Na wspomnienia nie ma aplikacji.

Na wspomnienia nie ma aplikacji.

Po raz kolejny na przełomie czerwca i lipca odbyliśmy nasze tradycyjne “dni ojca”. Tym razem wyjechaliśmy we trójkę (bez MAMY!!!) na prawdziwy rajd rowerowy.
Pierwszym sprawdzianem była podróż pociągiem z Warszawy do Suwałk, PKP stanęło na wysokości zadania oddając do naszej dyspozycji wagon, który zapewniał miejsce dla kilkudziesięciu rowerów. Oczywiście w promocji dostaliśmy także godzinne spóźnienie, które pociąg złapał po drodze. Z planowanych 4,5 godziny zrobiło się prawie 6. Czy można przeżyć tyle czasu z sześciolatką i ośmiolatkiem w pociągu nie dając im do ręki komórki ani tableta? Można, choć przyznam, że po tej podróży najbardziej zmęczony byłem ja. Byliśmy wszędzie w pociągu, zobaczyliśmy wszystko, dzieciaki wlazły w każdy kąt, tylko nie do lokomotywy. Niemało razem z konduktorem kasowały bilety. Dało się, choć nie miałem chwili wytchnienia.

Potem Suwałki i na początek… lody na ul. Chłodnej 🙂

Dalej kierunek północ. W ojcowskich planach było 46 km i nocleg blisko Trójstyku Granic ale opatrzność była mądrzejsza i wylądowaliśmy w Domu Gościnnym nad Hańczą. Dom prawdziwie GOŚCINNY, a do tego jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Nikt już chyba nie zaskoczy moich dzieci pytaniem w szkole o najgłębsze jezioro w Polsce. Czym jest Hańcza uczyli się przede wszystkim nogami, pokonując kolejne podjazdy suwalszczyzny. Ale, jak głosi nasze rodzinne powiedzenie: “po każdym podjeździe czeka na nas zjazd”, a na nich padały kolejne rekordy prędkości. Nakręciliśmy zaledwie 36 km tego dnia, 10 mniej niż plan ale za to mieliśmy czas, żeby cieszyć oko Hańczą i upiec kiełbaski na ognisku. Bardzo mi na tym zależało, żeby dzieciaki zobaczyły co to znaczy oczyścić kij scyzorykiem, trzymać kiełbaskę nad samym ogniem, a potem jak można ją chwycić przez kromkę chleba i zjeść tak po prostu, bez noża i widelca. Głodni nie pytali o ketchup… Przy tym ognisku pomyślałem po raz pierwszy o tym, że na wspomnienia nie ma aplikacji. Takich chwil jak ta nie można w prosty sposób wgrać do głowy jak w pierwszej części Matrixa. To wymaga czasu, wysiłku, wyboru priorytetów. Kolejna chwila, która pokazała, że ojcostwo to wyzwanie.

Zaraz po przebudzenie Hania przywitała nas słowami: “Chciałabym spać w różowym pokoju”. Odpowiedziałem jej na to: “zobaczysz, że dziś będziesz miała nocleg w różowym pokoju”. Chwila cieszenia się porannym słońcem i kąpiel w Hańczy jeszcze przed śniadaniem. Potem suszenie strojów na kierownicach naszych rowerów. Pełen luz i wolność. Wizyta na Trójstyku Granic i wycieczki zagraniczne: “jak mnie Pani zapyta gdzie byłem w wakacje, to powiem jej, że w Rosji i na Litwie 🙂 “ Potem tylko szum opon, rozgrzany asfalt i kolejne kilometry wyrywane upałowi i tym cho….rnym podjazdom. Godzinny postój pod sklepem gdzieś na wsi i “obiad” z zimnych parówek. Wtedy Staś powiedział: “gdybym mógł wybrać sobie sam nagrodę za tę jazdę, to wziąłbym czekoladę z zatopionymi cukierkami.” Po odpoczynku udało się wyrwać kolejne 12 km i wizyta na Mostach w Stańczykach. Na początek póltoragodzinne nic-nie-robienie na pałatce, bo upał dosłownie mordował. Potem wizyta na mostach i plucie z wysokości 36 metrów w ramach nauki czym jest grawitacja w praktyce. Wywoływanie echa pod każdym wiaduktem. Dalsza jazda. Wywrotka przez natrętną muchę. Puściutka droga wojewódzka do Gołdapii podczas gdy nasi w pięknym stylu pokonywali Japonię. My wtedy pokonywaliśmy granice naszych możliwości nakręcając 50 km. Nagle tablica noclegi. Dzwonimy z ulicy, pani w słuchawce mówi, że nas widzi, żebyśmy podjeżdżali. Podjeżdżam pierwszy i pytam: “ma Pani różówy pokój?” “Oczywiście, zapraszam.” Sam nie mogłem uwierzyć, dopóki nie zobaczyłem. Okazało się, że nie tylko różowy pokój ale i różowy kajak, którym mogliśmy jeszcze wieczorem popływać po Jeziorze Czarnym. Wpłynęliśmy w tatarak, uczyliśmy się jak z bliska wygląda Grążel Żółty, a potem patrzyliśmy jak wygląda zachód słońca z perspektywy wody. Na wspomnienia nie ma aplikacji- wraca do mnie jak bumerang.

Kolejny poranek i po małym śniadanku tradycyjna już kąpiel w jeziorze. Dzieciaki budują zamek, patrzę z karimaty i myślę: “jak im niewiele trzeba, żeby być szczęśliwym. Oni są tu i teraz. Tylko ja myślę o tych kilometrach, które musimy dzisiaj przejechać do Węgorzewa.” Ruszamy i znów kręcimy. Nikt nie jęczy, nikt nie narzeka. I jak zwykle lody w Gołdapii- otwarty rachunek, dzieciaki nie mogą uwierzyć. Potem jeszcze przejeżdżanie rowerem pod fontanną, która włącza się losowo. Kogo pierwszego ochlapie? Staś wygrywa, zgarnia całą pulę. On, jego rower i sakwy całe mokre. Kręcimy dalej, wiatr nas wysuszy- luz i wolność.

Nakręciliśmy tego dnia 40km, do Bani Mazurskich. Nie daliśmy rady do Węgorzewa ale to nie problem. I tak przyjeżdżał po nas wujek Daniel z Kętrzyna samochodem. Dla niego było to tylko piętnaście minut więcej jazdy, a dla nas to byłoby być albo nie być. Lądujemy u wujka, a ciocia już przygotowuje obiad na zamówienie- paluszki rybne dla Stasia, a dla Hani pierś z kurczaka. Po obiedzie wujek się ogarnia i mówi: “a, zapomniałem, że mam dla Was przygotowaną nagrodę” i z szafki wyciąga dwie czekolady z zatopionymi w nich cukierkami. Nie dowierzam! Pytam Stasia czy o takiej czekoladzie mówił dzień wcześniej: “nie tata, nie o takiej dużej!!!”
Uśmiecham się i myślę po raz kolejny: “na wspomnienia nie ma aplikacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *