Nie ma czasu na dzieciństwo?

Wspominam z nostalgią czasy dzieciństwa, kiedy w te długie letnie dni rysowaliśmy pod blokiem na gdańskiej Morenie trzy równoległe linie kredą i wszystkie dzieci z bloku grały do późnego wieczora w zbijaka. Czasem siedzieliśmy do 21:00 na trzepakach i bawiliśmy w „ziemia parzy”. Innym razem wkurzaliśmy „sąsiadkę wariatkę” dzwoniąc jej do drzwi i uciekając (tylko, że potem okazało się, że wariatka zna naszych rodziców, którzy boleśnie przekonali nas, żeby zostawić ją w spokoju). Albo chowaliśmy się po krzakach, klatkach i śmietnikach bawiąc się w chowanego. Nawet nasz kolega „od chrabąszczy”, który był osiedlowym dziwakiem bo ciągle tylko latał za robalami i nie umiał o niczym innym gadać, wtedy łapał te robale jakoś tak obok nas i trochę z nami nawet gadał, kiedy my chowaliśmy się po „jego krzakach” (dzisiaj pewnie miałby diagnozę Aspergera i jeździł w tym czasie na TUSy). Ile my zmarnowaliśmy na to czasu… Gdybym tylko wtedy zamiast bawić się z innymi dzieciakami uczył się hiszpańskiego albo chińskiego… Gdyby poświęcił ten czas na naukę kodowania albo lego robotykę. Tylko kto wtedy myślał o językach i tym podobnych wynalazkach. Nasi rodzice zupełnie nie przywidywali co nam się przyda w przyszłości i przez to nie przygotowywali nas do życia. Teraz jest zupełnie inaczej. Nie ma czasu do stracenia. Każda chwila jest wykorzystana po to, żeby się czegoś nauczyć, poszerzyć wiedzę i wydoskonalić umiejętności. Wszystko po to, żeby w przyszłości nie tylko sobie poradzić ale już na starcie zyskać przewagę. Siatka tygodniowa zatkana zajęciami dodatkowymi, poza tym szkoła oczywiście topowa i nie ma czasu na takie bzdury jak zabawa w chowanego czy gra w piłkę (chyba, że w piłkę w klubie, w ramach zajęć- to wtedy tak). Rodzice zamienieni zupełnie w taksówkarzy dowożących tylko przyszłych prezesów na kolejne zajęcia. Dzieci z obciążeniem często przekraczającym pełny etat. Relacje społeczne rodziców ograniczone do rozmów z innymi rodzicami w poczekalni, a dzieci podobnie z kolegami z klubu czy grupy zajęciowej, czasami jeszcze do chwili z kolegami na Discordzie.

Tylko, że my- ci od zbijaka pod blokiem wcale nie poradziliśmy sobie źle w życiu. Jesteśmy nauczycielami, handlowcami, mechanikami ale są wśród nas też prezesi i profesorowie. Mamy też takie fajne poczucie, że możemy się śmiać, oddychać i bawić bez poczucia winy, że właśnie zmarnowaliśmy sobie życie. Nie jestem pewien czy nasze dzieci będą to miały, skoro nieustannie zaszczepiamy im poczucie bycia niekompletnym, niewystarczającym, bo ciągle są jakieś zajęcia, które muszą zaliczyć, żeby się dobrze przygotować do czegoś w przyszłości. Nawet w wakacje nie odpuszczamy, bo przecież ten czas to szansa na jeszcze jeden obóz językowy albo z kodowania albo sportowy. Siedzenie u babci na wsi przecież nie ma sensu, bo tam i tak siedzieliby cały czas w internecie, chyba, że tam nie ma internetu ale to jeszcze gorzej…

Ostatnio usłyszałem od pewnej sfrustrowanej byciem taksówkarzem mamy tytułowe zdanie „nie ma czasu na dzieciństwo”. Tak sobie myślę, że jeśli dzisiaj nie ma czasu na dzieciństwo, to w przyszłości nie będzie czasu na życie. Zresztą to już się dzieje, bo wielu z nas żyje jakby w letargu, nieustannie przygotowując się na jakieś „jutro” i odkładając swoje szczęście i życie na potem. Bardzo mnie zasmuciła opowieść koleżanki, która wróciła z pogrzebu swojego znajomego z pracy. Umarł dwa tygodnie przed odejściem na emeryturę… miał tyle planów, tyle rzeczy na które odkładał, oszczędzał i czekał…

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.