylko jedną cyfrę. Gdzie więc prezent? Co, jeśli nie miliony?
A prezent przerósł najśmielsze oczekiwania. Już zaczynałem wątpić w to, że Bóg mnie wysłuchał, kiedy… po tygodniu uświadomiłem sobie, że prezent jest, tylko ja go nie widziałem! Ten prezent to nowe imię, które Bóg dał mi na czterdziestkę. Ono było jakby dołączone do księgi przygotowanej przez żonę. Od tego czasu powinienem się nazywać Michał DZIĘKUJĘ Borkowski. Jestem wielkim szczęściarzem, jestem przeobficie obdarowanym człowiekiem, bo dostałem MIŁOŚĆ wielu ludzi. Nie trzymam tego na koncie w banku, a raczej to trzyma mnie. To prawdziwy skarb.
Tak zaopatrzony – z podniesioną głową wyszedłem na przeciw kryzysowi wieku średniego.

Pomyśl, Przyjacielu, o twojej księdze. Pomyśl o tych wszystkich ludziach, którzy napisali w niej tak wiele wspaniałych rozdziałów, oraz o tym, w jak wielu ty się zapisałeś.
W ilu jeszcze możesz się zapisać – u swoich dzieci, wnuków i wszystkich ludzi, których jeszcze spotkasz w swoim życiu. Idź odważnie do przodu, z uśmiechem na ustach i po prostu ciesz się krajobrazem oraz samą wędrówką.

Myszka Miki pod Zawratem

Potocznie mówi się o kryzysie wieku średniego u mężczyzn. Wczoraj w pociągu usiadłem naprzeciw atrakcyjnej nastolatki, która po chwili… okazała się kobietą starszą ode mnie! Pomimo zabiegów kosmetycznych, jej pomarszczona twarz zdradzała pesel sprzed ponad czterdziestu lat. Podkoszulek z Myszką Miki, dwie maskotki przyczepione do kolorowej torebki, modne okulary i jeszcze kilka wizualnych detali były w stanie zmylić widza tylko przez chwilę. Pomyślałem, że ta pani chyba jeszcze nie zdecydowała się zawrócić spod swojego Zawratu i, pomimo okoliczności, prze do góry, chociaż zmarszczki rysujące się na twarzy mówią: „Czas wracać!”. Śmieszne to. Nie bądź śmieszny. Sięgnij po trzeci rozdział księgi Koheleta, przeczytaj go i potraktuj poważnie słowa, że jest czas na wszystko. I podejmij wyzwania tego czasu, który dla ciebie dzisiaj nastał.

Dlaczego warto detronizować dzieci.

Dlaczego warto detronizować dzieci.

W XX wieku amerykański psycholog Skinner hodował gołębie. Zauważył, że jeśli gołąb dostanie pokarm po tym, jak wykonał jakąś czynność, to powtarzał tę czynność, żeby znowu dostać pokarm. Chwila refleksji potwierdza, że wszyscy funkcjonujemy podobnie- jeżeli coś przynosi pożądany skutek, robimy tego więcej. Ja na przykład jestem psychologiem i ludzie płacą mi za tę pracę, więc to właśnie robię. Mój przyjaciel jest informatykiem i za to dostaje co miesiąc porcję ziarna, więc robi tego więcej. Gdyby nagle ludzie przestali potrzebować psychologa, musiałbym zmienić zajęcie. To proste i Ty też tak masz, nawet jeśli dostajesz wysypki na słowo behawioryzm, to on właśnie tak działa także w Twoim życiu.

Podobnie jest u dzieci. One szybko uczą się, że niektóre reakcje przynoszą pożądane, miłe skutki i wtedy robią tego więcej. Jeśli na przykład dziecko zauważa, że jego płacz powoduje wzięcie na ręce, przytulenie, kołysanie i przyjemny ton głosu rodzica, to zgadnij co będzie robiło, kiedy odłożysz je do łóżeczka czy na podłogę… Tak to działa. Ludzie, którzy nie chcą uznać tej prostej, logicznej zasady, wykonują różne intelektualne ewolucje, żeby inaczej wytłumaczyć rzeczywistość. W ostatnim czasie modny robi się termin HIGH NEED BABY (HNB) czyli rzekoma grupa dzieci, które potrzebują już od urodzenia wyjątkowo dużo uwagi, ciepła, a przede wszystkim nieustannego noszenia na rękach. Jest to myślowe odwrócenie rzeczywistości i zamiana przyczyny ze skutkiem. Raczej mówimy tu nie o HNB, a o LSP- LOW SKILL PARENT, czyli rodzicach, którzy są tak niepewni swoich oddziaływań na dzieci, że sami nie są w stanie nadać żadnego kierunku, nie wychowują dzieci, a tłumaczą to troską o ich spontaniczny, niezakłócony rozwój. Skutki takich działań są godne pożałowania. Wiadomo na przykład, że prawidłowy rozwój ruchowy dziecka wymaga już prawie od pierwszych dni życia leżenia na brzuchu na twardej powierzchni. Nieustające noszenie na rękach jest nie tylko zabójcze dla kręgosłupa matki ale zakłóca proces rozwoju dziecka i produkuje później takie sflaczałe dzieci, które nie mają wymaganego napięcia mięśniowego, których kolejne etapy rozwoju następują ze znacznym opóźnieniem względem normy (bo jest coś takiego jak NORMA ROZWOJU!).

Większe dzieci mają już taką wprawę w owijaniu rodziców wokół paluszka, że sterują praktycznie całą rzeczywistością. To one decydują kiedy wyjdziecie z imprezy i czy w ogóle na nią pójdziecie, one ustalają Wasz plan dnia, a przede wszystkim pory wstawania i kładzenia się spać. Tu pojawia się problem, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Te dzieci mają mianowicie bardzo niskie poczucie bezpieczeństwa. Wynika to z tego, że dziecko podświadomie wie, że ono nie potrafi ogarnąć rzeczywistości i oczekuje tego od dorosłego, który powinien wiedzieć co i jak i dlaczego. Dziecko niby chce rządzić ale tak naprawdę boi się tego. Ja na przykład bardzo chciałbym pilotować Boeinga, którym podróżuje ale czułbym ogromny strach gdyby kapitan oddał mi stery i kazał wylądować. Najbezpieczniej czuję się, jak samolot prowadzi doświadczony pilot. Tak samo dziecko zna swoje miejsce w życiu podobnie jak ja znam swoje miejsce w samolocie. Stąd duża część mojej pracy polega na pokazywaniu rodzicom w jaki sposób oddali swoje kompetencje w ręce dzieci oraz przekonywaniu ich dlaczego warto te kompetencje odzyskać. A warto to zrobić przede wszystkim dla dobra samych dzieci, bo to one potrzebują rodzica, który wie co, dlaczego i kiedy, i prowadzi przez życie wyznaczając bezpieczne granice. Oczywiście rzecz wymaga wyczucia, bo można przesadzić w drugą stronę i zupełnie sterować dzieckiem, co też ma opłakane skutki dla jego rozwoju.

Często umęczonym rodzicom, którzy załamują ręcę udzielam rady: “proszę codziennie rano i wieczorem łykać jedną tabletkę EGOIZMU.” Kiedy na ich twarzach rysuje się zaskoczenie, wyjaśniam kolejną psychologiczną zależność: “jeśli Twoje dziecko zobaczy, że Ty masz swoje potrzeby i możesz je realizować, ono będzie wiedziało, że samo może robić podobnie”- to jest uczenie przez MODELOWANIE.

To bardzo poważny temat, bo jeśli skorupka za młodu nasiąknie przekonaniem, że cały świat jest stworzony tylko po to, żeby spełniać jej zachcianki, to na starość będzie poważny problem. W najlepszym wypadku hodujemy rzeszę frustratów, którzy nie będą umieli sobie poradzić nawet z tym, że ktoś na nich zatrąbi na ulicy, a w gorszym przypadku może się okazać, że za dwadzieścia lat uderzy w nas prawdziwe DEPRESYJNE TSUNAMI, jak te dzisiejsze dzieci zetkną się z życiem poza parasolem rodziców.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Mam Znajomą, niespokojną zawodowo duszę, która nie boi się żadnego wyzwania. Ostatnio trafiła na ogłoszenie: pedagoga specjalnego do pracy przy alpakoterapii. Założyła lepszą bluzkę i prosto z przedszkola, gdzie pracuje na etacie pojechała pod adres wskazany przez asystentkę Pana Iks. Miała spotkanie z samym założycielem, właścicielem i prezesem firmy “prywatny- ośrodek- jakich- wiele”. Pan Iks jest człowiekiem, który przeczytał przynajmniej jeden poradnik o profesjonalnej rekrutacji, bo po pierwsze przez cały czas rozmowy zachował pokerową twarz, po drugie zadawał przemyślane pytania wg. przygotowanego wcześniej schematu, a po trzecie na każde pytanie zadane przez Kandydatkę odpowiedział “dlaczego uważa Pani, że to jest ważne”. Na końcu zapewnił moją znajomą, że zostanie poinformowana o tym, czy dostała się do kolejnego etapu rekrutacji. Moja koleżanka wyszła przed niewielki jednorodzinny dom, w którym kilka pokoi i toaleta służą jako siedziba “prywatnego- ośrodka- jakich- wiele” i powiedziała sama do siebie: “ku…, jaki kolejny etap rekrutacji?!” Była zniesmaczona. Szukała pracy z ludźmi i dla ludzi. Emocje, które wyniosła ze spotkania z Panem Iks dopiero dawały o sobie znać. Zniechęcenie, zdemotywowanie, poczucie bycia potraktowanym przedmiotowo… W takiej atmosferze nie zwykła pracować. Chwyciła za wizytówkę i zadzwoniła do Iksa, żeby podziękować za dalszą fatygę ale połączyła się tylko z jego asystentką, która poinformowała, że przekaże… Istne korpo w jednorodzinnym domku gdzieś na przedmieściach Stolicy. Taki mikromordor, mordorek…

Tu kończy się typowo polska część historii, tu kończy się narzekanie. Jeszcze tego samego wieczora moja koleżanka zaczęła czytać o alpakach, sprawdzać, oglądać i rano decyzja była gotowa- “wchodzimy w alpakoterapię”. Od spotkania z Iksem minęło trzy, może cztery miesiące i oto wczoraj przyjechała trzy pierwsze. Są urocze!!! Można je oglądać w internecie, na fejsbuku albo po prostu pojechać i na żywo doświadczyć ich spokoju, kojącego wpływu i „zaraźliwego optymizmu”. Wszystko to zaledwie kilkanaście kilometrów od Pałacu Kultury w zupełnie “niewarszawskiej” części Warszawy można usiąść na trawie, napić się herbaty, popatrzeć na błękit nieba i zieleń trawy i doświadczyć trochę życia w życiu. Zachęcam do odwiedzenia i polubienia https://web.facebook.com/alpakizzielonychtraw/ Tyle jeśli chodzi o fragment reklamujący.

Urzeka mnie w tej historii twórcze podejście koleżanki do tematu. Prawda jest taka, że każde spotkanie z Iksem i jemu podobnymi może być punktem wyjścia, taką trampoliną do odbicia się ku nowej przygodzie, trzeba tylko poważnie potraktować słowa: “jeśli chcesz coś zmienić, zacznij od siebie”. Chyba właśnie to zrobiła moja Znajoma. Trochę tak jak w reklamie banku, która bombarduje w ostatnich dniach z ekranu, zresztą tam też wykorzystane są alpaki. Korpoludek siedzi w biurze i powtarza dobrze znany refren: “a może by tak w Bieszczady…” Sęk w tym, że Bieszczady cały czas są tam, gdzie były, a Ciebie tam nadal nie ma, bo Tobie być może wystarcza ponarzekać i już masz przeświadczenie, że zmieniłeś świat…

Dłuuuuuugi week(end), gonitwa za odpoczynkiem?

Dłuuuuuugi week(end), gonitwa za odpoczynkiem?

Przed nami tzw. długi weekend, choć w tym roku lepiej chyba mówić długi week. Już od kilku tygodni można usłyszeć w mediach: “biorąc trzy dni urlopu, możemy mieć aż dziewięć dni wolnego”. Nie lada gratka. Takie dodatkowe ferie. Rozmawiałem z kolegą, który w tym czasie rusza do Włoch, drugi do Legolandu, trzeci nad morze, czwarty w góry. Ja w tym roku wybieram się na…. ławkę za domem.

Kilka lat temu byłem prawie zgorszony, kiedy mój przyjaciel zapowiedział, że zamierza spędzić dwa tygodnie urlopu w domu. Wyliczył, że rok wcześniej spędził trzy doby w samochodzie zwiedzając Francję i stwierdził, że to go przerasta, że nie wypoczywa w ten sposób. Przez kilka dni po powrocie musiał dochodzić do siebie.

Ostatnio byłem w markecie budowlanym i “przymierzałem się” do różnych mebli ogrodowych. To kolejna kwestia, która mnie zastanawia. Wydajemy nierzadko majątek na urządzenie sobie mieszkania, domu czy ogrodu, a potem robimy wszystko, żeby z tego domu i ogrodu wyjechać. Moja ławka bujana za domem stoi już trzy lata. W tym roku trzebaby ją wymienić, a ja wątpię czy spędziłem na niej łącznie trzy godziny w tym czasie.

Mieszkam koło Warszawy, do której codziennie przyjeżdżają tysiące ludzi z całego świata, żeby ją zwiedzać. Ja natomiast nie jadę jej zwiedzać tylko dlatego, że jest blisko, że mieszkam tuż obok. Znam dużo lepiej wiele innych miast na całym świecie tylko dlatego, że są daleko.

Biorąc pod uwagę powyższe, rozpoczynający się długi weekend spędzę na ławce za domem. Może zrobimy grilla, kto wie…

Nie wspomniałem o finansach ale o tym też myślę, pracuję ciężko, męczę się ale dzięki temu zarobię, żeby móc wyjechać i odpocząć. Czy tylko ja dostrzegam wątpliwy sens w tym zdaniu?

Na zakończenie polecam stronę http://trino.pttk.pl/trasy która podsuwa prawie pięćset pomysłów na wycieczki krajoznawcze w całym kraju. Jest nawet trasa po moich Ząbkach, którą już zaliczyłem, poznając historię okolicy, która znajduje się nie dalej niż pięćset metrów od mojego domu. Cudze chwaliłem, swego nie znałem…

„Patrz krok do przodu” czyli psycholog wobec tragedii.

„Patrz krok do przodu” czyli psycholog wobec tragedii.

Dzisiaj odbył się pogrzeb człowieka, który osierocił trójkę dzieci. Byłem w jego domu dzień po śmierci. Rozmawiałem z żoną, trochę z dziećmi. Czasami jestem zapraszany do takich sytuacji.

Co może zrobić psycholog w obliczu takiej czy podobnej sytuacji? Zapewne przede wszystkim BYĆ z ludźmi. Czy jest coś mądrego, co można powiedzieć?

Zwykle dorosłym mówię wtedy dwie rzeczy. Po pierwsze: “proszę sobie pozwolić na uczucia, które będą się pojawiać. Jeśli będziesz chciała płakać nie hamuj tego. Jeśli będziesz chciała krzyczeć- krzycz!” Jest to prawda o okresie żałoby, która rządzi się swoimi prawami. Według wiedzy podręcznikowej czas ten trwa od 12 do 24 miesięcy. Uczucia zmieniają się, są bardzo intensywne. Jest czas na rozpacz, zaprzeczanie, złość, a gdzieś pod koniec powinno pojawić się pogodzenie. Czas jest tu najważniejszym graczem. Jak mawiał mój Wujek: “czas jest największym mocarzem”. W przypadku żałoby można doświadczyć potęgi czasu na własnej skórze ale na to właśnie potrzeba czasu. Dziś mogę powiedzieć, że to się ułoży za dwa lata ale moje słowa nie wnoszą takiej zmiany, jaką wniosą właśnie te dwa lata. Ważne, żeby ten czas dać sobie samemu i sobie nawzajem. Niektórzy w naturalnym odruchu próbują uciszyć zwłaszcza płaczące dzieci albo popędzają je w żałobie: “no już, nie smuć się.” Inni, zwłaszcza ludzie wierzący, mają tendencje, żeby “naklejać religijne plastry przeciwbólowe”, mówiąc na przykład: “tatuś jest w Niebie, tatuś się cieszy, więc Ty przestań płakać.” Niektórzy nawet w imię wiary w życie po śmierci tłamszą przejawy ludzkich uczuć u siebie czy innych. Słyszałem ostatnio w jednym z kazań w kościele jak ksiądz wychwalał kobietę, która ganiła osoby składające jej wyrazy współczucia po śmierci dziecka. Ta pani miała powiedzieć: “proszę księdza, przecież ja mam świętego w niebie, ja się nie mogę smucić, ja się cieszę.” To pewnie prawda, zresztą ja sam wierzę podobnie ale nie godzę się na odczłowieczanie. To jest postawa osób świętszych od samego Boga. Zastanawiam się czy taki ksiądz nie skarciłby samego Jezusa, który w trwodze przed męką pocił się krwawym potem w ogrójcu…. Zatem pierwsze, to pozwolić sobie być człowiekiem i po ludzku przeżyć CZAS ŻAŁOBY.

Druga rzecz, którą ośmielam przerwać ciszę to: “teraz proszę patrzeć na najbliższy krok, który trzeba zrobić. Proszę nie myśleć dalej niż o najbliższej czynności do wykonania”. Zwykle też proszę o zaparzenie herbaty i przyglądam się, czy osoba potrafi to zrobić. Przypomina mi się sytuacja, kiedy biegłem z kolegą w Oliwskich lasach. Przed nami był ponad pięciokilometrowy podbieg i kolega powiedział tak: “teraz nie patrz do przodu, tylko patrz na krok przed siebie”. Rzeczywiście, gdybym wtedy patrzył do przodu, to prawdopodobnie bym się zatrzymał, bo podbieg wydawał się nie kończyć. Patrząc tylko na kilka metrów do przodu i robiąc kolejne kroki podbiegłem do końca. Myślę, że to jest w ogóle dobra strategia na trudne sytuacje, a kto wie czy nie na całe życie. Patrzeć tylko na krok do przodu i ten krok robić. Mój przyjaciel, który przepracował wiele lat na onkologii dziecięcej i z żałobą jest oswojony mówi jeszcze mocniej: “wziąć kolejny oddech”. Są sytuacje, kiedy to jest naprawdę trudne zadanie- dalej oddychać.

Patrz na krok do przodu i pozwól czasowi działać- ot i cała rada.

Pomyśl dzisiaj o tej kobiecie, która została z trójką dzieci jak będziesz chciał powiedzieć, że ryż był za mało sypki, że klima Ci nie działa w samochodzie albo że słońce za mocno świeci. I ciesz się, że możesz oddychać.

SPR czyli Syndrom Pierwszych Rodziców albo Projekt Dziecko.

SPR czyli Syndrom Pierwszych Rodziców albo Projekt Dziecko.

Obserwuje moich niektórych znajomych na FB, którzy mają pierwsze dziecko. Patrzę, z jakim uczuciem, przejęciem, ekstazą publikują swoje rodzinne zdjęcia: “Jasio je”, “Jasio na spacerze”, “Jaś spojrzał na pieska” – i myślę sobie, że tak chyba zachowywali się Pierwsi Rodzice, jak urodziło im się pierwsze dziecko. Może i ja tak się zachowywałem po urodzeniu mojego pierworodnego ale nie wydaje mi się. Towarzyszy temu przesadne skupienie na “ważnych” szczegółach, podsycane zapewne przez specjalistów od marketingu. Co i rusz pojawiają się pytania typu: “Jakiej posypki używacie?”, “Jakie nosidełko polecacie na Tatry (zachodnie- raczej doliny, ewentualne wejście na jakiś szczyt?”, “Jakie łóżeczko?” itd., itp. Do tego klimat wszechobecności parentingowego bloggerstwa, czyli nieustanne recenzowanie każdego gadżetu, którego dotknęło pierwsze dziecko świata. Dlaczego Jasi tym się bawił, a tamtym nie i dlaczego Biedronka powinna w przyszłości wziąć to pod uwagę.

A ja dziś chcę się zapytać:
– czy już od samego początku kładziesz swoje dziecko na brzuszku, na twardej powierzchni, żeby mogło za chwilę zacząć dźwigać główkę, a potem dalej się prawidłowo rozwijać ruchowo? A może nosisz je nieustannie na rękach „bo ono tego potrzebuje”, a przez to kaleczysz jego rozwój fizyczny?
– czy rozmawiasz ze swoim dzieckiem? Czy przewijając je bardziej skupiasz się na tym, jak telewizyjny Doktor kazał trzymać, czy może cały czas mówisz do niego, pokazujesz mu rzeczy i nazywasz (nie używając zdrobnień), czy tłumaczysz mu co robisz? Poświęcasz godziny na wybór najlepszego łóżeczka, porównujesz modele, a brakuje Ci czasu, żeby oglądać z dzieckiem książeczki, bawić się jego grzechotką, położyć się obok niego na jego najwspanialszej macie edukacyjnej i po prostu być i do niego mówić!
– czy Twoje dziecko rozpoznaje Twoją twarz i reaguje na nią uśmiechem? A może rozpoznaje tylko tylni panel Twojego smartfona, którym nieustannie robisz kolejne focie na fejsa? Ostatnio wyjąłem telefon, żeby odtworzyć dzieciom dźwięk w przedszkolu. Pięcioro z kilkunastu dzieci zupełnie się zapomniało na widok tego przedmiotu, doskoczyły do urządzenia i nie reagowały na polecenia moje czy nauczycielek,
– czy Twoje dziecko słyszy swoje imię (znowu bez przesadnych zdrobnień)? Ostatnio znajoma terapeutka przeraziła się jak dwuletnie dziecko nie zareagowało na swoje imię. Okazało się, że to nie autyzm. Po prostu tata mówi na nią Kluseczka, dziadzio Księżniczka, babcia Królewna, a mama Słodziak. Nikt nie mówił do dziecka po imieniu!!!!

W dzisiejszych czasach wszechobecnego liczenia lajków pod zdjęciami można zupełnie przeoczyć to, co najważniejsze w wychowaniu dziecka, czyli zwykły codzienny kontakt z żywym człowiekiem. Do tego jeszcze specjaliści od marketingu pomogają przecedzać komara tak długo i skutecznie (na przykład wybierać łóżeczko z wyjmowanym szczebelkiem), że nawet się nie spostrzegasz kiedy połknąłeś wielbłąda.

Na koniec jedna wskazówka- podpatruj Twoich dziadków, oni robili wiele bardzo ważnych rzeczy kierując się intuicją, którą w naszych czasach niestety wyparło podejście projektowe.

Rozmowy o Zespole Aspergera- „boimy się”.

Rozmowy o Zespole Aspergera- „boimy się”.

Rozmawiałem z mamą chłopca, która opisywała swojego syna- książkowy przykład Zespołu Aspergera. W pewnym momencie wyrwało jej się zdanie: “naczytaliśmy się z mężem i BOIMY SIĘ, że to może być jakiś autyzm albo Zespół Aspergera”. Tutaj postanowiłem jej przerwać.

Po pierwsze gratuluje Pani męża. Większość matek jak już pokona własny opór przed skonfrontowaniem się z rzeczywistością potocznie nazywaną “z moim dzieckiem jest coś NIE TAK”, musi jeszcze stoczyć batalię z własnym mężem, który będzie długo twierdził, że “wszytko jest OK, czepiasz się go i wymyślasz.” Ten scenariusz powtarza się na tyle często, że kiedyś podczas pierwszej konsultacji po pytaniu “od czego mamy zacząć?” pozwoliłem sobie na odpowiedź: “zwykle zaczyna się od tego, że Pan zwraca się do żony i mówi: Ty mów, bo to TY MASZ PROBLEM.” Warto było tam być, żeby zobaczyć mieszankę zaskoczenia i niedowierzania na twarzach tych Państwa. Może pomyśleli, że jestem jednym z tych psychologów, który umie czytać w myślach… Rzeczywiście tak jest bardzo często- mężczyzna oporuje dłużej i przez to nie wspiera matki w dążeniu do zdiagnozowania i uzyskania trafionej pomocy dla dziecka z aspergerem.

Po drugie proponuje zakwestionować swoje myślenie o autyzmie czy Zespole Aspergera. Widząc jak głęboko stygmatyzacja jest zakorzeniona w naszym społeczeństwie, a dokładnie w naszych własnych przekonaniach, najchętniej odszedłbym od tego nazewnictwa i mówił na przykład o tym, że ja mam Zespół Michała Borkowskiego, Jan Kowalski ma Zespół Jana Kowalskiego i tak dalej. Chodzi o to, że każdy z nas jest inny. Ja na przykład mam swoje silne strony, które mogą być bogactwem zarówno dla mnie samego, jak i ludzi, których spotykam. Mam też słabe strony, szare odcienie mojej osobowości, które są ciężarem znowy dla mnie, a może przede wszystkim dla innych. Chodzi o to, żebym te pierwsze rzeczy mnożył i umacniał, a te drugie starał się zmienić. W dłuższej perspektywie chodzi przecież o to, żebym ja był szczęśliwy i ludzie, z którymi buduję relację. Podobnie z Pani Synem. On też ma liczne silne strony ale ma i te słabe, z którymi sobie nie do końca radzi. Obszar emocji, relacji społecznych, komunikacji- to pewnie są te obszary, gdzie jemu jest i będzie trudno. Nad tym będzie musiał pracować bardziej, więcej być może przez całe życie. Ale to go nie skreśla. To jest wyzwanie. W dzieciństwie to jest wyzwanie przede wszystkim dla Was.

Proszę się nie bać diagnozy. Jedna z mam aspiego powiedziała: “to ważne, żeby poznać swojego wroga.” Oczywiście tym wrogiem nigdy nie jest samo dziecko. Jest to tylko pewna jego konstrukcja, jego specyfika. Ludzie mają różne cechy, różne wyzwania. Jeśli to aperger, to wiemy jak działać, wiemy czego się spodziewać. Wiemy, że jego trudne zachowania to nie zła wola czy niewychowanie. To są sposoby jakie na dzień dzisiejszy zna, żeby poradzić sobie z trudnymi dla niego sytuacjami. Takie myślenie bardzo ODBARCZA zarówno Was- TO NIE WASZA WINA, jak i same dziecko- ono też nie jest niczemu winne. Takie myślenie generuje zupełnie inne, bardziej „twórcze” emocje.
Jeśli więc coś Was niepokoi- głowa do góry i odważnie do przodu. Bardzo ważne- DIAGNOZA JEST PUNKTEM WYJŚCIA, A NIE PUNKTEM DOJŚCIA. To dopiero początek. Jedna z mam powiedziała na grupie wsparcia: “od niedawna jestem na tej drodze”. Właśnie, to jest droga. Można nią iść. Nie jest to łatwe, grunt bywa bardzo grząski, nogi się zapadają, czasami mamy wrażenie, że cofamy się ale ważne, żeby iść, bo nawet największe szczyty zdobywa się małymi krokami.

„Głupia Pani!”

„Głupia Pani!”

Rozmawiałem ostatnio z Nauczycielką, która powiedziała: “zawsze potrafię poznać, które dziecko słyszy w domu negatywne komunikaty na mój temat, gdzie się mnie deprecjonuje. Po prostu widzę to po dziecku”.
Niestety cały czas spotyka się rodziców, którzy pozwalają sobie na krytykowanie Pani, często w nieparlamentarnych słowach przy dziecku: “ta głupia baba”, “ona sobie nie radzi”, “Twoja Pani się nie zna” itp. Nie będę przekonywał, że to jest strzał w kolano. Powiem tylko, że jak mi wulkanizator spieprzył koła w Toyocie, to już nigdy więcej jej do niego nie wstawiłem i ostrzegłem przed nim wszytkich znajomych. Moja Toyota mogła czuć się bezpieczna, wiedziała, że nie pozwolę jej krzywdzić. A jeśli TY wieczorem w domu mówisz, że Pani jest głupia, a na drugi dzień mówisz tej Pani przy dziecku z uśmiechem “dzień dobry” i każesz mu iść z tą Panią, to Twoje dziecko może się z Tobą czuć mniej bezpieczne, niż mój samochód ze mną.
Rozumiesz to? Napiszę wprost: po pierwsze dajesz podwójny przekaz- Pani jest głupia ale jednak do niej idziemy, a po drugie dajesz przekaz podprogowy “Pani jest głupia i Ciebie (dziecko) jej powierzymy- tzn. nie liczysz się dla nas.”
Jeśli Pani rzeczywiście jest głupia to: porozmawiaj z nią, jeśli nie pomoże porozmawiaj z Dyrekcją, jeśli to nie pomoże natychmiast zabierz swoje dziecko od „Głupiej Pani”, żeby się nie okazało, że najgłupszy jesteś Ty Rodzicu.

Wychować odważnego CZŁOWIEKA, a nie pierdołę.

Wychować odważnego CZŁOWIEKA, a nie pierdołę.

Znajoma opowiadała mi ostatnio, że jej nastoletni syn całkowicie zniszczył w zimie swoje podręczniki. Wychodził z domu w zimowych butach, żeby mama się cieszyła ale za rogiem podwijał nogawki, zakładał adidaski i paradował do szkoły z odsłoniętymi pęcinami. Zimowe buty chował do plecaka, co niestety odbiło się na stanie książek. Nie wiem czy on lubi chodzić z gołymi kostkami przy 15 stopniowych mrozach. Wątpie czy ktokolwiek to lubi ale jest moda, jest presja.

Na zebraniu rodziców pewna mama niepokoiła się co się stanie, jeśli jej córka opuści klasową grupę na Messangerze, gdzie doświadczała hejtu. Czy to nie będzie dla dziewczynki gorsza trauma? Presja jest silna.

Pamiętam, że jak chodziliśmy do podstawówki, to była grupa chłopaków, którzy palili papierosy za garażami. Presja była duża, żeby do nich dołączyć. Nie byłeś z nimi- byłeś dupkiem. Z czasem grupa “dupków” była większa, więc i presja mniejsza ale były momenty, kiedy trzeba było wziąć napięcie na klatę.

Prowadziłem ostatnio zajęcia dla klasy siódmej. Zaproponowałem ćwiczenie, w którym uczestnicy mieli dokonać wyboru. Cała grupa rozeszła się na boki, tylko jedna dziewczyna została na środku. Powiedziałem: “musisz zadecycować!” Dziewczyna powiedziała: “nie, bo to jest głupie pytanie.” W pierwszym odruchu skoczyło mi ciśnienie, bo dzieciak zepsuł MÓJ SCENARIUSZ. Na szczęście tuż po tym przyszła refleksja: “stary to pytanie rzeczywiście JEST głupie, a to dziecko jest przede wszystkim mega odważne, bo nie boi się wielkiego ponad stukilowego psychologa, który coś tam każe jej robić. Ona myśli. Ona jest niezależna. Ona jest asertywna. ONA JEST PERŁĄ!”

Czapka z głowy dla rodziców tego Młodego Człowieka! Jak powielić ich sukces? Zapewne nie dzieje się to przez nieustanne chowanie dziecka pod kloszem i osłanianie przed jakąkolwiek frustracją. Ta dziewczyna pomimo młodego wieku wydawała się już zaprawiona w społecznym boju.

Super dziecko, super rodzic, super depresja.

Super dziecko, super rodzic, super depresja.

Stanąłem przed grupą rodziców zebranych na wywiadówce i powiedziałem tak: “Dzień dobry Państwu. Nazywam się Michał Borkowski. Jestem najlepszym psychologiem w Polsce. Macie ogromne szczęście, że Wasze dzieci trafiły właśnie na mnie, bo JA znam odpowiedź na wszystkie pytania. Co więcej JA MAM RACJĘ, więc jeśli ktoś myśli inaczej niż JA, tym gorzej dla niego.”

Tu zrobiłem pauzę.

Kiedy pojawiły się pierwsze niepewne uśmiechy, pytające spojrzenia, zażenowanie, wiercenie na krzesłach dodałem: “Właśnie takich ludzi wychowujecie.”

Przekazujecie swoim dzieciom Waszą wiarę w nich. Dobrze robicie, to bardzo ważne. Ale także w tym potrzebny jest umiar. Wiara lubi przyjaźnić się z rozumem. Rozum podpowiada, że wspaniałość, wielkość to rzeczy, które się wypracowuje, które wymagają czasu i zaangażowania. Nade wszytko wymagają przyjmowania porażek i uczenia się na nich. Hołdujecie w Waszych korporacjach ocenie 360 i feedback’ujecie się nieustannie, a niestety wielu z Was absolutnie nie dopuszcza do siebie żadnej informacji, która kwestionuje doskonałość Waszego dziecka. Torpedujecie nauczyciela, który mówi: “To nie jest tak, że on zawsze jest ofiarą” albo “Ona też musi popracować nad swoim zachowaniem” czy po prostu wstawia coś innego niż szóstkę Waszemu Geniuszowi. W ten sposób forsujecie absurdalną tezę, że Wasze dzieci są skończonym dziełem, że nie są w procesie rozwoju, że nie potrzebują zrobić już żadnego kroku dalej. Nauczyciele nierzadko się Was boją, są Wami zmęczeni albo po prostu poddali się w obliczu Waszego uporu. Czasami zdarza się jakiś instruktor pływania albo inny specjalista, który skonfrontuje Wasze dziecko, bo przecież pływania trzeba się dopiero nauczyć ale wtedy albo usuwacie instruktora albo rezygnujecie z basenu. Izolujecie dziecko od grupy rówieśniczej, bo ona konfrontuje bez pardonu. Uprzedzacie wszystkie jego interakcje społeczne i tworzycie atmosferę zastraszenia, gdzie każdy kto chciałby wtrącić jakieś “ale”- boi się odezwać. Szukacie literatury i specjalistów, którzy potwierdzą Wasz sposób myślenia.

Najgorsze jest jednak to, co robicie dzieciom. Odbieracie im szansę na rozwój. Wdrukowujecie przekaz, że wszystko im się należy i o nic nie muszą się starać. A między wierszami dajecie im informację: “nie można się mylić- albo jesteś idealny albo cię nie ma”.
To pewna droga do depresji i karłowatej, egocentrycznej osobowości.

WP Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com