Szkoła zbudowana na lęku?

Słyszałem ostatnio opowieść o tym, jak ośmiolatek dostał uwagę za to, że zdjął kapcie siedząc w ławce szkolnej. Zdziwionej mamie nauczycielki (bo były dwie) tłumaczyły, że przecież mógłby się poślizgnąć gdyby wstał i nagle gdzieś pobiegł bez tych kapci. Na początku to tłumaczenie wydało mi się absurdalne ale później, kiedy sobie o tym myślałem przyszło mi do głowy, że mamy tu do czynienia z szerszym zjawiskiem. Otóż uważam, że dzisiejsza szkoła jest w dużym stopniu oparta, a może nawet zbudowana na lęku.

Nauczyciele generalnie się boją wszystkiego i wszystkich. Najbardziej rodziców, którzy mają prawo zakwestionować wszystko i z założenia mają rację. Mało który dyrektor bierze najpierw stronę nauczyciela, wręcz przeciwnie niepisany zwyczaj każe „najpierw zrypać nauczyciela, potem ewentualnie wysłuchać co ma do powiedzenia, ale niekoniecznie”. Dalej nauczyciel boi się właśnie dyrektora, który tak naprawdę jest jednym z nich- nauczycieli- ale zwykle z przyjęciem tej funkcji nagle staje się kimś zupełnie innym (znam historie przechodzenia na „pani dyrektor” po tym jak było się już na „ty”). Dyrektor boi się ministra, który zwykle jest odrealnionym pajacem wymyślającym jakieś nowe projekty, które wszyscy muszą natychmiast realizować, wypełniając tony papieru dokumentacji i szkoląc się w temacie, o którym nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, włącznie z prowadzącymi szkolenia. Minister to w ogóle jest taki pan albo pani z kijem w ręku, który miesza wodę w stawie tak, żeby była mętna, żeby coś się działo i nie było widać mułu, który jest na dnie. Potem nota bene genialny pomysł ministra umiera równie szybko jak się narodził i już nawet nikt nie pyta, dlaczego nagle nie musimy jednak robić tego „nadzoru”, a już zupełnie nikomu nie przyjdzie do głowy rozliczyć kogokolwiek z wydanych pieniędzy i zmarnowanego czasu (ale to krajowa norma- nie rozliczać z idiotycznych pomysłów).

I tak sobie pracuje nasz nauczyciel w atmosferze wszechogarniającego lęku. Jest jakby zahipnotyzowany, bo jak się spojrzy z boku, to nie widać problemu. Mógłby się wyluzować, bo z jego wykształceniem, elastycznością myślenia i kreatywnością znajdzie w razie czego robotę wszędzie. On jednak tego zwykle tak nie widzi. Szkoła, a zwłaszcza budżetówka, ma to do siebie, że skraca horyzont myślenia. Pewny, choć marny, przelew na początku miesiąca daje poczucie jako takiego bezpieczeństwa w tym zakręconym świecie i człowiek zaczyna wierzyć, że jest w raju i to widocznie z nim coś jest nie tak, skoro go uwiera.

Jak człowiek się boi, to potrzebuje oparcia w czymś z zewnątrz. Stąd wszechobecne procedury, regulaminy, kodeksy. Poza tym ten, kto żyje w lęku szuka zabezpieczenia w rzeczach materialnych. To też się dzieje w szkołach. Co chwile jakieś doposażanie, lepszy sprzęt, więcej projektów i zakupów z nimi związanych. Ale im więcej rzeczy i przepisów, tym mniej relacji i spontaniczności, czyli po prostu mniej życia.

Nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że tu chodzi ostatecznie o nasze dzieci. Chodzi właśnie o tego ośmiolatka, który popełnił „wielkie przestępstwo” siedząc na lekcji bez kapci na nogach. Łudzi się ten, kto myśli, że zalękniony wychowawca ukształtuje odważnych młodych ludzi i to właśnie ze względu na uczniów warto temat podnosić i bić na alarm. Potrzebujemy odważnych pedagogów, którzy nie będą się bali powiedzieć prosto w oczy rodzicom, dyrektorom i ministrowi co myślą. Potrzeba takich, którzy nie tylko powiedzą, ale też zrobią, albo nie zrobią- na przykład jeśli nie widzą sensu dokumentacji, to nie będą jej wypełniać póki ktoś tego sensu nie pokaże. Na szczęście takich „nowych ludzi” w szkole jest coraz więcej- sam mam okazję ich spotykać.

A tak praktycznie to chyba przydałoby się, żeby funkcja dyrektora była ograniczona czasowo do sześciu lat, a potem z powrotem do szeregu. Minister rekrutowany tylko spośród czynnego grona nauczycielskiego i to taki, którego szkoła nie chce oddać. No i może jeszcze co osiem lat obowiązek zmiany miejsca zatrudnienia dla każdego nauczyciela na inną szkołę, żeby się nie zastać. A tak naprawdę to potrzeba cały czas odświeżać sobie w głowie jak jest naprawdę, to znaczy, że życie jest krótkie i nie warto go marnować na rzeczy byle jakie, które nie mają WARTOŚCI i, że najczęściej strach ma wielkie oczy i tak naprawdę nie ma się czego bać.

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.