Ucz się od swojego dziecka!

siegnac_do_kontaktu

 

 

Mieszkamy w bloku. Zawsze jak wracamy, syn idzie pierwszy, podchodzi do kontaktu na parterze i próbuje zapalić światło. Póki co nie dosięga, więc kwituje sprawę krótkim „jeszcze nie”, po czym idzie dalej po schodach. Wszystko dzieje się tak szybko, że ja zwykle nie zdążę się wdrapać na parter, a Młody już jest w połowie pierwszego piętra.

Intryguje mnie jego konsekwencja, jego wytrwałość, cierpliwość i pogoda ducha z jaką to robi. Przecież wiadomo, że sytuacja nie zmieni się z dnia na dzień, przecież wiadomo, że prędzej czy później on zapali to światło, ale po co sprawdzać to codziennie? Ale to jest moja, dorosła „mądrość” i celowo biorę to w cudzysłów. Bo kto jest mądrzejszy w tej sytuacji? Zawsze zastanawiało mnie zdanie z ewangelii „bodaj byście się stali jak dzieci”, a od kiedy mam dzieci coraz bardziej widzę sens w tym wezwaniu. Mój syn wie i praktykuje prawdę, że sama droga do celu jest ważniejsza niż jego osiągnięcie. On potrafi się cieszyć tym codziennym zmierzaniem, w którym gołym okiem nie widać postępu. Mnie jest trudno jak nie widzę szybkich zmian, wyraźnych konsekwencji czy doraźnych gratyfikacji. Ciągle muszę walczyć o motywację, albo, co gorsza, inni muszą się o nią starać (w ten lub inny sposób ją kupować).

Czytam książki o tym, jak to trzeba odkryć pasję i żyć nią, podążać jej śladem i radować się samym podążaniem. A mam pod nosem takiego nauczyciela.

Żona mówi, że on tak już od trzech tygodni robi, ale ja dopiero niedawno zauważyłem. Największe skarby są pod nosem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *