Czy autystyk ma imię?

Ostatnio młodszy kolega poprosił mnie o konsultację w temacie- jak pracować podczas korepetycji z nastoletnim autystykiem. Zapytałem go na początku jak ma na imię ten autystyk i zapadła cisza. Okazuje się, że spotkali się już dwa razy, a mój rozmówca nie umiał powiedzieć, jak dziecko ma na imię, nie pamiętał. Żeby było dziwniej, to pamiętał, że podczas spotkań zwracał się do niego po imieniu. Skąd taka dziwna reakcja? Stawiam na to, że z lęku. Mój kolega rozpoczyna pracę, to jego pierwsze spotkania z ludźmi w roli korepetytora i do tego jeszcze ten autyzm, który tak podbił zwykły poziom lęku. Etykietka położyła się cieniem na relacji- skąd my to znamy… z autopsji.

Nie jest to sytuacja odosobniona. Ja zawsze już podczas pierwszej rozmowy telefonicznej pytam rodziców, którzy dzwonią w sprawie „syna z autyzmem” albo „córki z aspergerem” jak ma na imię człowiek, o którym rozmawiamy. Wierzę w sens podejścia personalistycznego do człowieka i to jest taki zabieg, który świadomie stosuję. Często mam wrażenie, że to trochę wytrąca rozmówcę z toku myślenia, wrzuca na inne tory- według mnie, sensowniejsze. Kiedyś przeczytałem, że w każdej relacji spotyka się przede wszystkim dwóch ludzi. Nawet jeśli jeden z nich jest sędzią, a drugi podejrzanym, jeden nauczycielem, a drugi uczniem, jeden autystykiem, a drugi psychologiem to ostatecznie zawsze chodzi o dwóch ludzi. LUDZI.

Odnaleźć CZŁOWIEKA w człowieku, to jest mój cel, a budowanie z nim relacji- to moja metoda. W pracy z ludźmi ze spektrum okazuje się to dodatkowo wielką przygodą. Już od dawna widzę swoją pracę w takiej metaforze człowieka przedzierającego się przez gęste zarośla. Zarośla trudnych zachować, fiksacji, autostymulacji, agresji, autoagresji i tym podobnych. To, co mnie jednak odróżnia od zwykłego badacza dżungli, to fakt, że nie mogę używać maczety. Muszę być ostrożny, żeby nie utracić czegoś bardzo ważnego, żeby nie minąć się z CZŁOWIEKIEM, który jest gdzieś tuż za tymi zachowaniami. Człowiekiem z krwi i kości, który ma jakieś IMIĘ. Poznać to IMIĘ, poznać tego CZŁOWIEKA, zrozumieć go i potem pomóc jemu samemu zrozumieć siebie- oto moja robota.

Ostatnio jedna mama żaliła mi się, że kiedy jej syn poszedł do przedszkola, to podeszły do niej dwie inne matki, które powiedziały „nie życzymy sobie takich dzieci w naszej grupie”. Łatwiej powiedzieć „nie życzymy sobie takich dzieci” niż powiedzieć „nie życzymy sobie Franka”. Łatwiej odrzucić kategorię myślową, niż konkretnego człowieka.

Kiedyś na studiach słyszałem o badaniach, że własne imię jest dla człowieka najprzyjemniejszym dźwiękiem, jaki może usłyszeć…

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.