„Nie chcesz chyba zostać w tyle?” czyli wątpiąc we wszech-panujące nurty.

„Nie chcesz chyba zostać w tyle?” czyli wątpiąc we wszech-panujące nurty.

Od kilku dni na fejsbuku atakuje mnie zdjęcie eleganckiego mężczyzny, który patrzy mi głęboko w oczy przez stylowe okulary. Pod zdjęciem opis obietnic, które Pan Doktor spełni w moim życiu, jeśli tylko zechce się zapisać na jego darmowe szkolenie, które będzie po raz kolejny “ostatni raz” powtarzane w sieci we środę o 20.00. Moje życie nareszcie się zmieni, wreszcie schudnę, zmienię pracę na wymarzoną, znajdę satysfakcję, pasję- słowem przekroczę prób raju na ziemi. Patrzę w oczy tego Pana, zerkam na jego rozpiętą pod szyją koszulę, drogi zegarek (zawsze jakoś dziwnie widoczny na takich zdjęciach), obserwuje jak oparcie jego obficie skórzanego fotela dotyka jednej w wielu ramek z certyfikatami ukończonych przez niego szkoleń i… zastanawiam się. Dlaczego się nie zapisać? Dlaczego nie?

Oto cztery powody:

  1. Po pierwsze dlatego, że nie wierzę w darmowość takich eventów. Za każdym razem, gdy chciałem zaromansować z coachingiem, dochodziłem do progu absurdalnie tłustej faktury.
  2. Po drugie dlatego, że w 2002 roku pewiem jezuita zapytał mnie: “dobrze, jeśli schudniesz dwadzieścia kilo albo dwadzieścia kilo przytyjesz, to czy będziesz innym człowiekiem? Dlaczego to ma wpływać na Twoje poczucie wartości?” Minęło 15 lat i ja nadal mierzę się z tym pytaniem. Na przykład w ciągu ostatnich trzech lat cztery razy zmieniałem samochód i nadal jestem takim samym człowiekiem. Kiedyś kupiłem sobie drogi zegarek, jakiś czas potem droższy, teraz od dwóch lat chodzę bez zegarka i zgadnij co… nadal jestem takim samym człowiekiem. Mam droższy garnitur i tańsze ciuchy i wiesz co- pod spodem cały czas ten sam człowiek.
  3. Po trzecie dlatego, że w moim gabinecie co jakiś czas pojawia się człowiek, któremu się udało, a mimo to cierpi. Ostatnio przyjechał człowiek bardzo drogim audi, bo mu się sypnął związek. Osiągnął wszystko, co obiecujesz. Mimo to zostawiła go kobieta. Okazało się, że jemu się sypnęło wiele lat temu, jak rzuciła go pierwsza z trzech kobiet. Właściwie nigdy mu się nie sypnęło, bo nigdy nie było poukładane. Gonił od samego początku za nie-wiadomo-czym, a jego aktualny kryzys wynikał z tego, że jakimś cudem przestał pić alkohol i po około dwóch miesiącach mu wyje…ły wszystkie jego emocjonalne deficyty. Stał się nieznośny, bo wszystkie topione dotychczas lęki wypłynęły na powierzchnię. Takich ludzi spotykam regularnie.
  4. Po czwarte dlatego, że we środe o 20.00 będę z dziećmi oglądał telewizję albo odrabiał pracę domową albo jadł kolację albo rąbał drzewo albo segregował śmieci- w każdym razie będę robił coś okropnie zwyczajnego i wulgarnie codziennego, co składa się na moje powołanie, moją życiową misję, moją pasję, moją ścieżkę kariery bycia człowiekiem, mężem i ojcem.

Tyle tak na szybko, można by więcej ale okazuje się, że już syn woła mnie do lekcji.

Jeszcze tylko to pytanie, które Pan stawia na końcu- “chyba nie chcesz zostać w tyle?” Wie Pan co… czy ja wiem… Przypomina mi się opowieść zasłyszana na rekolekcjach: “dzisiejszy człowiek przypomina osobę, która podeszła do kasy na dworcu kolejowym i poprosiła o bilet pierwszej klasy, kasjerka zapytała dokąd, na co człowiek odpowiedział: wszystko jedno dokąd, byleby była pierwsza klasa”. Także jeśli jestem wśród tłumu, który biegnie wprost do przepaści, to nic mi nie zaszkodzi, jeśli zostanę w tyle. Mogę nawet zostać w miejscu. Nigdzie się nie ruszać. Moje hasło coachingowe brzmi zatem: ZOSTAŃ TU, GDZIE JESTEŚ. Nie uciekaj. Spotkaj się ze sobą. Zobacz, że jesteś wartościowy przez sam fakt, że oddychasz. Nic ale to absolutnie nic nie musisz robić, żeby siebie potwierdzić, uzasadnić. Nic nie musisz zdobywać. Nic. Jak tego doświadczysz, to będziesz mógł wyruszyć w podróż.

Miłego oddychania.

Dwa domy dziecka czyli sufit.

Dwa domy dziecka czyli sufit.

Jeżdżę raz w tygodniu do domu dziecka na spotkania z młodym pacjentem. Duży budynek pełen smutnych historii wypisanych na dziecięcych twarzach. Alkoholizm, przemoc, porzucenie, zaniedbania itd. itp. Serce pęka.

Pewnego dnia bezpośrednio stamtąd pojechałem na konsultację do prywatnego przedszkola na warszawskim Ursynowie. Placówka jakich wiele w tej dzielnicy- wyjątkowa, niepowtarzalna, z bogatą ofertą zajęć dodatkowych, wykładowymi językami obcymi itd. Podczas rozmowy z nauczycielkami dowiedziałem się, że są dzieci, które one za dodatkową opłatą odprowadzają do domu, bo rodzice kończą pracę później niż przedszkole. Co więcej- opiekunka ma za zadanie uśpić dziecko po przyprowadzeniu do domu, żeby rodzic mógł z nim spędzić trochę czasu po pracy. Bo “rodzicowi zależy na kontakcie z dzieckiem”… więc dziecko śpi do 19, potem spędza czas z rodzicami do północy, potem spać i rano znowu do przedszkola, bo Mordor wzywa. Pomyślałem- to też jest dom dziecka. Tylko, że historia nie jest tak prosta, aczkolwiek nie mniej smutna.

Strasznie mnie złości lekkoduszność z jaką podchodzi się w Warszawie (może i Polsce) do pracoholizmu. Cały ten Mordor- baśniowa kraina. Powiedzmy sobie szczerze- to straszna kraina, która powoduje dużo złego. Jak ktoś w tym kraju pije wódkę, to sprawa jest jasna, napiętnowanie totalne. Jak ktoś w tym kraju jest pracoholikiem, to jest ikoną sukcesu i spełnienia marzeń. Straty są takie same tu i tu. Największą karierą jest rodzina, a ta przemyka obok pod okiem droższych lub tańszych specjalistów.

Wszystko to w imię większego przelewu, bo przecież trzeba… Trzeba mieć więcej metrów kwadratowych, bliżej stacji metra, większe Audi, droższe wakacje, a na wszystko to większą ratę, bo przecież “żyj po swojemu”. Mój kolega mawia: “jak zarabiałem 1800, to marzyłem o 3000. Jak miałem 3000, to chciałem 5000. Dziś mam 12 i myśle o 20, a potem pewnie będę chciał 50. Wieczne nienasycenie, sam musisz sobie odpowiedzieć, gdzie jest Twój sufit”.

Rozmawiałem ostatnio z lekarką, która przyznała, że pracuje 12 godzin tygodniowo, co przekłada się na około 5000 brutto miesięcznie. Niewiele? Za mało? Pani twierdzi, że wystarcza, a do tego oszczędza na korepetycjach i opiekunkach dla dzieci dzisiaj, a na psychoterapeutach czy terapeutach uzależnień w przyszłości.

Gdzie zatem jest Twój sufit?

Rodzice, którzy „mordują” własne dzieci.

Rodzice, którzy „mordują” własne dzieci.

Pracując jako psycholog szkolny obserwowałem wielokrotnie z przerażeniem i żalem, jak system edukacji publicznej potrafi podcinać skrzydła twórczości, kastrować indywidualność i równać wszystkie dzieci „pod jedną linijkę”. Nie chcę w tym tekście wchodzić w szczegóły, powiem tylko, że moim zdaniem, udany “produkt” systemu w obecnej postaci to uczeń, który potrafi zaznaczyć ołóweczkiem odpowiedzi w teście tak, żeby pasowały do klucza, nie wychyla się, nie wykazuje inicjatywy i absolutnie nie jest przedsiębiorczy. Z jednej strony wzorowe zachowanie, szóstki od dołu do góry, a z drugiej demobilizacja w każdej sytuacji, która wymaga odrobiny nieszablonowego myślenia, “wyjścia poza pudełko”, a już w ogóle odważnej, asertywnej komunikacji z drugim człowiekiem.

Taki produkt systemu jest po pierwsze łatwy do kierowania, dalej bezpieczny, oswojony, nie podskoczy, a nade wszystko jest NUDNY.

Wielokrotnie kładłem na sercu rodzicom- to Wy musicie ocalić swoje dziecko przed KOSZĄCYM KOMBAJNEM SYSTEMU. Czasami trafia się “nauczyciel- wyspa” na oceanie bezdusznego systemu ale przede wszystkim Wy- rodzice- pilnujcie pierwotnych pierwiastków w Waszych dzieciach. To Wasza odpowiedzialność.

W ostatni poniedziałek rozmawiałem z koleżanką nauczycielką, która właśnie jest taką “oazą na pustyni”, “wyspą na oceanie”. Wielokrotnie obserwowałem ją podczas pracy z dziećmi w wieku 6-8 lat i widziałem, że kształtuje przede wszystkim LUDZI. Uczy dzieci odpowiedzialności, odwagi w podejmowaniu prób i popełnianiu błędów, szacunku do innych, i wielu takich kompetencji, których Podstawa Programowa nie przewiduje. Niestety podczas ostatniego spotkania z rodzicami, Ci naskoczyli na nią, że “zadaje za mało prac domowych”, “robi za krótkie dyktanda”, “nie zaznacza na czerwono wszystkich błędów w sprawdzanych pracach”, “nie gani dzieci za niestaranne pisanie”. Państwo przynieśli nawet zeszyty swoich starszych dzieci, które trafiły na bardziej systemowe nauczycielki i porównywali przy mojej koleżance ilość prac domowych i długość dyktand. Koleżanka broniła się, że przecież ortografia zależy od poznania zasad, a nie od długości dyktand ale generalnie przegrała batalię. Właściwie nie ona, bo przegrały dzieci tych Państwa. Ja to widzę tak, że doszło do sytuacji, gdzie rodzice krzyczeli- „niech Pani skrzywdzi nasze dzieci, niech Pani je sformatuje tak, jak formatuje się inne dzieci! Chcemy zabić to, co wyjątkowe, cenne i niepowtarzalne w naszych dzieciach!”

Zachęcam Państwa do poczytania o kształcie edukacji w Finlandii, której dzieci najlepiej wypadają od lat w testach w porównaniu z innymi krajami. Zachęcam Państwa do przeczytania książki “Dlaczego piątkowi uczniowie pracują dla trójkowych, a czwórkowi zostają urzędnikami”. Zachęcam Państwa wreszcie do rozejrzenia się wkoło i podjęcia uczciwej refleksji- ilu jest tych szóstkowo- wzorowych uczniów wśród dyrektorów i prezesów spółek, a ilu z nich wegetuje po sekretariatach, sklepach i urzędach. I przestańcie wreszcie powtarzać: “musisz się uczyć, żeby mieć lepsze oceny, żeby skończyć lepsze studia, żeby mieć lepszą pracę, żeby zarabiać więcej pieniędzy”. Gówno prawda.

 

Do poczytania dla chętnych:

O edukacji w Finlandii:

https://fillingmymap.com/2015/04/15/11-ways-finlands-education-system-shows-us-that-less-is-more/

Wspomniana książka Roberta Toru Kiyosaki

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/199754/dlaczego-piatkowi-uczniowie-pracuja-dla-trojkowych-a-czworkowi-zostaja-urzednikami