Musiałem aż sprawdzić w internecie jakie są aktualne przepisy, kiedy zobaczyłem, że wszyscy wokół mnie są ubrani w stylowe kaski narciarskie. Ufff- „w Polsce do szesnastego roku życia”, zatem mogłem legalnie wsiąść na wyciąg. Rzeczywiście większość otaczających mnie w zeszłym tygodniu narciarzy korzystała z kasków, a obecny na stoku patrol dwóch policjantów na nartach zdawał się ku temu znacząco przyczyniać. Ja natomiast jeszcze nigdy nie czułem się tak niebezpiecznie na nartach jak wtedy i to wcale nie ze względu na to, że jeździłem w czapce. Też nie dlatego, że średnio raz na godzinę GOPR zwoził kogoś połamanego ze stoku, bo oblodzenie było bardzo duże. Otóż wielu spośród tych „zabezpieczonych” kaskami narciarzy, zachowywało się jakby mieli siedem żyć. Pędzili na przysłowiowe złamanie karku, zupełnie jakby walczyli o medal na zawodach sportowych, a nie zjeżdżali na rekreacyjnym stoku. Młodzi, starsi, dzieci- we wszystkich grupach wiekowych zdarzali się tacy „zawodnicy”, którzy przemykali z dziesięciokrotnie większą prędkością niż ja, a niekiedy dało się słyszeć tylko delikatne „ku…..a” spod kominiarki. Bałem się, że ktoś z nich we mnie wjedzie. Kwintesencją był mały chłopiec, który jechał „na krechę” przez cały stok. Chyba wszyscy patrzący na niego zadawali sobie pytanie „czy umie hamować?” Nie umiał. Zatrzymał się na barierce, a kiedy obcy mężczyzna pomagał mu zebrać się po upadku, jego mama publikowała nagranie na społecznościówkach, jak jej malec szybko jeździ. Przyszła mi do głowy taka myśl po tym dniu: „kiedyś ludzie mieli mózgi, dzisiaj mają kaski”. To oczywiście prowokacyjny skrót myślowy ale chodzi mi o to, że w gąszczu kolejnych przepisów dotyczących bezpieczeństwa zupełnie gubimy kluczową rzecz- odpowiedzialność za własne działania. Obserwuję to już w przedszkolu. Na przykład: Pięcioletni Jaś kopnął swoją panią nauczycielkę. Rodzice pytają: „co Pani zrobiła? Jaki był czynnik spustowy (nierzadko pada angielskie słowo: trigger), że nasz syna musiał Panią kopnąć?” I taką ścieżką dochodzimy konsekwentnie do sytuacji gdy: nie pytamy kto zaprószył ogień, tylko czy budynek był odpowiednio zabezpieczony; nie pytamy czy kierowca dostosował prędkość do panujących warunków, tylko jakie służby zawiniły, że droga w zimie była zaśnieżona; nie pytamy dlaczego nasze dziecko się nie uczy, tylko dlaczego korepetytor jest nieskuteczny, itd. itd. Kładziemy wielki nacisk na to, żeby mieć motywacje wewnętrzną we wszystkim, co robimy, a przy okazji odpowiedzialność za nasze działania umieszczamy konsekwentnie na zewnątrz.
Nostalgicznie wspominam górkę w Gdańsku, na którą chodziliśmy z nartami, kiedy spadł śnieg. Nie było tam wyciągu, nie było kasków, nie było super sprzętu i stylowych ciuchów ale nie było też wypadków. Za to godziny głośnego śmiechu, czerwone od mrozu policzki i głęboka, prosta radość życia.
