„Ja nie jestem od lubienia” czyli trudni rodzice

Rozmawiając ostatnio z zaprzyjaźnioną nauczycielką usłyszałem aż trzy razy: „trudno, ja nie jestem tu po to, żeby mnie lubić”. Opowiadała o tym, jak przekazuje rodzicom trudne informacje o rozwoju ich dzieci, o ich nieadekwatnych zachowaniach, a potem ci rodzice, zamiast zająć się swoim dzieckiem… zajmują się nią. Obsmarowują na internetowej grupie, ironizują i podważają w bezpośrednim kontakcie albo po prostu dzwonią na skargę do dyrektorko- właścicielki. Moja znajoma doszła do stanu, że ma to gdzieś, skupia się na tym, żeby dobrze zrobić swoją robotę, a dokładniej skupia się na tym, żeby ocalić w sobie troskę o powierzone jej dziecko. Nierzadko dochodzi do konkluzji, że jej bardziej zależy na tym dziecku, skoro wyłapuje niepokojące symptomy, informuje o nich ryzykując utratę sympatii, a rodzice lekceważą sprawę, bo mają grila, kredyt, awans i wyjazd na Teneryfę- słowem „są sprawy ważniejsze niż jakieś tam Pani niepokoje o autyzm”.

Ostatnio prowadziłem nawet takie szkolenie dla nauczycieli, które miało roboczy tytuł „Trudni rodzice” (roboczy, bo przecież to takie nieasertywne sformułowanie). Jeden z uczestników skomentował na samym początku: „proszę Pana, teraz to tych nie-trudnych rodziców jest ze trójka na klasę”. Ostatnio zadziwiło mnie, że nawet koleżanka terapeutka pytała się w pomieszczeniu socjalnym: „czy nauczyciel ma prawo odnosić się do tego, że mój syn odzywał się wulgarnie do koleżanki na prywatnej grupie mesendżerowej? a co z prywatnością komunikacji?” Kopara mi opadła, bo ani przez chwilę nie zastanowiła się nad tym, że jej syn zachowuje się agresywnie, a do tego głupio, skoro pisze to w necie, tylko troskała się o tajemnicę korespondencji. Taka postawa niestety nie należy dzisiaj do rzadkości. Rodzice bronią ze wszystkich sił jakiejś wyimaginowanej twierdzy doskonałości swoich dzieci (albo twierdzy ŚWIĘTEGO SPOKOJU) i szukają wroga w tym, kto najczęściej jest ich sprzymierzeńcem. Za tym musi stać jakiś cholernie duży i równie nieuświadomiony lęk, podszyty toksycznym perfekcjonizmem, brakiem poczucia własnej wartości i inną emocjonalną toksyną, która niczym radioaktywne odpady paruje z dzisiejszego zainfekowanego reklamą człowieka i zatruwa życie tym, którzy mają w sobie jeszcze trochę trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość.

Także drodzy nauczyciele, dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek, nie jesteście od lubienia. Jesteście od tego, żeby dobrze zrobić swoją robotę. Jak już ją zrobicie, to zamknijcie salę, odwieście klucz na haczyk, wyłączcie komputer i wracajcie do swojego życia, bo praca to tylko sposób zarabiania na życie. Chyba, że miesza wam się praca z życiem, to wtedy macie duży problem, zwłaszcza w obecnych czasach. Dzisiaj, jak nigdy dotąd, w pracy nauczyciela ważne jest stawianie i pilnowanie swoich granic.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.