Skuteczne odchudzanie- licznik emocji zamiast kalorii

Schudnięcie na poziomie biologicznym jest banalnie proste- wystarczy spalić więcej kalorii niż się dostarcza, utrzymać ten ujemny bilans przez odpowiednio długi czas i zrobione. Matematyka na poziomie szkoły podstawowej wystarczy, by to ogarnąć. Dlaczego w takim razie tak trudno jest to zrobić tak wielu ludziom, włączając autora?

Otóż podobnie jak w przypadku wielu innych dolegliwości fizycznych (chorobowych), tak i tym razem nie chodzi o samą nadwagę czy otyłość. Ona jest tylko symptomem innego problemu, podobnie jak świecąca się kontrolka w samochodzie sygnalizuje tylko, że coś stało się z pojazdem i nie wystarczy ją zakleić plastrem by rozwiązać problem.

Problem z dodatkowymi kilogramami sygnalizuje trudności w obszarze emocji (podobnie zresztą jak wiele innych dolegliwości z alkoholizmem na czele). Dlatego żeby się skutecznie pozbyć nadmiarowych kilogramów, powinniśmy raczej liczyć emocje niż kalorie.

Oto kilka pytań, które warto sobie zadać i kilka przykładowych odpowiedzi.

  1. W jakim momencie dnia „rzucam się” na jedzenie? Najczęściej kluczowa jest pora wieczorna. Obfita kolacja, po której nawet nie można się dobrze wyspać jest zupełnie bezsensowna z punktu widzenia fizjologii. Po co dostarczać sobie tysiąc albo więcej kalorii, skoro już niedługo kładziemy się spać. Pomimo to z upodobaniem oddajemy się pochłanianiu kolejnych porcji jedzenia wieczorem. Może chodzi o emocje skumulowane przez cały miniony dzień? Może nie zostały wyrażone w inny sposób albo w ogóle lęk przed ich doświadczaniem powoduje, że ich nie dostrzegamy. Pyszna porcyjka paszy w ustach załatwia sprawę, ponieważ organizm potrafi zupełnie przełączyć się na doznanie smakowe, a wtedy na zajęcie się swoimi emocjami po prostu już nie starcza pamięci operacyjnej.
  2. Co mi dają dodatkowe kilogramy? Wiem, że tego rodzaju pytanie może budzić zdumienie i irytację, ale naprawdę warto choćby na próbę przyjąć założenie, że każde zachowanie ma jakąś fukcję. Co by się stało, gdybym nie był otyły? Z jakimi wyzwaniami musiałbym się zmierzyć? Rozmawiałem kiedyś z osobą, której otyłość zapewniała bycie wysoce nieatrakcyjną. To z kolei dawało jej bezpieczeństwo przed tym wszystkim, z czym trzeba się zmierzyć w relacjach damsko- męskich. Po prostu nikt się nią nie zainteresował. Inna kobieta schowała się w otyłym ciele przed konfrontującym pytaniem: „dlaczego jeszcze jestem z moim mężem?” Gdyby była szczupła i atrakcyjna, to musiałaby zmierzyć się z zainteresowaniem innych mężczyzn i z pustką emocjonalną w jej związku.
  3. Kiedy to się zaczęło? To pytanie może nas podprowadzić do chwili i zwykle osoby, od której „wystartowała” nasza otyłość. Zwykle łączy się to z jakimś elementem odrzucenia przez osobę ważną. Proces chudnięcia będzie tu wymagał najpierw przeżycia przebaczenia, żeby móc swobodnie „odejść” z tej sytuacji z przed lat.
  4. Gdzie byłbym dzisiaj, gdybym nie był otyły? Nadmiarowe kilogramy dosłownie niczym kotwica, dzięki sile grawitacji trzymają nas tu, gdzie jesteśmy. Często w naszym „dobrze jest jak jest”, którego gdzieś głęboko w sercu szczerze nienawidzimy, ale pomimo to w nim trwamy, bo „inne” jest takie nieznane, takie niepewne. Może realizowałbyś swoje sportowe marzenia? Może byłbyś na innym stanowisku albo w ogóle w innej pracy? Co Ci daje twoja tłuszczowa kotwica, gdzie Cię zatrzymuje i przed jakim rejsem Cię ochrania?
  5. Czym musiałbym się zająć, gdybym się nie odchudzał? Samo odchudzanie jest działaniem bardzo angażującym. Wszelkie diety, które wymagają dobierania składników, mierzenia dawki, czy w najlepszym wypadku „pudełka”, za które trzeba zapłacić, to wszystko zużywa bardzo dużo naszej pamięci operacyjnej. Być może potrzebujemy samego odchudzania, żeby nie zajmować się innymi trudnymi sprawami. Rozmawiałem z kilkoma osobami, które przyznały, że schudły dopiero wtedy, kiedy przestały się zajmować odchudzaniem.

Warto słuchać swojego ciała, bo ono mówi do nas bardzo ważne rzeczy. Dodatkowa fałda na brzuchu nie jest problemem tylko raczej komunikatem. Wiem, że to może brzmieć głupio i pewnie nie warto robić tego przy ludziach ale proponuje spokojnie i z życzliwościom zapytać się swojej fałdki: „co Ty mi chcesz powiedzieć? Dlaczego mnie zatrzymujesz? Czego się boisz?” A potem szukać zaufania do samego siebie, żeby móc powiedzieć fałdce „nie bój się, będzie dobrze, poradzę sobie, możesz mnie już puścić”… A może ktoś zechce raczej powiedzieć: „dobrze fałdko, to ja zostaje z Tobą, bo nie jestem jeszcze gotów, żeby wyruszyć w drogę, przed którą mnie powstrzymujesz…” Świadome przyjęcie swojej fałdki to już zupełnie inna jakość niż nieskuteczna, ślepa walka z nią.

Podobnie pogadać można z wieloma innymi naszymi dolegliwościami, bo nasze ciało jest naprawdę bardzo mądre, często o wiele mądrzejsze od naszej głowy…

PS. Klikając w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.