Komu potrzebne są podarki na koniec roku szkolnego?

W czasie gdy byłem nauczycielem przedmiotu i wychowawcą prawie wcale nie kupowałem słodyczy. Potężne doładowanie z okazji Święta Edukacji Narodowej starczało mi do końca roku, kiedy przychodziła kolejna transza… I tak w koło. Potem, jak już byłem wyłącznie psychologiem szkolnym słodkie podziękowania zdarzały się sporadycznie. Wcale jednak nie schudłem przez to znacząco, bo odnalazłem drogę do sklepu i poradziłem sobie jakoś. Dzisiaj na kwestie podarunków dla nauczycieli patrzę już tylko z perspektywy rodzica i widzę w nich przede wszystkim okazję do wyrażenia wdzięczności. Jestem przekonany, że te przysłowiowe kwiatki i czekoladki są bardziej potrzebne moim dzieciom, niż nauczycielowi, który je otrzyma (choć widok obładowanych bukietami pań idących przez miasto jest naprawdę wzruszający).

Wiadomo, że za każdym bukietem i prezencikiem, do pewnego wieku dziecka, tak naprawdę stoi rodzic. Największa korzyść jest jednak nie po stronie Pani, która dostanie kolejne Merci, ale właśnie po stronie ucznia, który doświadczy tej małej, sympatycznej dawki koktajlu szczęścia- dopaminy, serotoniny i oksytocyny, która wydziela się wtedy, gdy bezinteresownie coś dajemy. Naukowcy potwierdzili to, co święty Paweł napisał dwa tysiące lat temu, że „więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu”. Obserwacje codzienności z kolei pokazują, że osoby roszczeniowe są najbardziej smutne. Niestety widać to bardzo wyraźnie wśród dzieci. Ci, którzy są przekonani, że wszystko im się należy i w związku w tym nikomu nie należy się nawet najmniejsze dziękuje, są zatwardziale apatyczni.

Problem pojawia się wtedy, gdy dziecko jest przekonane, że jakiemuś nauczycielowi naprawdę się nie należy i niestety ma w tym rację. Czy wtedy, zgodnie z komunistyczną zasadą, powinniśmy dać wszystkim po równo? Czego to nauczy nasze dzieci? To trudny orzech do zgryzienia, który wymaga na pewno dużo zastanowienia i na pewno nie można dzieci zostawić z tym samych, bez pomocy i tłumaczenia ze strony rodziców.

Uważam, że dzieci powinny być świadomie włączane w proces planowania i przygotowania tych zwyczajowych wyrazów wdzięczności. Dobrze, jeśli odbywa się to w atmosferze współpracy z rodzicami, dialogu z nimi i przy ich pokierowaniu. Natomiast ci, którzy próbują ten zwyczaj ograniczyć poprzez tworzenie lub wyciąganie z lamusa przepisów w stylu „wartość podarku nie może przekroczyć 49 złotych” albo przyjęcie od dziecka bukieciku kwiatków i pudełka czekoladek nazywają „przyjęciem korzyści majątkowej” niech się pukną w czoło!

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.