Wielki Post- małe postanowienie.

Wielki Post- małe postanowienie.

Bardzo mnie ostatnio poruszyło, gdy na pytanie: “jaki kolor oczu ma Twój tata?” mój dwunastoletni rozmówca odpowiedział: “nie wiem, on nigdy na mnie nie patrzy.”
Ojciec tego chłopaka żyje, ma się dobrze. Z opowieści młodego wiem, że zwykle leży na kanapie i „coś tam robi”. Nie wiadomo w sumie co. Wiadomo, że nie patrzy na swojego syna. To nie-patrzenie-ojca zaczyna być widoczne w zachowaniu i przeżywaniu dzieciaka. Tata ma jednak ważniejsze sprawy.
Mój ojciec zmarł nagle, gdy miałem siedem lat. To tragiczna ale prosta historia. Przestał żyć i już. Wiem, jak smakuje życie bez ojca, jak smakuje życie z matką, która bardzo by chciała ale nie przeskoczy i nie zastąpi. Trudno.
Dlatego nie umiem się zgodzić na sieroctwo z wyboru. Nie potrafię zrozumieć na przykład przedłużającej się rozłąki z powodów finansowych, wieloletniego pracowania za granicą podczas gdy dzieci rosną w kraju. Nie rozumiem EURO-rodziców, których kontakt z dzieckiem ogranicza się do Skype’a oraz regularnego przelewu. Nie rozumiem rodziców, którzy gonią za karierą podczas gdy ich najważniejszą karierą zajmuje się opiekunka. Nie rozumiem argumentu „nie mogę wypaść z rynku pracy”, podczas gdy wypada się z rodziny i rodzicielstwa.
Zanim wyrzucisz moje pytania na śmieci, zanim odpowiesz, że przecież MUSISZ, że TRZEBA żyć na jakimś poziomie, na jakimś standardzie- zastanów się proszę kto Ci powiedział, że trzeba, że musisz? Kiedy w to uwierzyłeś? Co tak naprawdę musisz?
Na fali wielkopostnej refleksji, kolejnych pomysłów czego nie robić przez czterdzieści dni, chcę Ci zaproponować abyś właśnie coś przez te dni robił. Proponuję, być codziennie przez pięć minut patrzył na swoje dzieci. Tak po prostu. Może jakoś z ukrycia. Patrz na nie i chłoń. Karm się tym i zobacz czy to nie wystarczy.

Doktor OKEY czyli jak NIE POMÓC swojemu dziecku.

Doktor OKEY czyli jak NIE POMÓC swojemu dziecku.

Obserwuje z niedowierzaniem, jak niektórzy rodzice potrafią znaleźć specjalistę, który uspokoi ich obawy. Taki doktor poklepie, przyklepie i powie, że “wszystko jest w porządku”. Chłopiec skończył trzy lata, nie mówi, nie siedzi przez chwilę w miejscu, wszystko, zawsze, wszędzie bierze do buzi i gryzie. W przypadku, kiedy nie ma w zasięgu przedmiotu, zaczyna gryźć drugą osobę- nauczycielkę lub rówieśnika. Jak jest podekscytowany napręża się cały i macha rączkami jak koliberek. Mama wkracza z uśmiechem do przedszkola i już od progu oświadcza, że była w “PORADNI”, gdzie powiedziano jej, iż z dzieckiem wszystko jest w porządku, że “ten typ tak ma”, “samo przejdzie”, “chłopcy rozwijają się wolniej” itd. itp.
Z drugiej strony czapka z głowy dla tych mam, które odważnie konfrontują się z rzeczywistością. Rekordzistka to mama, którą zaniepokoiło, że jej dwulatek nie reaguje na swoje imię. Diagnozę spektrum autyzmu otrzymała po jedenastu latach!!!!!! Zaparła się dosłownie w drzwiach gabinetu psychiatry i powiedziała, że nie wyjdzie bez diagnozy.
Albo druga pani- kiedy zapytałem jej pięcioletniego syna co chciałby dostać w prezencie, odpowiedział: pralkę. Zadziwiony zapytałem dlaczego, wtedy Młody dosłownie zamienił się w sprzedawcę z marketu AGD i wyrecytował mi wszystkie zalety pralki SAMSUNG AdWash. Zespół Aspergera książkowy. Jednak diagnozę ZA postawił dopiero trzeci!!!! psychiatra. A każdy z nich skasował przynajmniej tysiąc złotych za kilka spotkań.
Na pęczki znamy takich historii. Kiedy rodzice na spotkaniu konsultacyjnym skonfrontowani z trudnymi faktami pytają z żalem: “ale przecież on był u tylu lekarzy, przecież pediatra mówił, że wszystko jest w normie, przecież….” Pilnujemy się wtedy, żeby nie ziewać. Z drugiej strony nóż się w kieszeni otwiera. Lista “doktorów OKEY” jest bardzo długa. Ale pojawia się światełko w tunelu. W ostatnim czasie coraz więcej słyszy się o pediatrach, którzy się doszkalają. Zaczynają obserwować dzieci krytycznym okiem, patrzą na pacjenta szerzej i odważnie odsyłają już to do fizjoterapeuty, już to do psychologa. Zjawisko póki co śladowe ale jest nadzieja.
Jednak jeśli rodzic chce, to bez trudu znajdzie specjalistę, który uspokoi jego obawy.
Zastanawiam się czy nie otworzyć poradni psychologiczno- pedagogicznej o nazwie “Wszystko jest OKEY” albo “Jest SPOKO” albo inaczej. Jak myślicie- jaką nazwę wybrać? Będę z góry na dół wystawiał wszystkim zaświadczenia, że wszystko gra. Tylko musiałbym kasować trzy albo cztery razy drożej niż wszyscy inni, żeby starczyło mi na zagłuszacze sumienia…
Rozumiem zjawisko oporu przed diagnozą ale nie rozumiem specjalistów, którzy się sprzedają. A może po prostu niedouczenie? A może jakaś inna przyczyna?
Nigdy nie żałowałem alarmowania na wyrost ale mam w swoim doświadczeniu dwie sytuacje, w których przemilczałem swoje niepokoje i tych bardzo żałuję.
Im szybciej mały pacjent otrzyma trafioną pomoc, tym lepiej. Podobnie jak z marszem na azymut- jeśli masz błąd na kompasie to im prędzej się zorientujesz, tym łatwiej skorygować. Później może się okazać, że jesteś daleko od celu. Odwagi!!

Ile kosztuje dorosłość?

Ile kosztuje dorosłość?

W zeszłym tygodniu znajoma zapytała mnie czy mogę napisać o toksycznych rodzicach. Skarżyła się, że ojciec na nią nakrzyczał w obecności małej córeczki, która zareagowała bardzo emocjonalnie. Okazało się, że nie mieszkają co prawda razem ale wybudowali się przy rodzicach. Do tego mąż pracuje u teścia i dlatego za wszelką cenę chce się z nim układać.

No właśnie: za jaką cenę?

Zacząłem pytać ludzi i okazuje się, że w każdej rodzinie jest sytuacja, w której ktoś zmaga się z podobnymi problemami. Zastanawiam się ile kosztuje dorosłość. Podobno młody człowiek, który mieszka z rodzicami, oszczędza do 2500 złotych miesięcznie. Czynsz, rachunki, pranie, masełko w lodówce, telewizorek w salonie, świeża pościel w sypialni… Pamiętam jak kiedyś sprzeczałem się ze znajomym, który twierdził, że jest singlem. Ja próbowałem mu udowodnić, że jest raczej darmozjadem na garnuszku rodziców. Papież Franciszek kiedyś odpowiedział włoskiej kobiecie, która skarżyła się, że jej trzydziestokilkuletni syn nie chce się ożenić: “niech Pani przestanie prasować mu koszule”.Inny znajomy opowiadał mi ostatnio, że jego dwudziestokilkuletni syn staje przed wyborem- wyprowadzić się i nie mieć za wiele kasy, czy zostać w domu i mieć pieniądze oraz służącą. Prawdopodobnie Młody wybierze tę pierwszą, mniej oczywistą drogę, której kibicuję.

Ja nie zajmuję się terapią par ale czasami konsultuje rodziców w kontekście terapii dziecka. Sytuacja mieszkania z dziadkami rzadko kiedy pozostaje bez negatywnego wpływu na system młodej rodziny. Najczęściej przypomina to bigos, który zwłaszcza u najmłodszych powoduje niestrawność. Różne zasady, różne przyzwyczajenia, dwie gospodynie… aż się prosi o kryzysy.

Tak naprawdę mówimy tu o sztuce stawiania granic. Te granice docelowo powinny być wewnętrzne, psychiczne. Mamy dojść do takiego stanu, w którym jasno określimy sobie co jest w naszym życiu najważniejsze, w jaki sposób decydujemy się to realizować i będziemy to realizować. Jednak często wymaga to także oddalenia fizycznego. Koleżanka opowiadała mi, że wyprowadziła się z mężem z mieszkania, które mieli na piętrze u rodziców. Nie potrafiła sobie poradzić z pokusą, żeby na przykład w sytuacji kłótni małżeńskiej uciec na herbatę piętro niżej. Wzięli kredyt, kupili mieszkanie. Wystarczyło kilkadziesiąt metrów kwadratowych w odległości kilku kilometrów. Inni twierdzą, że potrzebują czterdziestu kilometrów, inni czterystu. Ważne, żeby sobie uczciwie odpowiedzieć na pytanie: czy realizujemy swój wybór czy też z powodu oszczędności nie wypływamy z portu macierzystego i tylko udajemy, bawimy się w dorosłość. Własne mieszkanie to wydatki, rachunki często comiesięczna rata kredytowa. To się liczy w setki tysięcy na przestrzeni lat. Trzeba te pieniądze zarobić, oszczędzić, nie wydać ich na inne przyjemności. Czy warto? Czy Ci się chce?

Dojrzałość- to taki stan, w którym masz poczucie, że sam kierujesz okrętem Twojego życia. Sam podejmujesz decyzje i sam ponosisz za nie odpowiedzialność.

Warto o tę dojrzałość zawalczyć, a czasami po prostu trzeba za nią zapłacić.