Mężczyzna powinien…

„…zasadzić drzewo, spłodzić syna i zbudować dom”. A jeśli nie, to co? Nieudane życie? Nie pójdzie do nieba? A jak tylko dwa z trzech, to znaczy, że 66% mężczyzny?

Chodzi mi o to, że są w naszym języku, w naszym kręgu kulturowym takie powiedzonka, z których nie wiadomo kiedy wyrastają bardzo silne przekonania, które z kolei zagnieżdżają się w naszych sercach niepostrzeżenie i tak mocno, że zaczyna nam się wydawać, iż stanowią integralną część nas samych. A to nie prawda! Ale rzeczywistość nie znosi próżni, więc jeśli nie ma nic w środku, to zagnieździ się tam byle co, po prostu cokolwiek.

Niestety potrzeba świadomej refleksji, żeby uzmysłowić sobie co tak naprawdę wpływa na nas, co kształtuje nasze myślenie o świecie, o nas samych, o naszej przyszłości. Z kolei, taka świadoma refleksja nie zadzieje się, dopóki ktoś albo coś nie wytrąci nas z biegu wydarzeń i nurtu życia, w których jesteśmy zanurzeni na codzień tak dokładnie, że nawet tego nie spostrzegamy. Niestety często potrzeba, żeby coś się z hukiem zawaliło i wtedy być może człowiek się obudzi.

Po moim ostatnim wpisie na temat tolerancji nudy i frustracji w małżeństwie byłem u fryzjera, a to zawsze są bardzo owocne spotkania. Moja pani Ania ma bardzo ciekawe spostrzeżenia. Można powiedzieć, że od wielu lat nieustannie prowadzi badania na dużej grupie ludzi. Według niej to, co gryzie mężczyzn po czterdziestce, to porównywanie się do innych samców. Podobno żaden z jej około trzydziestoletnich klientów nie poświęca wiele uwagi i energii na zastanawianie się co osiągnęli jego kumple z klasy. Dwudziestolatkowie ogólnie zastanawiają bardzo mało nad czymkolwiek poza pytaniem czego się napić, z kim i kiedy. Natomiast jak czterdziestka umacnia się na swoich pozycjach, porównywanie staje się permanentne.

To jest pewna droga do męskiej depresji, bo przecież zawsze znajdzie się w otoczeniu ktoś, kto bardziej i więcej… Pamiętam, że kiedyś mój kolega miał takiego przyjaciela, który zawsze był o krok przed nim. Jakkolwiek dobrze nie wiodło się mojemu znajomemu, to zawsze miał doła, bo jego przyjaciel ze studiów był już krok dalej. Po prostu nie umiał się ucieszyć tym, kim jest, co ma, bo na jego celowniku był człowiek, który „już tu był”.

Można z tego wyjść, ale to wymaga refleksji, świadomości i podjęcia pewnej wewnętrznej dyscypliny. Po pierwsze, niczym w wojsku, trzeba rozpoznać teren czyli poznać własne serce. Jakim rytmem ono bije, dla kogo, a może raczej dla czego? Czego się boi? Za czym tęskni? Początek tego spotkania może być bardzo trudny dla wielu. Obawiam się, że wielu mężczyzn jest pustych w sercu. Nie ma niestety w naszej kulturze zbyt wiele miejsca na duchowość mężczyzny. Stąd może się brać takie silne przesunięcie w kierunku osiągnięć zewnętrznych, często przeliczalnych na sukces finansowy. Jeśli duchowo jest pusto, to materializm się umacnia…

Do czego w takim razie powinien dążyć mężczyzna, jeśli w ogóle POWINIEN…? Kiedy mężczyzna idzie do nieba? Zostawiam z pytaniem.

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.