i ślubuję ci nudę, frustrację i… wytrwałość małżeńską.

Usłyszałem kiedyś w jednej konferencji powiedzenie: „zmieniają się tylko imiona partnerów, problemy zostają te same”. To zdanie chyba mówi prawie wszystko o kryzysach małżeńskich. Z pewnymi problemami po prostu musimy zmierzyć się sami, nie mieszając w to partnera i nie przypisując mu zbyt łatwo winy czy choćby sprawstwa.

Myślę, że to, czego dzisiaj bardzo potrzeba, żeby wytrwać w małżeństwie to umiejętność znoszenia nudy. Nie ma opcji, żeby życie z jednym partnerem przez kilkanaście, kilkadziesiąt lat w końcu nie zapachniało nudą. Nawet ci, którzy świadomie starają się „odkrywać siebie codziennie na nowo”, którzy mają wspólne pasje i tak w pewnym momencie muszą się zmierzyć ze znudzeniem drugą osobą. Kiedyś pewien zakonnik powiedział bardzo dosadnie o zdradach małżeńskich „powiedzmy sobie szczerze, wszystkie kobiety anatomicznie są prawie identyczne, a to, co kręci mężczyznę w innej niż żona, to adrenalina związana z doświadczeniem czegoś innego czy czegoś zakazanego.” Właśnie żeby nie wyciągnąć ręki po tę adrenalinę, trzeba uważnie i zupełnie świadomie powitać małżeńską nudę i odnaleźć w niej sens.

„Odnaleźć sens w nudzie” może w wielu uszach brzmieć jak herezja. Być może dlatego, że nauczyliśmy się myśleć o nudzie, że jest zła. Dokoła pełno rozkrzyczanych głosów, które przekonują nas: „precz z nudą”, pełno „sposobów na nudę” itd. Nawet nie zorientowaliśmy się jak nam się w głowie poukładała nuda na półce ze złymi rzeczami. Jak dziecko tylko pomyśli, że się nudzi, to rodzice już obwiniają się, że nie spełniają należycie swojej misji. Tymczasem nuda, jak każde inne uczucie- przychodzi, odchodzi, zależy w dużej mierze od tego jak interpretujemy rzeczywistość i, co najważniejsze, jak każde inne uczucie nie zabija tylko mija. Dlatego uważam, że już dzieci należałoby świadomie uczyć nudzenia się, żeby potem umiały dokańczać różne małe i duże sprawy w przyszłości- na przykład małżeństwo, ale też zobowiązania zawodowe, które nie zawsze są skakaniem na bungee.

Faceci mają jeszcze jeden problem. Otóż często nie potrafimy zaakceptować straty, jaką przynosi kolejny dzień. Wieku przybywa, możliwości się kurczą, testosteron spada. Więcej może dwudziestolatek niż pięćdziesięciolatek. Inne ma też zadania. Kiedyś człowiek jechał w góry po imprezie, żeby łazić, a potem znów imprezować. Spało się chwilę i dalej. Każdy czas ma jednak swoje wymagania i zadania. Co innego student, co innego młody tata, a jeszcze inaczej młody dziadek. Można znowu albo wejść w ten bieg życia, wejść do tej rzeki i płynąć z jej nurtem, albo próbować zawracać ten nurt swoim kijkiem… Tylko, że to zawracanie rani wszystkich w koło, a ostatecznie też samego zainteresowanego. Myślę, że te wszystkie rozwody, po których następują powroty do „pierwszej miłości z podstawówki czy liceum” albo wiązanie się z kobietami w wieku córki są tak naprawdę szukaniem sposobu na powrót do tamtego czasu, do tamtego mnie. Tu nie chodzi o starą miłość, która nie rdzewieje, tylko o próbę pozbycia się tej rdzy, która mnie dopada wraz z wiekiem. To są próby zatrzymania, a nawet cofnięcia czasu. Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem, który twierdził, że „żona go kastruje”. Myślę, że jeżeli już w ogóle coś nas facetów kastruje, to raczej samo życie i jego zmieniające się wymagania. Jeśli mężczyzna chce wytrwać do końca, to musi zmierzyć się z doświadczeniem straty.

Podobno życie to podróż więc może zamiast zmieniać partnera, można spróbować lepiej zrozumieć drogę, która polega na nieustannym traceniu czegoś i której krajobraz jest trochę inny każdego dnia.

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.