Trudna strona urlopu

Dawno temu szedłem z kolegą na Giewont zimą. Wyruszyliśmy wcześnie rano, szliśmy jako pierwsi na szlaku, po dziewiczym śniegu w lesie nad Doliną Strążyską, kiedy po raz pierwszy i, jak dotąd, jedyny w życiu usłyszałem prawdziwą ciszę. Naprawdę nic, ani śpiewu ptaka, ani szumu listka i żadnych odgłosów z miasta poniżej. Absolutny brak bodźców dźwiękowych. Reakcja mojego kolegi była zaskakując. Wpadł w szał. Zaczął wrzeszczeć i wyklinać na czym świat stoi: „kur.. co za cisza, ja pierd…, ku..aaa!!!” i tak dalej różnie łącząc wulgaryzmy. Wreszcie przypomniał sobie o walkmanie, którego miał w plecaku, wyjął go, włożył słuchawki w uszy i poszliśmy dalej.

Nie wiem czemu ta scena przypomniała mi się właśnie dzisiaj. Może dlatego, że jestem na skraju urlopu czyli też na skraju ciszy w moim życiu. Wypadam z zawodowego obiegu na kilkanaście dni i wiele spraw, które na co dzień stanowią treść mojego życia milknie, znika z horyzontu. Ta urlopowa cisza mówi bardzo głośno i bardzo dużo. Na przykład to, że wcale nie jestem taki ważny, jak mi się wydaje. Miejsca, w których pracuje dalej będą istnieć, ludzie będą żyć i radzić sobie beze mnie, itd. Kiedy zabraknie spraw do załatwienia, okaże się co jest pod spodem, co skrywa się poniżej poziomu grafiku, kalendarza i agendy. Kiedy przestanę być moją zawodową rolą, będę się musiał spotkać ze swoją tożsamością. Nic dziwnego, że podczas urlopu bywa napięciowo, bo zaczyna brakować odurzającego efektu codziennych obowiązków i człowiek zaczyna trzeźwieć. To znaczy ma okazje trzeźwieć, bo przecież nietrudno odurzyć się zastępczo czym innym. Nerwica działania, zaliczania kolejnych celów, miejsc, zabytków na urlopie może sprawić, że z codziennego zabiegania wpadniemy w urlopowe zabieganie. Poza tym odurzać można się też klasycznie, co wielu przyjmuje za wakacyjny standard.

Dlatego myślę, że urlop ma swój trudny aspekt, bo może stać się okazją do spotkania z samym sobą. A może nawet skoro jest to czas pewnego odejścia, oddalenia się od codziennego życia, to może się okazać, że konfrontujemy się z naszym bardzo głębokim lękiem przed ostatecznym odejściem. Tak, jak pewnie mój kolega z pierwszego akapitu skonfrontował się z przysłowiową „grobową ciszą”. Jednak tam, pod tym tatrzańskim milczącym śniegiem było życie, które kilka miesięcy później wystrzeliło piękną wiosną. Odkrycia tych wewnętrznych pokładów życia życzę każdemu, kto odważy się zanurzyć choć na chwilę w urlopową ciszę i bezruch.

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.