Dlaczego warto detronizować dzieci.

Dlaczego warto detronizować dzieci.

W XX wieku amerykański psycholog Skinner hodował gołębie. Zauważył, że jeśli gołąb dostanie pokarm po tym, jak wykonał jakąś czynność, to powtarzał tę czynność, żeby znowu dostać pokarm. Chwila refleksji potwierdza, że wszyscy funkcjonujemy podobnie- jeżeli coś przynosi pożądany skutek, robimy tego więcej. Ja na przykład jestem psychologiem i ludzie płacą mi za tę pracę, więc to właśnie robię. Mój przyjaciel jest informatykiem i za to dostaje co miesiąc porcję ziarna, więc robi tego więcej. Gdyby nagle ludzie przestali potrzebować psychologa, musiałbym zmienić zajęcie. To proste i Ty też tak masz, nawet jeśli dostajesz wysypki na słowo behawioryzm, to on właśnie tak działa także w Twoim życiu.

Podobnie jest u dzieci. One szybko uczą się, że niektóre reakcje przynoszą pożądane, miłe skutki i wtedy robią tego więcej. Jeśli na przykład dziecko zauważa, że jego płacz powoduje wzięcie na ręce, przytulenie, kołysanie i przyjemny ton głosu rodzica, to zgadnij co będzie robiło, kiedy odłożysz je do łóżeczka czy na podłogę… Tak to działa. Ludzie, którzy nie chcą uznać tej prostej, logicznej zasady, wykonują różne intelektualne ewolucje, żeby inaczej wytłumaczyć rzeczywistość. W ostatnim czasie modny robi się termin HIGH NEED BABY (HNB) czyli rzekoma grupa dzieci, które potrzebują już od urodzenia wyjątkowo dużo uwagi, ciepła, a przede wszystkim nieustannego noszenia na rękach. Jest to myślowe odwrócenie rzeczywistości i zamiana przyczyny ze skutkiem. Raczej mówimy tu nie o HNB, a o LSP- LOW SKILL PARENT, czyli rodzicach, którzy są tak niepewni swoich oddziaływań na dzieci, że sami nie są w stanie nadać żadnego kierunku, nie wychowują dzieci, a tłumaczą to troską o ich spontaniczny, niezakłócony rozwój. Skutki takich działań są godne pożałowania. Wiadomo na przykład, że prawidłowy rozwój ruchowy dziecka wymaga już prawie od pierwszych dni życia leżenia na brzuchu na twardej powierzchni. Nieustające noszenie na rękach jest nie tylko zabójcze dla kręgosłupa matki ale zakłóca proces rozwoju dziecka i produkuje później takie sflaczałe dzieci, które nie mają wymaganego napięcia mięśniowego, których kolejne etapy rozwoju następują ze znacznym opóźnieniem względem normy (bo jest coś takiego jak NORMA ROZWOJU!).

Większe dzieci mają już taką wprawę w owijaniu rodziców wokół paluszka, że sterują praktycznie całą rzeczywistością. To one decydują kiedy wyjdziecie z imprezy i czy w ogóle na nią pójdziecie, one ustalają Wasz plan dnia, a przede wszystkim pory wstawania i kładzenia się spać. Tu pojawia się problem, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Te dzieci mają mianowicie bardzo niskie poczucie bezpieczeństwa. Wynika to z tego, że dziecko podświadomie wie, że ono nie potrafi ogarnąć rzeczywistości i oczekuje tego od dorosłego, który powinien wiedzieć co i jak i dlaczego. Dziecko niby chce rządzić ale tak naprawdę boi się tego. Ja na przykład bardzo chciałbym pilotować Boeinga, którym podróżuje ale czułbym ogromny strach gdyby kapitan oddał mi stery i kazał wylądować. Najbezpieczniej czuję się, jak samolot prowadzi doświadczony pilot. Tak samo dziecko zna swoje miejsce w życiu podobnie jak ja znam swoje miejsce w samolocie. Stąd duża część mojej pracy polega na pokazywaniu rodzicom w jaki sposób oddali swoje kompetencje w ręce dzieci oraz przekonywaniu ich dlaczego warto te kompetencje odzyskać. A warto to zrobić przede wszystkim dla dobra samych dzieci, bo to one potrzebują rodzica, który wie co, dlaczego i kiedy, i prowadzi przez życie wyznaczając bezpieczne granice. Oczywiście rzecz wymaga wyczucia, bo można przesadzić w drugą stronę i zupełnie sterować dzieckiem, co też ma opłakane skutki dla jego rozwoju.

Często umęczonym rodzicom, którzy załamują ręcę udzielam rady: “proszę codziennie rano i wieczorem łykać jedną tabletkę EGOIZMU.” Kiedy na ich twarzach rysuje się zaskoczenie, wyjaśniam kolejną psychologiczną zależność: “jeśli Twoje dziecko zobaczy, że Ty masz swoje potrzeby i możesz je realizować, ono będzie wiedziało, że samo może robić podobnie”- to jest uczenie przez MODELOWANIE.

To bardzo poważny temat, bo jeśli skorupka za młodu nasiąknie przekonaniem, że cały świat jest stworzony tylko po to, żeby spełniać jej zachcianki, to na starość będzie poważny problem. W najlepszym wypadku hodujemy rzeszę frustratów, którzy nie będą umieli sobie poradzić nawet z tym, że ktoś na nich zatrąbi na ulicy, a w gorszym przypadku może się okazać, że za dwadzieścia lat uderzy w nas prawdziwe DEPRESYJNE TSUNAMI, jak te dzisiejsze dzieci zetkną się z życiem poza parasolem rodziców.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Mam Znajomą, niespokojną zawodowo duszę, która nie boi się żadnego wyzwania. Ostatnio trafiła na ogłoszenie: pedagoga specjalnego do pracy przy alpakoterapii. Założyła lepszą bluzkę i prosto z przedszkola, gdzie pracuje na etacie pojechała pod adres wskazany przez asystentkę Pana Iks. Miała spotkanie z samym założycielem, właścicielem i prezesem firmy “prywatny- ośrodek- jakich- wiele”. Pan Iks jest człowiekiem, który przeczytał przynajmniej jeden poradnik o profesjonalnej rekrutacji, bo po pierwsze przez cały czas rozmowy zachował pokerową twarz, po drugie zadawał przemyślane pytania wg. przygotowanego wcześniej schematu, a po trzecie na każde pytanie zadane przez Kandydatkę odpowiedział “dlaczego uważa Pani, że to jest ważne”. Na końcu zapewnił moją znajomą, że zostanie poinformowana o tym, czy dostała się do kolejnego etapu rekrutacji. Moja koleżanka wyszła przed niewielki jednorodzinny dom, w którym kilka pokoi i toaleta służą jako siedziba “prywatnego- ośrodka- jakich- wiele” i powiedziała sama do siebie: “ku…, jaki kolejny etap rekrutacji?!” Była zniesmaczona. Szukała pracy z ludźmi i dla ludzi. Emocje, które wyniosła ze spotkania z Panem Iks dopiero dawały o sobie znać. Zniechęcenie, zdemotywowanie, poczucie bycia potraktowanym przedmiotowo… W takiej atmosferze nie zwykła pracować. Chwyciła za wizytówkę i zadzwoniła do Iksa, żeby podziękować za dalszą fatygę ale połączyła się tylko z jego asystentką, która poinformowała, że przekaże… Istne korpo w jednorodzinnym domku gdzieś na przedmieściach Stolicy. Taki mikromordor, mordorek…

Tu kończy się typowo polska część historii, tu kończy się narzekanie. Jeszcze tego samego wieczora moja koleżanka zaczęła czytać o alpakach, sprawdzać, oglądać i rano decyzja była gotowa- “wchodzimy w alpakoterapię”. Od spotkania z Iksem minęło trzy, może cztery miesiące i oto wczoraj przyjechała trzy pierwsze. Są urocze!!! Można je oglądać w internecie, na fejsbuku albo po prostu pojechać i na żywo doświadczyć ich spokoju, kojącego wpływu i „zaraźliwego optymizmu”. Wszystko to zaledwie kilkanaście kilometrów od Pałacu Kultury w zupełnie “niewarszawskiej” części Warszawy można usiąść na trawie, napić się herbaty, popatrzeć na błękit nieba i zieleń trawy i doświadczyć trochę życia w życiu. Zachęcam do odwiedzenia i polubienia https://web.facebook.com/alpakizzielonychtraw/ Tyle jeśli chodzi o fragment reklamujący.

Urzeka mnie w tej historii twórcze podejście koleżanki do tematu. Prawda jest taka, że każde spotkanie z Iksem i jemu podobnymi może być punktem wyjścia, taką trampoliną do odbicia się ku nowej przygodzie, trzeba tylko poważnie potraktować słowa: “jeśli chcesz coś zmienić, zacznij od siebie”. Chyba właśnie to zrobiła moja Znajoma. Trochę tak jak w reklamie banku, która bombarduje w ostatnich dniach z ekranu, zresztą tam też wykorzystane są alpaki. Korpoludek siedzi w biurze i powtarza dobrze znany refren: “a może by tak w Bieszczady…” Sęk w tym, że Bieszczady cały czas są tam, gdzie były, a Ciebie tam nadal nie ma, bo Tobie być może wystarcza ponarzekać i już masz przeświadczenie, że zmieniłeś świat…

Działaj albo milcz- refleksje po spotkaniu z Nauczycielami.

Działaj albo milcz- refleksje po spotkaniu z Nauczycielami.

Z tym polskim narzekaniem jest tak, że ono broni nas przed podjęciem jakichkolwiek sensownych działań. Jest mi źle, więc ponarzekam i już, i dalej na stare tory. Czy liczysz, że usłyszy Cię KTOŚ, albo jacyś ONI, albo ten ZŁY RZĄD, albo ZWIĄZEK ZAWODOWY, albo PANI MINISTER wreszcie się nawróci i zrobi Ci lepiej? Nikt nie zmieni nic za Ciebie. Pracując z dziećmi lubię zaskakiwać je pytaniem: “Jest jedna osoba, która może zmienić Twoje zachowanie, wiesz kto?” Kiedy dziecko zaczyna wymieniać: mama, tata, pan psycholog, wypowiadam jego imię i nazwisko. Na początku pojawia się zmieszanie ale zaraz za nim uśmiech na twarzy. Dzieci to rozumieją i korzystają z tego. Wchodzą do gabinetu z podniesioną głową i meldują jak pokonały fiksację, czynności natrętne czy inne trudne zachowania.

Dorośli tego nie rozumieją. Przykładem sztandarowym są nauczyciele. Jest to, moim zdaniem, najbardziej zahipnotyzowana grupa zawodowa w naszym społeczeństwie. To są w stu procentach ludzie z wyższym wykształceniem, którzy godzą się na pracę za wynagrodzenie często niższe niż w markecie, mimo iż biorą na siebie totalną odpowiedzialność za największy skarb czyli dziecko. Pracują z człowiekiem, a więc materiałem nieprzewidywalnym, są rozliczani ze wszystkiego, cały czas na świeczniku, non-stop oceniani, absolutnie nie szanowani przez większość rodziców, przełożonych i… i nic z tym nie robią. To znaczy robią- ponarzekają przy tej czy innej okazji i dalej wracają na stare tory. W pokoju nauczycielskim wołają, że ta minister (a wcześniej tamta) się nie zna, że nie było nigdy nikogo kto by wiedział o co chodzi, że decyzję podejmują teoretycy, że rodzice to, że dzieci coraz trudniejsze, że zarobki niegodne i… dalej do roboty. Może ktoś usłyszy i się zlituje. Kto ma usłyszeć? Kto ma się zlitować?

Do niedawna sam żyłem w tej hipnozie. Przez jedenaście lat. Kiedy już mnie żuchwa zaczęła boleć od biadolenia powiedziałem DOŚĆ. Bardzo dobrze czułem się w pracy z dziećmi, myślę, że byłem dobrym nauczycielem, to było chyba moje POWOŁANIE… Jednak okoliczności, warunki zewnętrzne też trzeba wziąć pod uwagę. Zdecydowałem się postawić sprawę na ostrzu noża. Oczywiście jeden psycholog szkolny zmiany nie czyni dla społeczeństwa ale przynajmniej ja mogę patrzeć w lustro z podniesioną głową.

Drogi Nauczycielu proponuję Ci zmianę myślenia. Rozważ poniższe:

To tylko praca. Mój przyjaciel z Gdańska, który pracuje w drukarni odpowiedział kiedyś koleżance, która pytała go o ambicje zawodowe: “moje życie jest za tamtym wzgórzem, tam jest mój dom, tutaj tylko na niego zarabiam”. Ty też masz pracę. To jest tylko praca i powinieneś w niej godnie zarabiać na Twoje życie, które jest gdzieś w domu.

Twoje rodzina a zwłaszcza osobiste dzieci są zawsze ważniejsze od Twojej klasy, od klasówek, kartkówek, maila do roszczeniowego rodzica itd. Nie pozwól, żeby Twoje dzieci czekały na Twoją uwagę, bo Ty jeszcze musisz dokończyć pracę w domu.

Nie łudź się, że jesteś w tej pracy kimś ważnym czy wyjątkowym. Moja koleżanka złamała nogę i rodzice już po kilku tygodniach zwolnienia pytali ją wprost: “czy nie można kogoś zatrudnić na Pani miejsce?” Znajomy, zasłużony dyrektor kiedy trafił do szpitala na kilka dni został zlekceważony przez burmistrza, który zorganizował uroczystość w jego szkole bez niego. “Jedni odchodzą, drudzy się rodzą”. “Karawana idzie dalej”. “Nie ma ludzi niezastąpionych”.

Nic nie musisz. Nie musisz się na wszystkim znać, nie musisz sobie zawsze poradzić, nie musisz spełniać wszystkich oczekiwań.

Możesz mieć gorszy dzień, możesz nie wiedzieć, możesz mieć ważniejsze sprawy na głowie. Możesz mieć w tyle groźby o piśmie do Kuratorium i Ministerstwa. Co Ci zależy? Najwyżej pójdziesz do marketu, będziesz wykładać towar na półki i zarabiać więcej niż teraz.

Prestiż?!?!? To już przeszłość. Mniejszy wymiar godzin? To bajka, w którą wierzą tylko Ci, którzy nie znają osobiście żadnego nauczyciela.

Ogarnij się. Twoje życie jest w domu, możesz na nie zarabiać sprzedając paliwo na stacji, prowadząc sekretariat w korporacji, siedząc na kasie w sklepie. Możesz też pracować w szkole, tylko za jaką cenę i za jaką płacę?

Nikt nic nie zmieni za Ciebie. Zacznij się szanować, bo inni nie zrobią tego za Ciebie!
Chyba, że jest Ci dobrze tak, jak jest- to PRZESTAŃ NARZEKAĆ.

Video do posłuchania. Zapraszam :)

Pod poniższym linkiem konferencja, którą miałem przyjemnośc wygłosic dzisiaj podczas Forum Charyzmatycznego w Tarnowie (26’30”).

 

Teściu- decydujące starcie.

Teściu- decydujące starcie.

Jest taka scena w jakimś filmie, gdzie przed ślubem ojciec dziewczyny bierze Młodego na bok i mówi: “jak ją skrzywdzisz, to Cię zabiję.” Znam osobiście przynajmniej jednego człowieka, który takie właśnie słowa usłyszał tuż przed ślubem. Było to wielce prawdopodobne zważywszy, że tatuś był emerytowanym policjantem i nawet broń trzymał w domu.

Ostatnio konsultowałem kilka par w kryzysie. W poplątanych małżeńskich węzłach często dostrzegam jedną nić przewodnią. Jest to podejrzanie bliska relacja kryzysującej żony ze swoim ojcem. Tatuś jest podporą w sensie emocjonalnym, tata zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Z dziadkiem jeździ się na wyjazdy, to on funduje narty córce i wnukom, a mąż pozostaje w tle. Pierwsza moja myśl poszła w tym kierunku- że to niedobry dziadek, że się miesza, że kieruje z tylnego siedzenia, nie potrafi postawić granicy. Ale zastanawiam się, czy prawda nie leży gdzieś bliżej środka. Może jest tak, że teść wyczuwa pewną nieudolność zięcia, żeby skutecznie zaopiekować się jego córeczką, jego największym skarbem? W dniu ślubu ojciec Panny Młodej oddaje innemu mężczyźnie kogoś prawie najważniejszego w życiu. Ten, kto ma córkę, wie o czym mówię. Relacja ojca z córką jest naprawdę niesamowita i wyjątkowa. Dlatego jeśli nowy opiekun wydaje się nie dostawać do swojej roli, może się okazać, że ten stary jest tuż za progiem i czuwa.

Oczywiście mówię tu o procesach, które dzieją się poza świadomością. Nikt przecież nie podejmuje świadomie decyzji: “będę się wtrącał, bo on nie daje rady” albo w przypadku kobiet “pójdę do tatusia bo on jest lepszy”.

Kolejny raz dochodzę do wniosku, że poszerzenie samoświadomości jest niezbędnym czynnikiem naszego rozwoju. Jeśli dostrzeżesz w tym tekście kawałek swojego życia- już jesteś w połowie drogi do pozytywnej zmiany. Jeśli jesteś mężem, który czuje, że ma teścia kierującego z tylnego siedzenia, to zanim zaczniesz się zżymać na niego czy na małżonkę, najpierw pomyśl czy sam wystarczająco ogarniasz rzeczywistość. Czy Twoja żona nie chodzi w przetłuszczonych włosach, czy Twoim dzieciom dajesz wystarczająco dużo czasu, uwagi, realizacji potrzeb itd. Jeśli jesteś żoną w kryzysie, zastanów się czy nie za łatwo uciekasz do tatusia- dosłownie, finansowo i emocjonalnie. Jeśli jesteś Teściem- walcz do końca, bo Młody potrzebuję tę walkę z Tobą stoczyć i wygrać, dla dobra wszystkich!

Odważnego reflektowania życzę.

Jedno słowo na Nowy Rok.

Jedno słowo na Nowy Rok.

Nowy Rok- Nowy Człowiek. Postanowienia noworoczne lub ich brak. Mówią znawcy, że muszą być konkretne, mierzalne, relewantne itd Mówią realiści, że trwają najczęściej do drugiego tygodnia stycznia. Ja zaś od kilku lat trzymam się inspiracji znalezionej po angielskiej stronie internetu- JEDNO SŁOWO na cały rok. Oczywiście nie zawsze jest to dosłownie jedno słowo, czasami jedno zdanie. Była “wdzięczność”, „spokój”, “pustka”, „odwaga” i jeszcze kilka. To jest dla mnie jak latarnia morska, która pomaga odnaleźć kierunek we mgle codzienności. Takie hasło na sztandarze. Polecam tę metodę na 2018. Pomyśl o tym, jakie słowo streszcza w sobie Twoje dążenia, kierunki i pragnienia zmiany. Być może to przyjdzie jako niespodziewane natchnienie. Może to będzie chłodna kalkulacja językowa. Zapisz, przyklej na lodówce lub w innym miejscu, na które będziesz spoglądał przy każdym wschodzie słońca i idź dalej przed siebie. Dobrego Nowego Roku.

Rachunek sumienia 2017.

Rachunek sumienia 2017.

Ostatni dzień roku. Podsumowanie. Rachunek sumienia. Ktoś mi kiedyś powiedział, żeby zaczynać od dziękowania. Dziś zaczne i na tym skończe. Ogromne, wielkie dziękuję za ten rok. Chcę się podzielić dwoma momentami i jednocześnie zaprosić do refleksji.

Na czterdzieste urodziny w czerwcu dostałem od żony niesamowity prezent. Jest to album ze zdjęciami osób, które były i są dla mnie ważne przez te czterdzieści lat. Dzięki staraniom Ewy każdy z nich napisał jeszcze list do mnie. Prezent został przygotowany w absolutnej dyskrecji. Jak otworzyłem album zatkało mnie- kto mnie zna, wie, że to rzadko spotykane zjawisko. Były łzy wzruszenia, dużo łez. Ochłonąłem dopiero po kilku dniach. Wtedy uświadomiłem sobie, że dostałem jeszcze jeden prezent na czterdziestkę. Zupełnie niesamowity. Jest to nowe imię- „DZIĘKUJĘ”. Od teraz nazywam się Michał Dziękuję Borkowski. Jednocześnie zrozumiałem, że moje życie jest utkane z ludzi, których spotkałem i spotykam. Ci ludzie oddają mi to, co mają najcenniejsze i niepowtarzalne- swój czas. Za to Wam wszystkim dziękuję.

Drugi moment to odejście z bezpiecznej posady w szkole. Odchodziłem trochę w ciemno, kiedy ludzie mnie pytali co mam zaplanowane, dokąd odchodzę- nie umiałem do końca odpowiedzieć. Pytali dlaczego w takim razie- przecież pewna robota, przecież regularny przelew, przecież ZUS opłacony… CZUŁEM, że czas… Doświadczyłem tego, o czym czytałem, słyszałem, co przeczuwałem- jak zaczniesz iść, to zacznie się ukazywać droga. Tak rzeczywiście jest w moim życiu od pół roku, od złożenia wypowiedzenia. Myślę dziś, że życie jest jak muzyka, która zaprasza do tańca. Można stać pod ścianą i tłumaczyć, że to nie ten czas, że nie znam kroków, że dużo ludzi na parkiecie albo że nie ma nikogo. Albo można po prostu ruszyć, zapomnieć się, poderwać się i bawić. Tak- życie jest jak taniec… Ty też możesz zacząć tańczyć.

Toksyczne kłamstwo o macierzyństwie. Łamać tabu!!!

Toksyczne kłamstwo o macierzyństwie. Łamać tabu!!!

Droga koleżanko, jeśli jesteś jeszcze przed pierwszą ciążą, nie powinnaś czytać poniższego tekstu, żeby nie narazić społeczeństwa na demograficzną katastrofę.

Do rzeczy. Istota problemu jest taka, że szeroko wylansowany i przez lata wdrukowany jest pogląd, że macierzyństwo jest piękne i cudowne. Sugestywny przekaz płynący z reklam Pampersa, Gerbera i tym podobnych pokazuje okrągłe, uśmiechnięte bobasy i ich szczęśliwe mamy. Kościoły pełne są obrazów pięknej Madonny z dzieciątkiem na rękach, a i co “światlejsi” księża bajają o tym, jakie to wspaniałe i mistyczne doświadczenie. Półki w księgarniach pełne książek, w których przeczytasz, jakie to wszystko jest zajebi… Tak kształtuje się pogląd o macierzyństwie u kobiety, która jeszcze nie urodziła pierwszego dziecka. Po porodzie następuje zderzenie z rzeczywistościa, która jest zupełnie inna i wtedy, niestety, zamiast skonfrontować swoje błędne przekonania z faktami, kobieta dochodzi do wniosku, że nie nadaje się na matkę, że nie spełnia standardów i generalnie jest do niczego. TO JEST TOKSYCZNE KŁAMSTWO. Jest to jednocześnie potężne TABU, o którym się nie mówi, bo każda Pani uważa, że jest jedyna taka nienormalna i powinna się z tym schować.

Dlatego:

  • jeśli przeraża Cię Twój wygląd, rozmiar i smród- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli ryczysz na myśl, że jesteś uwiązana i straciłaś właśnie swoje życie i wolność, już nigdy przez to dziecko nie pójdziesz do kina czy na imprezę- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli on ciągle płacze, a Ty nie umiesz tego zmienić- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli momentami nienawidzisz własnego dziecka- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli czujesz, że nie kochasz tego dziecka- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli przez Twoją głowę przetaczają się pomysły pełne agresji- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli nie umiesz karmić piersią, nie wiesz jak trzymać, nie masz dość pokarmu, dziecko nie ciągnie, bolą Cię sutki, które ono gryzie- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli musisz dokarmiać sztucznym mlekiem i przez to czujesz się jak “niekobieta”- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli nienawidzisz męża, przez którego to wszystko, wkurw… Cię jego pytanie “jak mogę Ci pomóc”- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli Twoja teściowa kwituje to wszystko zdaniem “co Ty wiesz, ja to musiałam sobie poradzić, choć były tylko tetrowe pieluchy…” czyli przekaz podprogowy “jesteś bardziej beznadziejna niż Ci się wydawało”- nie jesteś pierwsza.

Napisałem tylko to, co pozwoliła mi dostrzec moja męska ślepota. Każda z Was miłe Panie może dopisać swoje wezwania do tej litanii. Ważne, żeby ten przekaz zaczął wybrzmiewać, aby kolejne kobiety nie cierpiały ponad miarę. Bo cierpienie i tak jest ale zupełnie niepotrzebne jest to, które rodzi się z konfrontacji fałszywych przekonań z rzeczywistością.

Jesteś matką. Jesteś dobrą matką. Jesteś najlepszą matką Twojego dziecka. Rób swoje, idź dalej. Nie myśl za wiele i nie wybiegaj w przyszłość. Ech, tu mi się mężczyzna włączył z dobrymi radami- przepraszam. Właśnie, Panowie. Schowajcie na ten czas nasze sztandarowe pytanie: “co mogę ZROBIĆ, aby Ci pomóc?” do kieszeni. Chyba trzeba po prostu być blisko i też przeżyć swoją bezradność (tu też konfrontuje się mit, że mężczyzna zawsze coś musi umieć poradzić). Ja, jak zacząłem coś ROBIĆ, to tak schrzaniłem, że aż się wstydzę o tym napisać…

Dedykuję ten wpis mojej żonie, która jest i przez cały czas była wspaniałą mamą i kobietą.

Bóg stał się człowiekiem, Ty też możesz!

Bóg stał się człowiekiem, Ty też możesz!

Śpiewamy w kolędach o Bożej Dziecinie i sianku w stajence. Dobrze. Ale niech to nie zatrze nam obrazu rzeczywistości. Jeśli Bóg naprawdę urodził się jako dziecko, to był bezbronnym niemowlakiem, jego opiekun musiał oczyścić nóż, żeby przeciąć pępowinę, jego Mama musiała sobie poradzić z karmieniem piersią… Potem przez pierwszy rok tylko jadł i wydalał, jak każde dziecko. Jeśli spojrzymy uczciwie na te stajenkę- w skalnej grocie. Jeśli zaryzykujemy głęboki oddech w tej stajni, to poczujemy całkiem zwyczajny zapach. Nie będzie to tylko romantyczne sianko z pastorałki ale siano zmieszane ze zwierzęcym kałem, moczem… taki swojski zapach zza obory. I w tym wszystkim Syn Boży- Bóg. Bóg w całkiem niesakralnej rzeczywistości, zupełnie zwyczajnej. Profanum? Jeśli prawdą jest to, w co wierzą chrześcijanie, to do takiej rzeczywistości w zupełnie zwyczajny sposób wchodzi Bóg. Zatem i my chyba możemy wejść zwyczajnie, do naszej codziennej rzeczywistości.

Skąd więc w nas to dążenie, żeby zamknąć Boga w getcie. W getcie tabernakulum, kościoła, przepisów, doktryny, czy choćby w getcie spraw wyższych, a nie tych naszych zwykłych, codziennych- zdrowia, radości życia, pieniędzy, ciepłego domu, smacznego posiłku, sprawnego samochodu. Nie wiem po co nam to. Ale wiem, że Bóg się wyrywa z każdego getta poprzez skandaliczne Boże Narodzenie. Zatem i ja mogę. Skoro On stał się Człowiekiem, to ja też mogę. Ty też możesz. Jak powiadała mama mojego przyjaciela, nauczycielka, kiedy zawyżała uczniom oceny w klasie przedmaturalnej: “trzeba najpierw być człowiekiem, a dopiero potem znać matematykę”. Trzeba najpierw być człowiekiem, a dopiero potem być nauczycielem, psychologiem, dyrektorem HRu, księdzem itd.

My jednak czasami uparcie jak ten włoski proboszcz, który zgodził się na wesele ubogiej rodziny w kościele, pod warunkiem, że będzie cicho i spokojnie. Włosi jak to Włosi- popili, zaczęli śpiewać, zabawa na całego. O północy siostra zakonna spotyka proboszcza pędzącego po schodach, żeby rozgonić towarzystwo.

“Myśli ksiądz, że Jezus na weselu w Kanie Galilejskiej nie śpiewał, nie tańczył, nie bawił się?”

“No tak ale tam nie było Najświętszego Sakramentu”.

A w tej obsranej stajence dwa tysiące lat temu… Był, czy go nie było? A może najpierw Józef wysprzątał i okadził całą stajenkę, a Maryja jeszcze zdążyła udekorować kwiatkami, zawiesić firanki i zapalić świece? “No tak ale ile świec trzeba zapalić?” pytają specjaliści od liturgii…

Życzę Wam wszystkim BYCIA CZŁOWIEKIEM. Dobrze, że jesteście. Dziękuję.

Czy Zespół Aspergera można wyleczyć?

Czy Zespół Aspergera można wyleczyć?

Tytułowe pytanie pojawia się zawsze ze strony rodziców, którzy zdecydują się pokonać swój opór przed diagnozą (wart osobnego artykułu) i na jej drodze uzyskają potwierdzenie, że zamiatane dotychczas pod dywan świadomości obawy jednak były słuszne. Dziecko ma Zespół Aspergera.

Czy to można wyleczyć? Nie, bo to nie jest choroba. Jest to specyfika człowieka, która przejawia się w nietypowym spostrzeganiu rzeczywistości (zwłaszcza społecznej), myśleniu o niej, odczuwaniu i wyrażaniu emocji, komunikowaniu, budowaniu relacji społecznych. Zespół Aspergera się jednak leczy, czy może lepiej- terapeutyzuje, żeby wspomniane obszary nietypowego działania pacjenta “uzwyczajnić”, nauczyć go rozumieć o co chodzi osobom neurotypowym. To jest trochę jak nauka języka obcego. Lubię mówić rodzicom, że uczymy ich dziecko języka polskiego. Na początku reagują lekkim zdziwieniem ale po chwili zaczynają kiwać głowami, gdy tłumaczę, że chodzi o naukę tego, co język mówi nie wprost. O czytaniu podtekstów, znaczeń ukrytych pomiędzy wierszami czy po prostu rozumieniu powiedzeń i porzekadeł, których używa się w potocznym języku. Osoba z Zespołem Aspergera może się tego nauczyć, choć jest to trochę “naokoło”. Mówiąc o umyśle ZA używam porównania, że coś tam nie jest ze sobą połączone ale dzięki intelektowi można stworzyć objazdy, które pomogą w nauczeniu się tego, co neurotypowym przychodzi tak po prostu.

Najczęściej wysoki intelekt osoby z ZA jest tu naszym głównym sprzymierzeńcem. Potrzebna jest jednak samoświadomość. Tu pojawia się pytanie, jak i kiedy wytłumaczyć dziecku, że ma Zespół. Rodzice często ten fakt ukrywają bardzo długo. Jest to zapewne lepsze, niż rozmawianie o Zespole na głos przy dziecku ze specjalistą na przykład, podczas gdy jeszcze nie odbyła się rozmowa z samym zainteresowanym na ten temat. Niestety spotykam się z opowieściami o psychologach i psychiatrach, którzy w ten właśnie sposób się zachowują. Uważam, że jest to błąd.

Mama jednego z moich pacjentów opowiadała, że jej syn zapytał ją kiedyś w samochodzie dlaczego chodzi do psychologa. Miał wtedy 8 lat. Pani wykorzystała te sytuację, żeby powiedzieć mu o Zespole. Zrobiła to w sposób bardzo dojrzały, bez lęku. Owoc tej rozmowy był fantastyczny. Kilka miesięcy później, podczas zajęć w klasie dzieci żaliły się, że Wychowawczyni nie zawsze traktuje je sprawiedliwie i że Bartkowi wolno więcej. Chłopiec po tych słowach wstał i powiedział: “Ja bardzo przepraszam ale ja mam Zespół, nie pamiętam teraz jaki i ja przez to się tak zachowuję”. To jest dla mnie piękny przykład tego, jak wielkim skarbem jest samoświadomość w terapii. Jeżeli wiem, że rodzice przeprowadzili już z moim pacjentem rozmowę o ZA (a uważam, że to jest zawsze ich przywilej i obowiązek), jest to dla mnie ogromne ułatwienie w terapii. Mogę wtedy otwarcie rozmawiać z małym pacjentem o tym dlaczego robimy pewne ćwiczeniu, podejmujemy pewne tematy i kolejny raz powtarzam mu to samo. O dziwo- dzieci z ZA takiej właśnie szczerości i otwartości oczekują. Ostatnio mój 9 letni pacjent podziękował mi za to, że wytłumaczyłem mu dlaczego dostał kolejną uwagę w szkole: “teraz ja już to rozumiem, bo Pan mi to wytłumaczył, dziękuję.” Pamiętam, że to była też jedna z pierwszych rzeczy, które powiedział mi Antek Bohdanowicz (pomysłodawca jasperger.pl) , kiedy podpytywałem go jak rozmawiać z dziećmi ZA: “my potrzebujemy, żeby nam szczerze powiedzieć o co chodzi”.

Zatem intelekt i samoświadomość.

Kolejny ważny czynnik to ŻYCZLIWI I CIERPLIWI ludzie wokół. Jeśli chodzi o dzieci ZA, każde ich zachowanie ma za sobą jakąś “logikę”. Nie uda się tego zachowania skutecznie skorygować czy zmienić, jeśli nie odnajdziemy tej logiki. To z kolei się nie uda, jeśli podchodzimy do dziecka z jakimkolwiek założeniem apriori. Jest to bardzo częsty błąd popełniany niestety przez nauczycieli, którzy zakładają, że wiedzą, że rozumieją. “On jest bezczelny.” “On robi mi to na złość”, itd. To jest błąd! Tak nie jest. Pamiętam jak kiedyś wychowawczyni złościła się na takiego właśnie “bezczelnego” pierwszoklasistę, który nigdy nie siadał z dziećmi w kole, tylko zawsze ładował się do środka. Podczas spotkania zespołu uczącego ktoś zasugerował chyba nawet żartem, że może on tak rozumie polecenie “usiądź W KOLE”. Żart okazał się wcale nie śmieszny, kiedy okazało się, że na polecenie “siadamy dookoła, dziecko obok dziecka” ten “bezczel” usiadł jak trzeba. Nauczycielce było głupio. Zatem założenia, że rozumiemy wyrzucamy do kosza.

Mój dorosły kolega z ZA z kolei skarży się na to, że jak rozmawia kilka osób, to on nie wie kiedy się odezwać i czasami inni zarzucają mu, że im przerywa i przeszkadza. Sam tego doświadczam, kiedy się z nim spotykam. Musiałem przełamać opór w sobie, żeby zacząć mu mówić na bieżąco co się dzieje i jak ja rozumiem i odczuwam jego wypowiedzi i zachowania. Okazało się, że o dziwo, on się na mnie nie obraża, tylko jest mi wdzięczny. Potrzeba było niewielkich podpowiedzi- na przykład, żeby nie mówił zawsze każdego szczegółu, choćby ceny swojego biletu miesięcznego co do grosza, kiedy tylko chce zaznaczyć, że jest ona znacząco niższa od regularnej ceny. Zauważyłem jednak, że naturalnym moim odruchem było robienie porozumiewawczych min do innych uczestników konwersacji za jego plecami. To nie fair. On również potrzebuje mojej szczerości.

Podsumowując: Zespołu Aspergera się nie leczy i nie wylecza. Warto go jednak terapeutyzować- to znaczy usprawniać te obszary, które utrudniają funkcjonowanie w relacjach społecznych, w sferze poznawczej i emocjonalnej.

Znam wiele osób dorosłych z ZA. Kiedyś napiszę o nich osobny tekst. Dziś chcę tylko w ramach zachęty i dodania otuchy powiedzieć, że u tych, których rodzice odważnie wzięli temat “na klatę” widać jak wiele można zrobić dzięki intelektowi, samoświadomości i życzliwości otoczenia.

Dlaczego my sobie to robimy?

Dlaczego my sobie to robimy?

W tym roku podczas rorat towarzyszy nam Święty Józef- opiekun Jezusa. Świetnie przygotowane kazania, przybliżają rzeczywistość ludzką, w której już za sześć dni “wyląduje” Bóg Człowiek- Zbawiciel

Taka refleksja: skoro z Nazaretu do Betlejem jest 150km drogi, czyli około 5- 6 dni podróży, to dzisiaj Józef sadza Maryję na osła i ruszają. Co trzeba mieć w głowie, żeby kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży, “na ostatnich nogach” wsadzić na osła i pognać w taką podróż, bo trzeba się zapisać w mieście, z którego się pochodzi?! To nie mógł zlekceważyć rozkazu cezara- zabrakło mu odwagi? To nie mógł sam pojechać się zapisać- zabrakło mu rozsądku? Nie mógł jej zostawić pod opieką rodziny w Nazarecie- aż tak miał na pieńku z teściową? Gdyby jakiś mój znajomy wziął swoją ciężarną żonę, wsadził do swojego Cinquecento i powiózł z Gdańska do Krakowa, bo musi sobie dowód wyrobić? Przecież zostałby zlinczowany przez rodzinę i znajomych!!!

A w Betlejem, które było jego rodzinnym miastem naprawdę nie miał gdzie znaleźć noclegu? Aż tak sobie nagrabił u swoich? Jakbym ja pojechał do Gdańska, to choćby były Światowe Dni Młodzieży i miliard ludzi, na pewno któryś z kumpli by mnie przenocował.

Moja teściowa powiada, że to Anioł mu tak kazał i pewnie ma rację (w końcu to matka mojej żony, która zawsze ma rację 😉

Jednak ja myślę, że Święty Józef- patron ojców, ludzi pracy i w ogóle nadzwyczajny patron, był za życia zupełnie zwyczajnym człowiekiem. I to mnie napawa nadzieją. Myślę sobie, że nie muszę być nadczłowiekiem. Nie muszę iść nadzwyczajną drogą do świętości. Mogę iść drogą swoich słabości, głupot, błędnych decyzji itd.

Dlaczego więc robimy sobie takie “kuku” i koniecznie chcemy odczłowieczyć tych wspaniałych ludzi? Niepotrzebnie. Przez te po ludzku zupełnie mylną decyzję Józefa spełnił się Boży plan zapisany już w Starym Testamencie już kilkaset lat wcześniej. I nie mówcie mi, że Józef znał to pismo i dlatego Maryję przegonił te pięć dni na ośle.

I tak Święty Józef stał mi się jeszcze bliższy- mianuję go patronem mojego męskiego i ojcowskiego wątpienia, niepewności, obaw itd.

„Nie chcesz chyba zostać w tyle?” czyli wątpiąc we wszech-panujące nurty.

„Nie chcesz chyba zostać w tyle?” czyli wątpiąc we wszech-panujące nurty.

Od kilku dni na fejsbuku atakuje mnie zdjęcie eleganckiego mężczyzny, który patrzy mi głęboko w oczy przez stylowe okulary. Pod zdjęciem opis obietnic, które Pan Doktor spełni w moim życiu, jeśli tylko zechce się zapisać na jego darmowe szkolenie, które będzie po raz kolejny “ostatni raz” powtarzane w sieci we środę o 20.00. Moje życie nareszcie się zmieni, wreszcie schudnę, zmienię pracę na wymarzoną, znajdę satysfakcję, pasję- słowem przekroczę prób raju na ziemi. Patrzę w oczy tego Pana, zerkam na jego rozpiętą pod szyją koszulę, drogi zegarek (zawsze jakoś dziwnie widoczny na takich zdjęciach), obserwuje jak oparcie jego obficie skórzanego fotela dotyka jednej w wielu ramek z certyfikatami ukończonych przez niego szkoleń i… zastanawiam się. Dlaczego się nie zapisać? Dlaczego nie?

Oto cztery powody:

  1. Po pierwsze dlatego, że nie wierzę w darmowość takich eventów. Za każdym razem, gdy chciałem zaromansować z coachingiem, dochodziłem do progu absurdalnie tłustej faktury.
  2. Po drugie dlatego, że w 2002 roku pewiem jezuita zapytał mnie: “dobrze, jeśli schudniesz dwadzieścia kilo albo dwadzieścia kilo przytyjesz, to czy będziesz innym człowiekiem? Dlaczego to ma wpływać na Twoje poczucie wartości?” Minęło 15 lat i ja nadal mierzę się z tym pytaniem. Na przykład w ciągu ostatnich trzech lat cztery razy zmieniałem samochód i nadal jestem takim samym człowiekiem. Kiedyś kupiłem sobie drogi zegarek, jakiś czas potem droższy, teraz od dwóch lat chodzę bez zegarka i zgadnij co… nadal jestem takim samym człowiekiem. Mam droższy garnitur i tańsze ciuchy i wiesz co- pod spodem cały czas ten sam człowiek.
  3. Po trzecie dlatego, że w moim gabinecie co jakiś czas pojawia się człowiek, któremu się udało, a mimo to cierpi. Ostatnio przyjechał człowiek bardzo drogim audi, bo mu się sypnął związek. Osiągnął wszystko, co obiecujesz. Mimo to zostawiła go kobieta. Okazało się, że jemu się sypnęło wiele lat temu, jak rzuciła go pierwsza z trzech kobiet. Właściwie nigdy mu się nie sypnęło, bo nigdy nie było poukładane. Gonił od samego początku za nie-wiadomo-czym, a jego aktualny kryzys wynikał z tego, że jakimś cudem przestał pić alkohol i po około dwóch miesiącach mu wyje…ły wszystkie jego emocjonalne deficyty. Stał się nieznośny, bo wszystkie topione dotychczas lęki wypłynęły na powierzchnię. Takich ludzi spotykam regularnie.
  4. Po czwarte dlatego, że we środe o 20.00 będę z dziećmi oglądał telewizję albo odrabiał pracę domową albo jadł kolację albo rąbał drzewo albo segregował śmieci- w każdym razie będę robił coś okropnie zwyczajnego i wulgarnie codziennego, co składa się na moje powołanie, moją życiową misję, moją pasję, moją ścieżkę kariery bycia człowiekiem, mężem i ojcem.

Tyle tak na szybko, można by więcej ale okazuje się, że już syn woła mnie do lekcji.

Jeszcze tylko to pytanie, które Pan stawia na końcu- “chyba nie chcesz zostać w tyle?” Wie Pan co… czy ja wiem… Przypomina mi się opowieść zasłyszana na rekolekcjach: “dzisiejszy człowiek przypomina osobę, która podeszła do kasy na dworcu kolejowym i poprosiła o bilet pierwszej klasy, kasjerka zapytała dokąd, na co człowiek odpowiedział: wszystko jedno dokąd, byleby była pierwsza klasa”. Także jeśli jestem wśród tłumu, który biegnie wprost do przepaści, to nic mi nie zaszkodzi, jeśli zostanę w tyle. Mogę nawet zostać w miejscu. Nigdzie się nie ruszać. Moje hasło coachingowe brzmi zatem: ZOSTAŃ TU, GDZIE JESTEŚ. Nie uciekaj. Spotkaj się ze sobą. Zobacz, że jesteś wartościowy przez sam fakt, że oddychasz. Nic ale to absolutnie nic nie musisz robić, żeby siebie potwierdzić, uzasadnić. Nic nie musisz zdobywać. Nic. Jak tego doświadczysz, to będziesz mógł wyruszyć w podróż.

Miłego oddychania.