Dlaczego warto detronizować dzieci.

Dlaczego warto detronizować dzieci.

W XX wieku amerykański psycholog Skinner hodował gołębie. Zauważył, że jeśli gołąb dostanie pokarm po tym, jak wykonał jakąś czynność, to powtarzał tę czynność, żeby znowu dostać pokarm. Chwila refleksji potwierdza, że wszyscy funkcjonujemy podobnie- jeżeli coś przynosi pożądany skutek, robimy tego więcej. Ja na przykład jestem psychologiem i ludzie płacą mi za tę pracę, więc to właśnie robię. Mój przyjaciel jest informatykiem i za to dostaje co miesiąc porcję ziarna, więc robi tego więcej. Gdyby nagle ludzie przestali potrzebować psychologa, musiałbym zmienić zajęcie. To proste i Ty też tak masz, nawet jeśli dostajesz wysypki na słowo behawioryzm, to on właśnie tak działa także w Twoim życiu.

Podobnie jest u dzieci. One szybko uczą się, że niektóre reakcje przynoszą pożądane, miłe skutki i wtedy robią tego więcej. Jeśli na przykład dziecko zauważa, że jego płacz powoduje wzięcie na ręce, przytulenie, kołysanie i przyjemny ton głosu rodzica, to zgadnij co będzie robiło, kiedy odłożysz je do łóżeczka czy na podłogę… Tak to działa. Ludzie, którzy nie chcą uznać tej prostej, logicznej zasady, wykonują różne intelektualne ewolucje, żeby inaczej wytłumaczyć rzeczywistość. W ostatnim czasie modny robi się termin HIGH NEED BABY (HNB) czyli rzekoma grupa dzieci, które potrzebują już od urodzenia wyjątkowo dużo uwagi, ciepła, a przede wszystkim nieustannego noszenia na rękach. Jest to myślowe odwrócenie rzeczywistości i zamiana przyczyny ze skutkiem. Raczej mówimy tu nie o HNB, a o LSP- LOW SKILL PARENT, czyli rodzicach, którzy są tak niepewni swoich oddziaływań na dzieci, że sami nie są w stanie nadać żadnego kierunku, nie wychowują dzieci, a tłumaczą to troską o ich spontaniczny, niezakłócony rozwój. Skutki takich działań są godne pożałowania. Wiadomo na przykład, że prawidłowy rozwój ruchowy dziecka wymaga już prawie od pierwszych dni życia leżenia na brzuchu na twardej powierzchni. Nieustające noszenie na rękach jest nie tylko zabójcze dla kręgosłupa matki ale zakłóca proces rozwoju dziecka i produkuje później takie sflaczałe dzieci, które nie mają wymaganego napięcia mięśniowego, których kolejne etapy rozwoju następują ze znacznym opóźnieniem względem normy (bo jest coś takiego jak NORMA ROZWOJU!).

Większe dzieci mają już taką wprawę w owijaniu rodziców wokół paluszka, że sterują praktycznie całą rzeczywistością. To one decydują kiedy wyjdziecie z imprezy i czy w ogóle na nią pójdziecie, one ustalają Wasz plan dnia, a przede wszystkim pory wstawania i kładzenia się spać. Tu pojawia się problem, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Te dzieci mają mianowicie bardzo niskie poczucie bezpieczeństwa. Wynika to z tego, że dziecko podświadomie wie, że ono nie potrafi ogarnąć rzeczywistości i oczekuje tego od dorosłego, który powinien wiedzieć co i jak i dlaczego. Dziecko niby chce rządzić ale tak naprawdę boi się tego. Ja na przykład bardzo chciałbym pilotować Boeinga, którym podróżuje ale czułbym ogromny strach gdyby kapitan oddał mi stery i kazał wylądować. Najbezpieczniej czuję się, jak samolot prowadzi doświadczony pilot. Tak samo dziecko zna swoje miejsce w życiu podobnie jak ja znam swoje miejsce w samolocie. Stąd duża część mojej pracy polega na pokazywaniu rodzicom w jaki sposób oddali swoje kompetencje w ręce dzieci oraz przekonywaniu ich dlaczego warto te kompetencje odzyskać. A warto to zrobić przede wszystkim dla dobra samych dzieci, bo to one potrzebują rodzica, który wie co, dlaczego i kiedy, i prowadzi przez życie wyznaczając bezpieczne granice. Oczywiście rzecz wymaga wyczucia, bo można przesadzić w drugą stronę i zupełnie sterować dzieckiem, co też ma opłakane skutki dla jego rozwoju.

Często umęczonym rodzicom, którzy załamują ręcę udzielam rady: “proszę codziennie rano i wieczorem łykać jedną tabletkę EGOIZMU.” Kiedy na ich twarzach rysuje się zaskoczenie, wyjaśniam kolejną psychologiczną zależność: “jeśli Twoje dziecko zobaczy, że Ty masz swoje potrzeby i możesz je realizować, ono będzie wiedziało, że samo może robić podobnie”- to jest uczenie przez MODELOWANIE.

To bardzo poważny temat, bo jeśli skorupka za młodu nasiąknie przekonaniem, że cały świat jest stworzony tylko po to, żeby spełniać jej zachcianki, to na starość będzie poważny problem. W najlepszym wypadku hodujemy rzeszę frustratów, którzy nie będą umieli sobie poradzić nawet z tym, że ktoś na nich zatrąbi na ulicy, a w gorszym przypadku może się okazać, że za dwadzieścia lat uderzy w nas prawdziwe DEPRESYJNE TSUNAMI, jak te dzisiejsze dzieci zetkną się z życiem poza parasolem rodziców.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Mam Znajomą, niespokojną zawodowo duszę, która nie boi się żadnego wyzwania. Ostatnio trafiła na ogłoszenie: pedagoga specjalnego do pracy przy alpakoterapii. Założyła lepszą bluzkę i prosto z przedszkola, gdzie pracuje na etacie pojechała pod adres wskazany przez asystentkę Pana Iks. Miała spotkanie z samym założycielem, właścicielem i prezesem firmy “prywatny- ośrodek- jakich- wiele”. Pan Iks jest człowiekiem, który przeczytał przynajmniej jeden poradnik o profesjonalnej rekrutacji, bo po pierwsze przez cały czas rozmowy zachował pokerową twarz, po drugie zadawał przemyślane pytania wg. przygotowanego wcześniej schematu, a po trzecie na każde pytanie zadane przez Kandydatkę odpowiedział “dlaczego uważa Pani, że to jest ważne”. Na końcu zapewnił moją znajomą, że zostanie poinformowana o tym, czy dostała się do kolejnego etapu rekrutacji. Moja koleżanka wyszła przed niewielki jednorodzinny dom, w którym kilka pokoi i toaleta służą jako siedziba “prywatnego- ośrodka- jakich- wiele” i powiedziała sama do siebie: “ku…, jaki kolejny etap rekrutacji?!” Była zniesmaczona. Szukała pracy z ludźmi i dla ludzi. Emocje, które wyniosła ze spotkania z Panem Iks dopiero dawały o sobie znać. Zniechęcenie, zdemotywowanie, poczucie bycia potraktowanym przedmiotowo… W takiej atmosferze nie zwykła pracować. Chwyciła za wizytówkę i zadzwoniła do Iksa, żeby podziękować za dalszą fatygę ale połączyła się tylko z jego asystentką, która poinformowała, że przekaże… Istne korpo w jednorodzinnym domku gdzieś na przedmieściach Stolicy. Taki mikromordor, mordorek…

Tu kończy się typowo polska część historii, tu kończy się narzekanie. Jeszcze tego samego wieczora moja koleżanka zaczęła czytać o alpakach, sprawdzać, oglądać i rano decyzja była gotowa- “wchodzimy w alpakoterapię”. Od spotkania z Iksem minęło trzy, może cztery miesiące i oto wczoraj przyjechała trzy pierwsze. Są urocze!!! Można je oglądać w internecie, na fejsbuku albo po prostu pojechać i na żywo doświadczyć ich spokoju, kojącego wpływu i „zaraźliwego optymizmu”. Wszystko to zaledwie kilkanaście kilometrów od Pałacu Kultury w zupełnie “niewarszawskiej” części Warszawy można usiąść na trawie, napić się herbaty, popatrzeć na błękit nieba i zieleń trawy i doświadczyć trochę życia w życiu. Zachęcam do odwiedzenia i polubienia https://web.facebook.com/alpakizzielonychtraw/ Tyle jeśli chodzi o fragment reklamujący.

Urzeka mnie w tej historii twórcze podejście koleżanki do tematu. Prawda jest taka, że każde spotkanie z Iksem i jemu podobnymi może być punktem wyjścia, taką trampoliną do odbicia się ku nowej przygodzie, trzeba tylko poważnie potraktować słowa: “jeśli chcesz coś zmienić, zacznij od siebie”. Chyba właśnie to zrobiła moja Znajoma. Trochę tak jak w reklamie banku, która bombarduje w ostatnich dniach z ekranu, zresztą tam też wykorzystane są alpaki. Korpoludek siedzi w biurze i powtarza dobrze znany refren: “a może by tak w Bieszczady…” Sęk w tym, że Bieszczady cały czas są tam, gdzie były, a Ciebie tam nadal nie ma, bo Tobie być może wystarcza ponarzekać i już masz przeświadczenie, że zmieniłeś świat…