Najlepszego rodzicom z okazji Dnia Nauczyciela!

Najlepszego rodzicom z okazji Dnia Nauczyciela!

Wszyscy zdrowi rodzice (także ja) pielęgnują w sobie przekonanie “moje dziecko jest najwspanialsze”. Każdy bodziec przeciwny tej tezie (na przykład nie-najcudowniejsza-ocena w szkole, przedszkolu) powoduje duży stres u rodzica. Reakcje mogą być różne: od całkowitego zaprzeczenia, poprzez racjonalizację- “głupi nauczyciel”, po podjęcie refleksji i działań zaradczych. Niestety najczęściej ostatnio obserwuje reakcję pt. “głupi nauczyciel”. Kiedyś usłyszałem pytanie mamy w szatni do syna, który ze łzami wyznał, że dostał uwagę od Pani: “ale co Pani zrobiła, że dostałeś uwagę?”

Wydaje mi się, że za tym stoi głęboko zakorzenione pragnienie aby oszczędzić naszemu dziecku trudnych przeżyć. To zrozumiałe, też tak mam. Ale spójrzmy w dłuższej perspektywie- dorosłe, dojrzałe życie stawia przed nami codziennie mniejsze i większe frustracje, z którymi powinniśmy sobie jakoś radzić. Dziecko płacze w nocy, żona ma inne zdanie, szef nie akceptuje pomysłu, kierowca na drodze na nas zatrąbił itd. itp. Codziennie musimy sobie jakoś z tym radzić, o ile chcemy żyć wśród ludzi. Jeśli nasze dzieci nie nauczą się tego dzisiaj- nie będą umiały sobie z tym poradzić za kilkadziesiąt lat. Chodzi chyba nie tyle o to, żeby oszczędzić dziecku wszelkich nieprzyjemnych przeżyć, co o to, żeby być z nim blisko w tych sytuacjach. Obdarzać uwagą, czasem, czułością właśnie w trudnych chwilach, żeby dziecko nabrało pewności, że da radę, że jest wartościowe pomimo “minusa z angielskiego”.

To my- RODZICE- ostatecznie jesteśmy odpowiedzialni za to, kto wyrośnie z naszych dzieci. Uświadomiłem to sobie kilka lat temu, jak z pięcioletnim synem oglądałem kino familijne w niedzielne popołudnie. W momencie jak James Bond zabił swojego przeciwnika wbijając mu w serce samurajski miecz. Najpierw miałem pretensje do telewizji, że taki film puszczają w takim momencie ale po chwili dotarło do mnie, że to ja mogę zmienić kanał albo zupełnie wyłączyć telewizor i znaleźć inną formę spędzenia czasu z moim dzieckiem.

Wszystkiego najlepszego rodzicom, z okazji Dnia Nauczyciela!!!

Wypluj to słowo czyli kto tak naprawdę jest debilem.

Wypluj to słowo czyli kto tak naprawdę jest debilem.

Koleżanka psycholog opowiadała mi ostatnio, jak podczas terapii dziewięcioletnia dziewczynka skarżyła jej się: “tata mówi, że jestem debilem i że zawsze będę debilem… ostatnio jak tata odrabiał ze mną lekcje to się zdenerwował i tak mi powiedział”.
Jak byłem młody, funkcjonowało takie powiedzonko: “wypluj to słowo”. Używało się go, kiedy ktoś powiedział, że mogłoby się przydarzyć coś, czego sobie nie życzyliśmy. Jest w tym powiedzeniu ludowa intuicja, która sięga biblijnej księgi przysłów. Wiem, że będą ten tekst czytać także osoby niewierzące w Boga ale jak powiadają najbogatsi żydzi “można nie wierzyć w Boga ale nie wierzyć Biblii jest głupotą”. Otóż starotestamentalna Księga Przysłów w rozdziale 18, wersecie 21 mówi: “życie i śmierć jest w mocy języka, jak kto go lubi używać, taki spożyje zeń owoc”. Krótko mówiąc co gadasz, to Ci się stanie. Powie ktoś głupota, zabobon, średniowiecze. Nie w takie głupoty ludzie wierzą. Dlaczego nie spróbować? Dlaczego nie zacząć błogosławić czyli dobrze mówić? Przede wszystkim samemu sobie, a dalej wszystkim innym, których spotykamy. Nie wiem jak to działa. Ja mam swoje przekonania i gdzieś w nich próbuje te sprawczą moc słowa osadzić. Kto inny powie psychologia, emocje, samospełniające się proroctwo. Tak, czy inaczej ta intuicja, że słowa są ważne powraca i… cały czas jest lekceważona. Tak trudno jest powiedzieć do dziecka “jesteś zdolny i poradzisz sobie z tym zadaniem”? Czy to głupie? Niemądre? A powiedzieć do niego “Ty debilu” to zapewne szczyt rozsądku?
Powiedzieć sobie dziesięć razy rano “to będzie wspaniały dzień” to zapewne głupota ale zrzędzić od rana na wszystko i prorokować, że się nie uda, że ona znów będzie wredna, że będą korki, że na pewno się spóźnie, że nie dam rady- to racjonalność w czystej postaci, tak?
Wracając do wspomnianego taty (jeśli można tak nazwać tego psychicznego oprawcę), przypomina mi się opowieść szwagra policjanta, który pojechał kiedyś do kobiety pobitej przez męża siekierą. Mężczyzna uderzył żonę kilkakrotnie obuchem w głowę. Lekarz z wezwanego na miejce pogotowia narzekał: “szkoda, że obuchem, a nie ostrzem”. Mój szwagier był oburzony. Lekarz wyjaśnił krótko: “po uderzeniu ostrzem mamy zwykły krwotok- sprawa jest prostsza, po obuchu mamy obrażenia i krwiaki wewnętrzne, nie wiemy co robić…” Czasami myślę o tym ile można zadać bólu dziecku (i w ogóle drugiemu człowiekowi), nawet go nie dotykając…
Ty, który doczytałeś do tego miejsca- jesteś wspaniałym człowiekiem, jesteś mądry, piękny, jesteś po prostu wielki. Będziesz miał fantastyczny dzień. Dziś i zawsze.

Poniżej świadectwo dorosłego mężczyzny (zakonnika) o tym, jak długo musiał się zmagać z jednym słowem swojej nauczycielki 🙁

 

 

Audio i video :)

Ostatnio mało pisałem ale za to dużo powiedziałem. Jeśli chcesz posłuchać to od 50’30” zaczyna się moja konferencja.

 

 

Wielkie zjednoczenie polskiej sceny politycznej jest faktem- czyli dlaczego nie idę dzisiaj do szkoły.

 

Rozmawiałem ostatnio z jedną emerytowaną nauczycielką. Opowiadała jak to jeden z jej dawnych uczniów rozpoznał ją na ulicy i się pięknie ukłonił. Bardzo ją to ucieszyło. Zapytała go jak ją rozpoznał, licząc w duszy, że usłyszy tak potrzebne w jej wieku “nic się Pani nie zmieniła”. Mężczyzna powiedział natomiast zupełnie szczerze: “po płaszczu”. Wtedy moja rozmówczyni uświadomiła sobie, że rzeczywiście ma na sobie ten sam płaszcz, który nosiła już ponad dwadzieścia lat wcześniej.
Dojrzewałem do decyzji odejścia z pracy w szkole już od kilku lat. Moi najbliżsi nie mieli łatwo, bo zawsze, gdy przychodził maj- termin kiedy powinienem złożyć wypowiedzenie stawałem się w najlepszym razie nieobecny.
Przeważył moment, kiedy prawie rok temu niemało pokłóciliśmy się na rodzinnej uroczystości o tzw. reformę edukacji. W naszej rodzinie przebiega wyraźna linia podziału politycznego stąd jedni byli za, drudzy przeciw, atmosfera narastała, kiedy nagle jedna z osób- także nauczycielka powiedziała “jaka reforma, przecież zarobki cały czas takie same”. Rzeczywiście reform w polskiej edukacji jest od groma ale zarobki cały czas pozostają na tym samym poziomie czyli poniżej poziomu krytyki. Nauczyciel z dwudziestoletnim stażem, ze wszystkimi możliwymi stopniami awansu, dodatkiem motywacyjnym nie zarabia trzech tysięcy netto. Nowy nauczyciel wskakuje na poziom poniżej dwójki netto. Niedaleko mojej szkoły otworzono Lidla, w którym witał klientów duży rollup ze zdjęciem uśmiechniętych ludzi i napisałem: chcesz zarabiać 2700 netto? Chce! Po dziesięciu latach w szkole zarabiam mniej niż na wejściu w Lidlu. Oczywiście mój etat to 25 godzin tygodniowo oraz wolne soboty i niedziele. Ale mój etat to praca z dziećmi, z “materiałem” nieprzewidywalnym, to odpowiedzialność totalna za dzieci. Ten fragment dyskusji może być nie do pojęcia dla osoby, która nie doświadczyła pracy w szkole ale naprawdę- z całym szacunkiem do pracowników handlu- to inna bajka.
Prestiż zawodu nauczyciela jest wspomnieniem. Dziś szkoła i jej pracownicy są pierwszym do bicia, kiedy cokolwiek się stanie. Przy każdej sposobności pierwsze pytanie: “co szkoła zrobiła?” i kontrole, papierologia itd. Coraz większy zakres obowiązków, coraz bardziej odległych od samego uczenia. Zespoły, promocja szkoły, kontrole, ewaluacje, zarządzanie ryzykiem itd. I papierologia. Wszystko to za stawkę poniżej Lidlowej.
Wielką tajemnicą pozostaje dla mnie dlaczego to cały czas tak się toczy. Dlaczego nauczyciele nie tupną nogą i nie powiedzą dość. Organizują co prawda jakieś pseudo-strajki jak mój ulubiony kilka lat temu, który odbył się w sobotę. Nauczyciele poszli pod ministerstwo. Ciekawe czy w ministerstwie losowali kto przyjdzie w sobotę do pracy, żeby odebrać postulaty nauczycieli, czy po prostu stróż przyjął. Wiadomo, że narzeka się na przerwie w pokoju nauczycielskim, do tego jeszcze raz w miesiącu jest sesja organizacyjno- narzekająca zwana spotkaniem rady pedagogicznej, a potem dalej się to toczy. Opozycja krzyczy, że jest źle, że oni to uzdrowią, po czym zostaje stroną rządzącą i nic nie robi. Tak to się toczy.
Przerażające jest tylko to, że w tym są nasze dzieci. Jako społeczeństwo godzimy się na to, że pani obsługująca nas w sklepie zarabia więcej niż pani, która wychowuje nasz największy rzekomo skarb.
Albo ja przeoczyłem jakiś ważny element w tym wszystkim albo jest to jakaś zbiorowa hipnoza, w której trwamy już od wielu lat. Ja w każdym razie powiedziałem DOSYĆ! BASTA!

Bolączki drugiego dziecka.

Powtarzające się pytania od kilku miesięcy “czy sobie poradzi? Jest przecież jeszcze młody, ma dopiero siedem lat? Czy to nie za wcześnie?”

Uparłem się i mój siedmioletni syn jedzie na obóz szachowy na 9 dni, 400km od domu.

Gorączkowe przygotowania w ostatnich godzinach, specjalnie przerywam pobyt na innym obozie (w pracy), żeby wrócić na chwilę do domu i osobiście odwieźć go na zbiórkę.

Jedziemy, popłakuje, w autokarze widzi kolegę, zajmuje miejsce koło niego i przepadł. Uff, jak dobrze. Baliśmy się, że będzie płakał. Pojechał.

Wracamy całą trojką. Córka wchodzi do domu, zdejmuje buty, wchodzi do swojego pokoju, wchodzi pod biurko i znika.

“Co tam?”- pytam.

“Nudzę się.”- odpowiada ale czuć, że to nie to.

Do czujnego serca mojej żony dociera pytanie- “czy znowu nie przegieliśmy z koncentracją na tym pierwszym dziecku?” Już praktycznie od miesięcy, a w ostatnich dniach permanentnie on i jego wyjazd. A ona, co ona przeżywa, co myśli, co czuje?

To będzie najtrudniejszy tydzień przede wszystkim dla niej.

Z pomocą przyszła kobiecość. Nie ma w domu chłopów, zatem Panie zrobiły sobie istne DNI KOBIET. Wspólne zakupy, gotowanie, nocowanie u babci, a potem u mamy chrzestnej. Wspólne wyjście na basen trzema pokoleniami same Panie.

Wreszcie na deser największa niespodzianka od mamy. Poszły niby jak zwykle na pazurki z mamą, a tu nagle Pani Ania mówi: “Haniu, zapraszam”. I tak wybiła chwila, której to małe kobiece serce pewnie nie zapomni nigdy. Moment kobiecej inicjacji- Hania była na paznokciach.

Nie było mnie tam ale nie byłem potrzebny, pewnie wręcz byłem niepotrzebny. Kobiety przyjęły kobietę do swojego grona.

Dostałem zdjęcie efektu końcowego. Mogę sobie tylko wyobrazić miny i uśmiech Pań czekających w kolejce jak moja niespełna sześcioletnia kobieta paradowała ze swoimi umalowanymi pazurkami.

Oczywiście zadzwoniłem i celowo nie rozmawiałem z mamą, tylko od razu poprosiłem ją do telefonu. Co za głos!!! Jakoś tak inaczej brzmiała. Pani namalowała jej płatki kwiatków.

Trzeba pilnować tej uważności na drugie dziecko, bo samo to jakoś słabo przychodzi.

 

Efekt końcowy ŻABKA 🙂


Dzwoni Królowa.

Spotkałem się ostatnio z kolegą z Gdańska. To bardzo ciekawy człowiek. Lubię z nim rozmawiać, bo cały angażuje się w dialog, słucha całym sobą.

Mówił o tym, że kiedyś siedział ze znajomym i rozmawiali o źródłach energii odnawialnej- temacie który obu fascynuje. Mój kolega był bardzo wciągnięty w rozmowę, zaangażowany bardziej niż zwykle, kiedy zadzwoniła jego żona. Rozmawiał z nią sucho, krótko. Po zakończeniu powiedział do swojego znajomego- “przepraszam, to żona dzwoniła”. Na co tamten odpowiedział: “spokojnie, przecież to najważniejsza osoba w Twoim życiu”. Mój kolega mówił, że w tym momencie poczuł prawie fizycznie uderzenie w głowę, coś dosłownie wcisnęło go w fotel. Od tamtego czasu zawsze odbiera telefon od żony, bez względu na to z kim aktualnie ma spotkanie, a z racji swojej zamożności spotyka się nierzadko z wielkimi tego świata.

“To najważniejszy człowiek w Twoim życiu”- krótkie, trafne słowa. Sama esencja. Nie będę tego bardziej rozcieńczał.

Odmóżdżeni mocarze na glinianych nogach.

Był późny wieczór, gdzieś na granicy Beskidu i Bieszczad. W nogach ponad 70 kilometrów marszobiegu przez okolo 11 godzin. Razem z grupą kilku innych biegaczy zatrzymaliśmy się na środku bezkresnej górskiej łąki z dojmującą konkluzją- „ku…, zabłądziliśmy”. Jedna Pani nalegała, żebyśmy wzywali organizatora biegu korzystając z numeru alarmowego. Ktoś miał smartfona, który jeszcze się nie wyładował. Wyciągnął go, otworzył nawigację, wpisał miejsce docelowe i kliknął. Kolorowe kółko na ekranie kręciło się dłużej niż zwykle, urządzenie szukało zasięgu, bateria mrugała… wreszcie drgnęło i męski głos przemówił do nas: „kieruj się na południowy wschód”. I wtedy dało się słyszeć, choć nikt tego nie powiedział na głos: „no tak, ale gdzie do ku… jest południowy wschód”. Tylko Wojtek spokojnie sięgnął do plecaka, wyciągnął zakupiony za 69 plnów kompas, z którego wszyscy się wcześniej śmieliśmy, spojrzał i po chwili wskazał palcem mówiąc: „zapraszam Państwa tędy”. Po godzinie byliśmy na mecie.

Dobrze, że Wojtek miał kompas, dobrze, że umiał go użyć ale obawiam się, że ta umiejętność odejdzie, zaniknie wraz z jego pokoleniem. Gdy wszyscy zachwycali się kilkanaście lat temu pierwszymi nawigacjami samochodowymi, a moja mama pytała ku uciesze innych pasażerów: „dobrze, ale gdzie fizycznie znajduje się ta Pani, która do nas mówi”, ja mówiłem „uwaga, to nie jest dobry kierunek, to grozi odmóżdżeniem”. Dziś jest jeszcze gorzej. Wszechobecne aplikacje mobilne załatwiają większość pracy naszego mózgu. Ponad dwadzieścia lat temu znałem na pamięć kilkanaście numerów telefonów, dziś nie umiem zapamiętać dziewięciu cyfr. Kiedyś mój duszpasterz, który był najbardziej zajętym człowiekiem jakiego znałem, miał cały swój kalendarz w głowie i nigdy nie zapomniał o umówionym spotkaniu. Dziś bez kalendarza w telefonie jestem bezsilny, a jeśli nie ustawię przypomnienia, to zawalam. Kiedyś braliśmy mapę, atlas i jechaliśmy gdzie chcemy. Dziś jeśli tylko jakaś nowa droga czy objazd nie jest update’owany w google’u, błądzimy.

Nie jest dobrze. Słyszałem kiedyś, że podobno ludzki mózg jest tak potężny, że na co dzień używamy go tylko w dziesięciu procentach. To już nieaktualne, raczej zbliżamy się do jednego procenta wykorzystania.

Wydaje nam się, że możemy wszystko albo przynajmniej bardzo wiele, a zwykły brak prądu czy nawet zasięgu potrafi obnażyć naszą bezsilność. Przedwczoraj jechałem „na nawigacji” kiedy nagle mój iPhone zakomunikował, że jest przegrzany i się wyłączył. I koniec. Dobrze, że w samochodzie był jakiś zapomniany atlas Polski z dawnych lat. Dobrze, że wiem jeszcze co to mapa i jak ją czytać.

Człowiek człowiekowi Polakiem.

thumb-down-smiley

Prowadziłem ostatnio przyjęcie weselne, na którym wraz z Panem Młodym było jeszcze sześćdziesięciu Niemców. Ku ich ucziesze starałem się tłumaczyć polskie tradycje po niemiecku, choć jak zaczynam zdanie w tym języku, to nigdy nie mam pewności, czy będę umiał je dokończyć, stąd czasem ląduje po angielsku. Ale goście zagraniczni byli wyraźnie uradowani tym, że słyszą swoją ojczystą mowę, a gdy widzieli, że nie jest mi łatwo, uśmiechali się jeszcze bardziej z wielką życzliwością. Niektórzy nawet chwalili, że dobrze mówię po niemiecku. Ale obecni na przyjęciu Polacy, którzy biegle mówią po niemiecku, zwrócili mi kilka razy z oburzeniem uwagę, że powinienem użyć innego słowa. Niemcy się cieszyli moim niemieckim, a Polaków on denerwował. Warum? Dlaczego? Why?

Wczoraj z kolei obserwowałem dzieci, które rywalizowały w turnieju międzyszkolnym w piłkę nożną. Koledzy, którzy wyszli akurat na przerwę, też przyszli na boisko. Myślałem, że będą dopingować swoich, a tymczasem oni naśmiewali się z ewentualnych błędów własnej drużyny. Dlaczego?

Niedawno pewien gimnazjalista opowiadał mi, że pierwsze półrocze w nowej szkole to było „abyś zgnoił, zanim sam zostaniesz zgnojony”. Dlaczego?

Dlaczego tak cieszy porażka drugiego Polaka? Dlaczego Polacy nie znoszą mówić w obcym języku przy innym Polaku? Dlaczego dzieci po szkole chodzą w nieustannym napięciu, ludzie boją się i krępują siebie nawzajem itd.?

Dlaczego wystarczy wyjechać do pierwszej miejscowości za zachodnią granicą, żeby poczuć, że nie musisz z nikim walczyć, że ludzie się do Ciebie uśmiechają, Twój sukces nikomu nie zagraża, żeby usłyszeć „doceniam”, „dobra robota”?

Co mam zrobić dzisiaj, a moje dzieci za dwadzieścia lat były od tego wolne? Żeby nie musiały gnoić i były odporne na gnojenie?

Wychowanie to sport zespołowy.

sportzespolowy

Siedzę w parku miejskim, niedziela godzina 19.00. Córka doskonali jazdę na rolkach, syn wynajduje coraz dziwniejsze sposoby jazdy na rowerze, ja obserwuje. W pobliżu pięciu innych ojców z dziećmi, które jeżdzą na rolkach, rowerach bądź grają w piłkę i jedna mama z dwiema dziewczynkami, które próbują jeździć na deskorolkach i zajadać lody w tym samym czasie.

Cytaty z wypowiedzi ojców: „nabita była, gramy dalej”, „ile macie punktów”, „dajesz, dajesz, dajesz”, „wstawaj, gramy dalej”, „zmień przerzutkę, to przejedziesz pętlę szybciej”, a wypowiedź mamy: „chodźcie już, bo robi się zimno”. Pomyślałem wtedy- bycie ojcem jest COOL!!! Następnego dnia znajomy przywiózł syna motocyklem do szkoły, młody niemało pękał z dumy, a chłopcy z jego klasy z zazdrości. „Tylko żona cały czas suszy głowę, żeby go nie wozić”- skarżył się po cichu mój kolega. Pomyślałem bycie ojcem jest COOL.

I rzeczywiście bycie ojcem to największa przygoda życia. Ale ale ale…

My ojcowie jesteśmy najczęściej od eventów, od wydarzeń, od osiągnięć, a matka? Od czego jest matka? Często słyszę od mam, że czują się niedoceniane, sfrustrowane, że dzieci traktują je niesprawiedliwie. Ona przez cały dzień jest z dzieckiem i daje z siebie wszystko, a dostaje w zamian nic. Mąż wraca po pracy i jest traktowany przez dzieci jak bóg. Mama jest od zaplecza, mama dba, karmi, leczy, ogarnia całość. Niestety jej rola pozostaje niewidzialna, dopóki wszystko jest ok. Ale jest to rola bardzo, bardzo ważna, fundamentalna i bez niej nie ma ojca z jego eventami.

Jeszcze raz chce w tym momencie podkreślić, że tak to mądrze Bóg (a dla niewierzących jakiś inny element sprawczy) przewidział że dopiero razem- mężczyzna i kobieta- są w stanie osiągnąć pełnię ludzkich możliwości. Dopiero wtedy wszystkie cylindry silnika mogą pracować na pełnej mocy. Dopiero razem tworzą jedno ciało, które może naprawdę wiele. Nie przeskoczymy tutaj księgi Rodzaju, która wykłada tę prawdę zaraz na początku Biblii.

Trzeba tylko, abyśmy byli świadomi tego, co wnosimy. Żebyśmy szanowali i doceniali najpierw samych siebie, swoją różnorodność, odmienność. I tego właśnie szacunku do swojej niepowtarzalności, „nie zastępowalności” życzę wszystkim Paniom z okazji dnia Matki. Panom tego szacunku do samych siebie najczęściej nie brakuje. Jeśli natomiast facet nie potrafi docenić roli kobiecej, to wystarczy go zostawić na kilka dni samego z tym majdanem. Choć ostatecznie to i tak kobieta będzie musiała potem odgruzować dom…

Na koniec powtórzę się: gdyby dziecko miało tylko dwie matki, nie rozwinęło by się w pełni ale gdyby miało tylko dwóch ojców, to w ogóle by nie przeżyło.

Dziś jest najpięknięjszy dzień życia!

IMG_2125

Tytułowym zdaniem: „dziś jest najpięknięszy dzień życia!” męczę bliższych i dalszych od kilku miesięcy. Jeśli ktoś ma czas i ciekawość zapytać dlaczego, odpowiadam krótko i do bólu logicznie: „bo wczoraj już nie ma, a jutro nie wiadomo czy nadejdzie”.

Zdarzyło się w styczniu, że mój syn, wzorem Maszy z bajki „Masza i niedźwiedź” pisał i podrzucał w różne miejsca kartki z napisami „to za 5 dni”, „to za 4 dni” itd. odliczając w ten sposób czas pozostały do jego urodzin. W dniu urodzin to ja napisałem kartkę „to dziś” i ukryłem ją tak, żeby na pewno na nią natrafił. Spodobało się to Młodemu, bo naprodukował jeszcze kilka takich kartek. Jedna z nich została przywieszona na drzwiach do jego pokoju. Kiedy wieczorem utulałem go do snu, zapytałem dlaczego nie zdjął jeszcze kartki. Odpowiedział: „tata, Ty zawsze powtarzasz, że to dzisiaj jest najpięknięjszy dzień życia, więc ta kartka może chyba zostać?” Poczułem wielką radość, bo chyba udało mi się przekazać dziecku coś bardzo ważnego, o co sam w codzienności najbardziej się staram i zabiegam. Co może być prawdziwym skarbem na całe życie.

Myślę, że każda poważna duchowość ostatecznie prowadzi do tego, aby żyć tu i teraz, aby doświadczać życia w trwającej chwili. Jednocześnie jest to tak trudne, wymaga ogromnej dyscypliny, ćwiczeń, a ostatecznie chyba łaski, oświecenia czy jak nazwiemy. Ktoś kiedyś powiedział, że ludzkość obecnie choruje na dwie poważne choroby- jedna nazywa się wczoraj, a druga jutro. Albo spalamy nasze życie na ołtarzu wspomnień przeszłości- powodujących tęsknotę lub żal- wszystko jedno albo czekamy bądź drżymy przed przyszłością- wszystko jedno. Nie jesteśmy w każdym razie w tym, co jest tu i teraz, a tak naprawdę tylko to istnieje.

Tak wiele poświęcamy czasu, pieniędzy, starań poświęcamy rozwojowi naszych dzieci- basen, angielski, szachy, plastyka, kodowanie itd. itp. a czy ktoś troszczy się o to, żeby rozwijała się też sfera duchowa dzieci? I nie mam tu na myśli tylko wprowadzania w religijność ale odważne wprowadzanie dziecka w sfery głębsze niż tylko psychologia. Czy czujemy się na siłach, czy sami w ogóle troszczymy się o te sferę w nas?

Naukę muzyki, trening sportowy, naukę języków świadomie zaczynamy serwować naszym dzieciom wcześnie, bo „czym skorupka za młodu nasiąknię”, a trening duchowy? Dlaczego nie dziś, dlaczego później?

Dlaczego zostawiamy to babci, która nauczy pacierza, opowie o bozi i niech tyle wystarczy?

Jak to robić?