Praktyczne kryterium diagnostyczne ZA.

exhausted

 

Rodzic, który po raz pierwszy usłyszy od specjalisty, że jego dziecko może cierpieć na Zespół Aspergera, w przeciągu pół godziny wyszukuje hasło w internecie i zaczyna czytać po kolei kryteria oraz odnosić je do zachowań swojej pociechy. Lista jest dość długa, dodatkowo internet jak zwykle zapewnia różnorodność i pewną niespójność. Ja do tej listy dorzuciłbym jeszcze kryterium praktyczne- UMĘCZONYCH RODZICÓW. Jeśli jesteś właśnie takim, umęczonym rodzicem, nie masz w ogóle czasu dla siebie, zapomniałeś, że istnieją Twoje potrzeby, bliscy patrzą na Ciebie i pytają co się dzieje, to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli pędzisz odebrać dziecko z przedszkola, bo powiedziało, że to musisz być Ty, chociaż drugi rodzic mógłby i chce to zrobić; jeśli musisz przestrzegać bezsensownych rytuałów, chociaż przez to spóźniasz się do pracy; jeśli musisz zawsze do przedszkola lub szkoły jechać tą samą drogą, chociaż istnieje szybsza albo taka, którą byś po prostu wolał; jeśli MUSISZ chodzić jak robot, chociaż akurat nie masz na to ochoty, itd.- wiedz, że coś się dzieje.

Być może Twoje dziecko także cierpi na ZA, a być może Twoje dziecko jest zdrowe ale jak wiele dzieci próbuje manipulować rodzicami i mu się to udaje. Obowiązuje tu prosta, życiowa zasada- jeśli coś działa, to robimy to nadal. Jeśli manipulacja jest skutecznym sposobem wywierania wpływu na rodziców, to czemu z niej rezygnować. Wystarczy zacząć wyć jak syrena albo piszczeć albo położyć się na ziemi w centrum handlowym albo obrazić się albo nie jeść albo patrzeć na mamę takim wzrokiem, że serce jej pęka…

Pewnie można jakoś uzasadnić takie poddanie się dziecięcej manipulacji, że nie chcemy ograniczać spontanicznego rozwoju lub jakoś inaczej. Jeśli jednak w procesie wychowania zapominasz o swoich potrzebach, to nie łudź się, że wychowasz człowieka, który będzie umiał respektować cudze potrzeby i w sposób konstruktywny realizować swoje. Wychowasz jednostkę, które prędzej czy później boleśnie zderzy się z życiem, doprowadzając do tragedii swojej oraz osób, które będą wtedy blisko niego.

Adopcyjni obowiązkowo! Pozostali też skorzystają.

jez-b-iext22958821

Wszyscy adopcyjni, myślący o adopcji i inni obowiązkowo muszą tę książkę przeczytać (zajmuje to do 12 minut z ocieraniem łez). Książka krótka, więc recenzja też- GENIALNE, PROSTYM JĘZYKIEM O RZECZACH NAJWAŻNIEJSZYCH. Zrozumie ją dziecko, zrozumie nawet dorosły.

Dziecko proste w obsłudze.

happy-father-child

Ostatnio usłyszałem chyba największy komplement o moich dzieciach, że są „proste w obsłudze”. Powiedział to człowiek z dystansem, bo ksiądz (bezdzietny, jak twierdzi). Uzasadniając podał kilka obserwacji, na które my (rodzice) już nie zwracamy uwagi. Nasze dzieci nie przeszkadzają w spotkaniach dorosłych, jak im się powie, że czas iść się myć i spać, robią to, jak podajemy im leki, płuczemy zakatarzony nos, współpracują, jak przebijamy pęcherz na nodze, to syn płacze ale nogi nie zabiera, itd. itp.

Zastanawiałem się, jak do tego doszło. Myślę, że są dwa podstawowe składniki przepisu.

Po pierwsze prosta komunikacja na początku. Staraliśmy się używać prostych komunikatów, nie stroniąc od zdań z trybie rozkazującym, drugiej osobie liczby pojedynczej.  Nasze dzieci nie musiały odpowiadać na pytania typu co teraz zrobisz, co powinieneś zrobić, co trzeba powiedzieć, czy idziemy, czy posprzątasz itd. Oczywiście w miarę dorastania to się zmienia, bo przecież muszą stawać się coraz bardziej samodzielne ale na początku otrzymywały dużo prostych, krótkich komunikatów z rzeczowym i szczerym uzasadnieniem (choć to ostatnie nie było potem wiele razy powtarzane).

Po drugie konsekwencja, która nierzadko bardziej doskwierała nam niż dzieciom, bo jeśli powiedzieliśmy „zero bajek do jutra”, to potem musieliśmy zapełnić ten czas, który zwykle zagospodarowywała właśnie telewizja. Jeśli chcieliśmy, żeby dziecko spało we własnym łóżku, to trzeba było poświęcić sporo własnego snu na odnoszenie, utulenie itd.

Dziś procentuje, bo dzieci zawsze są kochane ale „dzieci proste w obsłudze” są fajnymi kompanami podróży, spotkań ze znajomymi i w ogóle codzienności.

Szkolny błąd- czyli jak w dobrej wierze można dziecku spaprać początek.

mother-giving-kiss-goodbye-to-children

Zdarzyło Ci się wejść do nieznanej grupy spóźnionym? Już ruszyły pierwsze interakcje, już coś się zadziało, a Ty czujesz, że jesteś do tyłu. Na pewno każdy z nas ma takie doświadczenie i wie, jak trudno nadrobić ten stracony początek. Trudno jest to nadrobić dorosłemu człowiekowi. Mimo to jednak cały czas niektórzy rodzice wpadają na ten pomysł, żeby swoje dziecko, w imię ułatwienia adaptacji, posyłać na początku do przedszkola lub szkoły z opóźnieniem. Wchodzi taki malec godzinę, półtorej po czasie, dzieciaki już „ruszyły”, podobnie proces grupowy i ma mu być łatwiej!?!?!? Od początku na aucie na własne życzenie troskliwego rodzica.

Jak chcesz pomóc swojemu dziecku w adaptacji, to od pierwszego dnia przyprowadzaj je punktualnie.

A może tylko szukasz alibii, bo sam nie chcesz za wcześnie zwlec tyłka z łóżka?

Mój pięcioletni syn już wie…

baby-pic

31 sierpnia wieczorem mój syn powiedział, że marzy mu się, żeby rok szkolny trwał dwa miesiące, a wakacje dziesięć. To było jak deja vu. Ja też o tym marzyłem. Ale przecież on dopiero po raz trzeci „wchodzi w tryby”, to dopiero zerówka przedszkolna i niestety już to marzenie, i wspólna dla nas wszystkich frustracja.

Z drugiej strony znajomy bloger popełnił w sierpniu tekst, nad którym nie przestaję rozmyślać. Twierdzi w nim, że urlop, wakacje, powrót do pracy, praca to przede wszystkim stan umysłu. Uważa, że jesteśmy od lat uwarunkowani na pewien rodzaj doświadczenia i podążamy drogą iluzji, z której można zejść na własne życzenie, w dowolnej chwili ( Świadome złudzenie )

Jeśli tak jest, to co robić, żeby moje dzieci nie powieliły po mnie tego złudzenia, żeby nie poszły tą samą drogą? Jak żyć, żeby moje dzieci cały czas miały wakacje, nawet, jeśli będą chodzić do przedszkola, szkoły, a potem pracy? Jak żyć?