Dobry i zły opór rodziców dzieci z problemami

Podobno kiedyś młody chłopiec wrócił ze szkoły i wręczył mamie list od nauczyciela. Ona przeczytała go, przetarła łzy i na pytanie: „mamo, co tam jest napisane?” odpowiedziała: „Pan nauczyciel napisał, że jesteś za mądry i on już nie potrafi dalej się tobą zajmować. Musimy znaleźć inną szkołę albo inny sposób, żebyś dobrze rozwinął swoje talenty”. Tak naprawdę w liście było napisane, że wyrzucają dziecko ze szkoły, bo jest za głupie, a tym chłopcem podobno był Thomas Edison…

Ta historia pewnie ma w sobie spore ziarno prawdy. Jest taki opór rodziców dzieci z problemami, którzy świadomie mówią „NIE” i wbrew wszystkiemu wierzą bez reszty w swoje dzieci, a ich wiara w końcu góry przenosi. Znam takich ludzi, którzy na wieść o spektrum autyzmu, wbrew pomysłom i prognozom „mądrych specjalistów” powiedzieli „nie” i idą świadomie pod prąd rzeczywistości, a właściwie tworzą nową rzeczywistość.

Niestety znam też drugi rodzaj oporu rodziców. Chodzi o tych, którzy przypominają trochę małe dzieci, które wierzą, że jak zasłonią oczy, to stają się niewidzialne. Ci rodzice wypierają w ogóle istnienie problemu ze swojego pola świadomości. Bronią za wszelką cenę tezy o tym, że ich dziecko jest idealne. Jeśli ktoś zaprzecza temu wierzeniu- tym gorzej dla niego. Podkarmiani przez pediatrę, który „na nic nie zwrócił uwagi” albo zawsze uśmiechniętą Panią psycholog, która twierdzi, że „każde dziecko rozwija się we własnym tempie” albo „chłopcy w ogóle rozwijają się wolniej”, ci rodzice zamykają oczy i uszy na każdy przekaz, które wytrąca ich ze świętego spokoju. Bo tutaj właśnie chodzi według mnie o święty spokój rodzica, a wcale nie o dobro dziecka.

Ostatnio siedziałem w gabinecie z rodzicami trzylatka. Gawędziliśy miło o tym, że dzieci mają swoje ograniczenia, że oni właściwie też coś widzą, że im zależy najbardziej itd. W pewnym momencie powiedziałem, że dziecko jest młode i jeśliby na przykład okazało się, że to „jest jakiś poważniejszy problem”, to będzie można skutecznie mu pomóc. Na to ojciec wykrzyknął: „na jakiej podstawie wyjeżdża mi tu Pan z jakimś autyzmem!!!” Matka spuściła oczy, jakby chciała powiedzieć: „ja wiem o czym pan mówi, ale nie mogę przy nim tego przyznać”. Ja w ogóle nie wspomniałem o autyźmie ale przecież jak nadepniesz na minę, to nie musisz się martwić o to, jak ją się odpala. Wybucha sama i koniec. Jak trafisz na czyjś lęk, to nie dziw się, że oberwiesz- zaatakowane zwierzę zaczyna się bronić.

Ja już się nie boję mówić otwarcie o problemach dzieci, bo za dużo widziałem. Widziałem kilkanaście dzieci, które szły w wieku siedmiu lat na rediagnozę po kilkuletniej terapii i psychiatra pytał z uśmiechem: „ale jaki autyzm?” Niestety widziałem o wiele więcej zapłakanych rodziców, którzy trafiali do mnie po raz pierwszy z siedmiolatkiem autystycznym „jak dzwon” i pytali ze łzami w oczach: „dlaczego nikt nam tego wcześniej nie powiedział?!” Widziałem nastolatków z depresją, którzy tak naprawdę cierpieli na „inność” wynikająca z Aspergera, o którym nikt im wcześniej nie powiedział. Widziałam dorosłych, którzy rozwiedli się nie dlatego, że nie kochali ale dlatego, że ich autystyczna konstrukcja, której nie byli świadomi, rządziła ich relacjami w ludźmi.

Opór jest rodzicom dzieci z problemami bardzo potrzebny ale to musi być konkretna jego odmiana. Przede wszystkim chodzi o to, że oni muszą się nauczyć pluć w twarz swoim własnym lękom, bo to jest ich prawdziwy wróg. Reszta sama się układa.

PS. Klikają w reklamę na moim blogu wspierasz mnie finansowo, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.