Bóg stał się człowiekiem, Ty też możesz!

Bóg stał się człowiekiem, Ty też możesz!

Śpiewamy w kolędach o Bożej Dziecinie i sianku w stajence. Dobrze. Ale niech to nie zatrze nam obrazu rzeczywistości. Jeśli Bóg naprawdę urodził się jako dziecko, to był bezbronnym niemowlakiem, jego opiekun musiał oczyścić nóż, żeby przeciąć pępowinę, jego Mama musiała sobie poradzić z karmieniem piersią… Potem przez pierwszy rok tylko jadł i wydalał, jak każde dziecko. Jeśli spojrzymy uczciwie na te stajenkę- w skalnej grocie. Jeśli zaryzykujemy głęboki oddech w tej stajni, to poczujemy całkiem zwyczajny zapach. Nie będzie to tylko romantyczne sianko z pastorałki ale siano zmieszane ze zwierzęcym kałem, moczem… taki swojski zapach zza obory. I w tym wszystkim Syn Boży- Bóg. Bóg w całkiem niesakralnej rzeczywistości, zupełnie zwyczajnej. Profanum? Jeśli prawdą jest to, w co wierzą chrześcijanie, to do takiej rzeczywistości w zupełnie zwyczajny sposób wchodzi Bóg. Zatem i my chyba możemy wejść zwyczajnie, do naszej codziennej rzeczywistości.

Skąd więc w nas to dążenie, żeby zamknąć Boga w getcie. W getcie tabernakulum, kościoła, przepisów, doktryny, czy choćby w getcie spraw wyższych, a nie tych naszych zwykłych, codziennych- zdrowia, radości życia, pieniędzy, ciepłego domu, smacznego posiłku, sprawnego samochodu. Nie wiem po co nam to. Ale wiem, że Bóg się wyrywa z każdego getta poprzez skandaliczne Boże Narodzenie. Zatem i ja mogę. Skoro On stał się Człowiekiem, to ja też mogę. Ty też możesz. Jak powiadała mama mojego przyjaciela, nauczycielka, kiedy zawyżała uczniom oceny w klasie przedmaturalnej: “trzeba najpierw być człowiekiem, a dopiero potem znać matematykę”. Trzeba najpierw być człowiekiem, a dopiero potem być nauczycielem, psychologiem, dyrektorem HRu, księdzem itd.

My jednak czasami uparcie jak ten włoski proboszcz, który zgodził się na wesele ubogiej rodziny w kościele, pod warunkiem, że będzie cicho i spokojnie. Włosi jak to Włosi- popili, zaczęli śpiewać, zabawa na całego. O północy siostra zakonna spotyka proboszcza pędzącego po schodach, żeby rozgonić towarzystwo.

“Myśli ksiądz, że Jezus na weselu w Kanie Galilejskiej nie śpiewał, nie tańczył, nie bawił się?”

“No tak ale tam nie było Najświętszego Sakramentu”.

A w tej obsranej stajence dwa tysiące lat temu… Był, czy go nie było? A może najpierw Józef wysprzątał i okadził całą stajenkę, a Maryja jeszcze zdążyła udekorować kwiatkami, zawiesić firanki i zapalić świece? “No tak ale ile świec trzeba zapalić?” pytają specjaliści od liturgii…

Życzę Wam wszystkim BYCIA CZŁOWIEKIEM. Dobrze, że jesteście. Dziękuję.

Czy Zespół Aspergera można wyleczyć?

Czy Zespół Aspergera można wyleczyć?

Tytułowe pytanie pojawia się zawsze ze strony rodziców, którzy zdecydują się pokonać swój opór przed diagnozą (wart osobnego artykułu) i na jej drodze uzyskają potwierdzenie, że zamiatane dotychczas pod dywan świadomości obawy jednak były słuszne. Dziecko ma Zespół Aspergera.

Czy to można wyleczyć? Nie, bo to nie jest choroba. Jest to specyfika człowieka, która przejawia się w nietypowym spostrzeganiu rzeczywistości (zwłaszcza społecznej), myśleniu o niej, odczuwaniu i wyrażaniu emocji, komunikowaniu, budowaniu relacji społecznych. Zespół Aspergera się jednak leczy, czy może lepiej- terapeutyzuje, żeby wspomniane obszary nietypowego działania pacjenta “uzwyczajnić”, nauczyć go rozumieć o co chodzi osobom neurotypowym. To jest trochę jak nauka języka obcego. Lubię mówić rodzicom, że uczymy ich dziecko języka polskiego. Na początku reagują lekkim zdziwieniem ale po chwili zaczynają kiwać głowami, gdy tłumaczę, że chodzi o naukę tego, co język mówi nie wprost. O czytaniu podtekstów, znaczeń ukrytych pomiędzy wierszami czy po prostu rozumieniu powiedzeń i porzekadeł, których używa się w potocznym języku. Osoba z Zespołem Aspergera może się tego nauczyć, choć jest to trochę “naokoło”. Mówiąc o umyśle ZA używam porównania, że coś tam nie jest ze sobą połączone ale dzięki intelektowi można stworzyć objazdy, które pomogą w nauczeniu się tego, co neurotypowym przychodzi tak po prostu.

Najczęściej wysoki intelekt osoby z ZA jest tu naszym głównym sprzymierzeńcem. Potrzebna jest jednak samoświadomość. Tu pojawia się pytanie, jak i kiedy wytłumaczyć dziecku, że ma Zespół. Rodzice często ten fakt ukrywają bardzo długo. Jest to zapewne lepsze, niż rozmawianie o Zespole na głos przy dziecku ze specjalistą na przykład, podczas gdy jeszcze nie odbyła się rozmowa z samym zainteresowanym na ten temat. Niestety spotykam się z opowieściami o psychologach i psychiatrach, którzy w ten właśnie sposób się zachowują. Uważam, że jest to błąd.

Mama jednego z moich pacjentów opowiadała, że jej syn zapytał ją kiedyś w samochodzie dlaczego chodzi do psychologa. Miał wtedy 8 lat. Pani wykorzystała te sytuację, żeby powiedzieć mu o Zespole. Zrobiła to w sposób bardzo dojrzały, bez lęku. Owoc tej rozmowy był fantastyczny. Kilka miesięcy później, podczas zajęć w klasie dzieci żaliły się, że Wychowawczyni nie zawsze traktuje je sprawiedliwie i że Bartkowi wolno więcej. Chłopiec po tych słowach wstał i powiedział: “Ja bardzo przepraszam ale ja mam Zespół, nie pamiętam teraz jaki i ja przez to się tak zachowuję”. To jest dla mnie piękny przykład tego, jak wielkim skarbem jest samoświadomość w terapii. Jeżeli wiem, że rodzice przeprowadzili już z moim pacjentem rozmowę o ZA (a uważam, że to jest zawsze ich przywilej i obowiązek), jest to dla mnie ogromne ułatwienie w terapii. Mogę wtedy otwarcie rozmawiać z małym pacjentem o tym dlaczego robimy pewne ćwiczeniu, podejmujemy pewne tematy i kolejny raz powtarzam mu to samo. O dziwo- dzieci z ZA takiej właśnie szczerości i otwartości oczekują. Ostatnio mój 9 letni pacjent podziękował mi za to, że wytłumaczyłem mu dlaczego dostał kolejną uwagę w szkole: “teraz ja już to rozumiem, bo Pan mi to wytłumaczył, dziękuję.” Pamiętam, że to była też jedna z pierwszych rzeczy, które powiedział mi Antek Bohdanowicz (pomysłodawca jasperger.pl) , kiedy podpytywałem go jak rozmawiać z dziećmi ZA: “my potrzebujemy, żeby nam szczerze powiedzieć o co chodzi”.

Zatem intelekt i samoświadomość.

Kolejny ważny czynnik to ŻYCZLIWI I CIERPLIWI ludzie wokół. Jeśli chodzi o dzieci ZA, każde ich zachowanie ma za sobą jakąś “logikę”. Nie uda się tego zachowania skutecznie skorygować czy zmienić, jeśli nie odnajdziemy tej logiki. To z kolei się nie uda, jeśli podchodzimy do dziecka z jakimkolwiek założeniem apriori. Jest to bardzo częsty błąd popełniany niestety przez nauczycieli, którzy zakładają, że wiedzą, że rozumieją. “On jest bezczelny.” “On robi mi to na złość”, itd. To jest błąd! Tak nie jest. Pamiętam jak kiedyś wychowawczyni złościła się na takiego właśnie “bezczelnego” pierwszoklasistę, który nigdy nie siadał z dziećmi w kole, tylko zawsze ładował się do środka. Podczas spotkania zespołu uczącego ktoś zasugerował chyba nawet żartem, że może on tak rozumie polecenie “usiądź W KOLE”. Żart okazał się wcale nie śmieszny, kiedy okazało się, że na polecenie “siadamy dookoła, dziecko obok dziecka” ten “bezczel” usiadł jak trzeba. Nauczycielce było głupio. Zatem założenia, że rozumiemy wyrzucamy do kosza.

Mój dorosły kolega z ZA z kolei skarży się na to, że jak rozmawia kilka osób, to on nie wie kiedy się odezwać i czasami inni zarzucają mu, że im przerywa i przeszkadza. Sam tego doświadczam, kiedy się z nim spotykam. Musiałem przełamać opór w sobie, żeby zacząć mu mówić na bieżąco co się dzieje i jak ja rozumiem i odczuwam jego wypowiedzi i zachowania. Okazało się, że o dziwo, on się na mnie nie obraża, tylko jest mi wdzięczny. Potrzeba było niewielkich podpowiedzi- na przykład, żeby nie mówił zawsze każdego szczegółu, choćby ceny swojego biletu miesięcznego co do grosza, kiedy tylko chce zaznaczyć, że jest ona znacząco niższa od regularnej ceny. Zauważyłem jednak, że naturalnym moim odruchem było robienie porozumiewawczych min do innych uczestników konwersacji za jego plecami. To nie fair. On również potrzebuje mojej szczerości.

Podsumowując: Zespołu Aspergera się nie leczy i nie wylecza. Warto go jednak terapeutyzować- to znaczy usprawniać te obszary, które utrudniają funkcjonowanie w relacjach społecznych, w sferze poznawczej i emocjonalnej.

Znam wiele osób dorosłych z ZA. Kiedyś napiszę o nich osobny tekst. Dziś chcę tylko w ramach zachęty i dodania otuchy powiedzieć, że u tych, których rodzice odważnie wzięli temat “na klatę” widać jak wiele można zrobić dzięki intelektowi, samoświadomości i życzliwości otoczenia.

Dlaczego my sobie to robimy?

Dlaczego my sobie to robimy?

W tym roku podczas rorat towarzyszy nam Święty Józef- opiekun Jezusa. Świetnie przygotowane kazania, przybliżają rzeczywistość ludzką, w której już za sześć dni “wyląduje” Bóg Człowiek- Zbawiciel

Taka refleksja: skoro z Nazaretu do Betlejem jest 150km drogi, czyli około 5- 6 dni podróży, to dzisiaj Józef sadza Maryję na osła i ruszają. Co trzeba mieć w głowie, żeby kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży, “na ostatnich nogach” wsadzić na osła i pognać w taką podróż, bo trzeba się zapisać w mieście, z którego się pochodzi?! To nie mógł zlekceważyć rozkazu cezara- zabrakło mu odwagi? To nie mógł sam pojechać się zapisać- zabrakło mu rozsądku? Nie mógł jej zostawić pod opieką rodziny w Nazarecie- aż tak miał na pieńku z teściową? Gdyby jakiś mój znajomy wziął swoją ciężarną żonę, wsadził do swojego Cinquecento i powiózł z Gdańska do Krakowa, bo musi sobie dowód wyrobić? Przecież zostałby zlinczowany przez rodzinę i znajomych!!!

A w Betlejem, które było jego rodzinnym miastem naprawdę nie miał gdzie znaleźć noclegu? Aż tak sobie nagrabił u swoich? Jakbym ja pojechał do Gdańska, to choćby były Światowe Dni Młodzieży i miliard ludzi, na pewno któryś z kumpli by mnie przenocował.

Moja teściowa powiada, że to Anioł mu tak kazał i pewnie ma rację (w końcu to matka mojej żony, która zawsze ma rację 😉

Jednak ja myślę, że Święty Józef- patron ojców, ludzi pracy i w ogóle nadzwyczajny patron, był za życia zupełnie zwyczajnym człowiekiem. I to mnie napawa nadzieją. Myślę sobie, że nie muszę być nadczłowiekiem. Nie muszę iść nadzwyczajną drogą do świętości. Mogę iść drogą swoich słabości, głupot, błędnych decyzji itd.

Dlaczego więc robimy sobie takie “kuku” i koniecznie chcemy odczłowieczyć tych wspaniałych ludzi? Niepotrzebnie. Przez te po ludzku zupełnie mylną decyzję Józefa spełnił się Boży plan zapisany już w Starym Testamencie już kilkaset lat wcześniej. I nie mówcie mi, że Józef znał to pismo i dlatego Maryję przegonił te pięć dni na ośle.

I tak Święty Józef stał mi się jeszcze bliższy- mianuję go patronem mojego męskiego i ojcowskiego wątpienia, niepewności, obaw itd.

„Nie chcesz chyba zostać w tyle?” czyli wątpiąc we wszech-panujące nurty.

„Nie chcesz chyba zostać w tyle?” czyli wątpiąc we wszech-panujące nurty.

Od kilku dni na fejsbuku atakuje mnie zdjęcie eleganckiego mężczyzny, który patrzy mi głęboko w oczy przez stylowe okulary. Pod zdjęciem opis obietnic, które Pan Doktor spełni w moim życiu, jeśli tylko zechce się zapisać na jego darmowe szkolenie, które będzie po raz kolejny “ostatni raz” powtarzane w sieci we środę o 20.00. Moje życie nareszcie się zmieni, wreszcie schudnę, zmienię pracę na wymarzoną, znajdę satysfakcję, pasję- słowem przekroczę prób raju na ziemi. Patrzę w oczy tego Pana, zerkam na jego rozpiętą pod szyją koszulę, drogi zegarek (zawsze jakoś dziwnie widoczny na takich zdjęciach), obserwuje jak oparcie jego obficie skórzanego fotela dotyka jednej w wielu ramek z certyfikatami ukończonych przez niego szkoleń i… zastanawiam się. Dlaczego się nie zapisać? Dlaczego nie?

Oto cztery powody:

  1. Po pierwsze dlatego, że nie wierzę w darmowość takich eventów. Za każdym razem, gdy chciałem zaromansować z coachingiem, dochodziłem do progu absurdalnie tłustej faktury.
  2. Po drugie dlatego, że w 2002 roku pewiem jezuita zapytał mnie: “dobrze, jeśli schudniesz dwadzieścia kilo albo dwadzieścia kilo przytyjesz, to czy będziesz innym człowiekiem? Dlaczego to ma wpływać na Twoje poczucie wartości?” Minęło 15 lat i ja nadal mierzę się z tym pytaniem. Na przykład w ciągu ostatnich trzech lat cztery razy zmieniałem samochód i nadal jestem takim samym człowiekiem. Kiedyś kupiłem sobie drogi zegarek, jakiś czas potem droższy, teraz od dwóch lat chodzę bez zegarka i zgadnij co… nadal jestem takim samym człowiekiem. Mam droższy garnitur i tańsze ciuchy i wiesz co- pod spodem cały czas ten sam człowiek.
  3. Po trzecie dlatego, że w moim gabinecie co jakiś czas pojawia się człowiek, któremu się udało, a mimo to cierpi. Ostatnio przyjechał człowiek bardzo drogim audi, bo mu się sypnął związek. Osiągnął wszystko, co obiecujesz. Mimo to zostawiła go kobieta. Okazało się, że jemu się sypnęło wiele lat temu, jak rzuciła go pierwsza z trzech kobiet. Właściwie nigdy mu się nie sypnęło, bo nigdy nie było poukładane. Gonił od samego początku za nie-wiadomo-czym, a jego aktualny kryzys wynikał z tego, że jakimś cudem przestał pić alkohol i po około dwóch miesiącach mu wyje…ły wszystkie jego emocjonalne deficyty. Stał się nieznośny, bo wszystkie topione dotychczas lęki wypłynęły na powierzchnię. Takich ludzi spotykam regularnie.
  4. Po czwarte dlatego, że we środe o 20.00 będę z dziećmi oglądał telewizję albo odrabiał pracę domową albo jadł kolację albo rąbał drzewo albo segregował śmieci- w każdym razie będę robił coś okropnie zwyczajnego i wulgarnie codziennego, co składa się na moje powołanie, moją życiową misję, moją pasję, moją ścieżkę kariery bycia człowiekiem, mężem i ojcem.

Tyle tak na szybko, można by więcej ale okazuje się, że już syn woła mnie do lekcji.

Jeszcze tylko to pytanie, które Pan stawia na końcu- “chyba nie chcesz zostać w tyle?” Wie Pan co… czy ja wiem… Przypomina mi się opowieść zasłyszana na rekolekcjach: “dzisiejszy człowiek przypomina osobę, która podeszła do kasy na dworcu kolejowym i poprosiła o bilet pierwszej klasy, kasjerka zapytała dokąd, na co człowiek odpowiedział: wszystko jedno dokąd, byleby była pierwsza klasa”. Także jeśli jestem wśród tłumu, który biegnie wprost do przepaści, to nic mi nie zaszkodzi, jeśli zostanę w tyle. Mogę nawet zostać w miejscu. Nigdzie się nie ruszać. Moje hasło coachingowe brzmi zatem: ZOSTAŃ TU, GDZIE JESTEŚ. Nie uciekaj. Spotkaj się ze sobą. Zobacz, że jesteś wartościowy przez sam fakt, że oddychasz. Nic ale to absolutnie nic nie musisz robić, żeby siebie potwierdzić, uzasadnić. Nic nie musisz zdobywać. Nic. Jak tego doświadczysz, to będziesz mógł wyruszyć w podróż.

Miłego oddychania.

Dwa domy dziecka czyli sufit.

Dwa domy dziecka czyli sufit.

Jeżdżę raz w tygodniu do domu dziecka na spotkania z młodym pacjentem. Duży budynek pełen smutnych historii wypisanych na dziecięcych twarzach. Alkoholizm, przemoc, porzucenie, zaniedbania itd. itp. Serce pęka.

Pewnego dnia bezpośrednio stamtąd pojechałem na konsultację do prywatnego przedszkola na warszawskim Ursynowie. Placówka jakich wiele w tej dzielnicy- wyjątkowa, niepowtarzalna, z bogatą ofertą zajęć dodatkowych, wykładowymi językami obcymi itd. Podczas rozmowy z nauczycielkami dowiedziałem się, że są dzieci, które one za dodatkową opłatą odprowadzają do domu, bo rodzice kończą pracę później niż przedszkole. Co więcej- opiekunka ma za zadanie uśpić dziecko po przyprowadzeniu do domu, żeby rodzic mógł z nim spędzić trochę czasu po pracy. Bo “rodzicowi zależy na kontakcie z dzieckiem”… więc dziecko śpi do 19, potem spędza czas z rodzicami do północy, potem spać i rano znowu do przedszkola, bo Mordor wzywa. Pomyślałem- to też jest dom dziecka. Tylko, że historia nie jest tak prosta, aczkolwiek nie mniej smutna.

Strasznie mnie złości lekkoduszność z jaką podchodzi się w Warszawie (może i Polsce) do pracoholizmu. Cały ten Mordor- baśniowa kraina. Powiedzmy sobie szczerze- to straszna kraina, która powoduje dużo złego. Jak ktoś w tym kraju pije wódkę, to sprawa jest jasna, napiętnowanie totalne. Jak ktoś w tym kraju jest pracoholikiem, to jest ikoną sukcesu i spełnienia marzeń. Straty są takie same tu i tu. Największą karierą jest rodzina, a ta przemyka obok pod okiem droższych lub tańszych specjalistów.

Wszystko to w imię większego przelewu, bo przecież trzeba… Trzeba mieć więcej metrów kwadratowych, bliżej stacji metra, większe Audi, droższe wakacje, a na wszystko to większą ratę, bo przecież “żyj po swojemu”. Mój kolega mawia: “jak zarabiałem 1800, to marzyłem o 3000. Jak miałem 3000, to chciałem 5000. Dziś mam 12 i myśle o 20, a potem pewnie będę chciał 50. Wieczne nienasycenie, sam musisz sobie odpowiedzieć, gdzie jest Twój sufit”.

Rozmawiałem ostatnio z lekarką, która przyznała, że pracuje 12 godzin tygodniowo, co przekłada się na około 5000 brutto miesięcznie. Niewiele? Za mało? Pani twierdzi, że wystarcza, a do tego oszczędza na korepetycjach i opiekunkach dla dzieci dzisiaj, a na psychoterapeutach czy terapeutach uzależnień w przyszłości.

Gdzie zatem jest Twój sufit?

Rodzice, którzy „mordują” własne dzieci.

Rodzice, którzy „mordują” własne dzieci.

Pracując jako psycholog szkolny obserwowałem wielokrotnie z przerażeniem i żalem, jak system edukacji publicznej potrafi podcinać skrzydła twórczości, kastrować indywidualność i równać wszystkie dzieci „pod jedną linijkę”. Nie chcę w tym tekście wchodzić w szczegóły, powiem tylko, że moim zdaniem, udany “produkt” systemu w obecnej postaci to uczeń, który potrafi zaznaczyć ołóweczkiem odpowiedzi w teście tak, żeby pasowały do klucza, nie wychyla się, nie wykazuje inicjatywy i absolutnie nie jest przedsiębiorczy. Z jednej strony wzorowe zachowanie, szóstki od dołu do góry, a z drugiej demobilizacja w każdej sytuacji, która wymaga odrobiny nieszablonowego myślenia, “wyjścia poza pudełko”, a już w ogóle odważnej, asertywnej komunikacji z drugim człowiekiem.

Taki produkt systemu jest po pierwsze łatwy do kierowania, dalej bezpieczny, oswojony, nie podskoczy, a nade wszystko jest NUDNY.

Wielokrotnie kładłem na sercu rodzicom- to Wy musicie ocalić swoje dziecko przed KOSZĄCYM KOMBAJNEM SYSTEMU. Czasami trafia się “nauczyciel- wyspa” na oceanie bezdusznego systemu ale przede wszystkim Wy- rodzice- pilnujcie pierwotnych pierwiastków w Waszych dzieciach. To Wasza odpowiedzialność.

W ostatni poniedziałek rozmawiałem z koleżanką nauczycielką, która właśnie jest taką “oazą na pustyni”, “wyspą na oceanie”. Wielokrotnie obserwowałem ją podczas pracy z dziećmi w wieku 6-8 lat i widziałem, że kształtuje przede wszystkim LUDZI. Uczy dzieci odpowiedzialności, odwagi w podejmowaniu prób i popełnianiu błędów, szacunku do innych, i wielu takich kompetencji, których Podstawa Programowa nie przewiduje. Niestety podczas ostatniego spotkania z rodzicami, Ci naskoczyli na nią, że “zadaje za mało prac domowych”, “robi za krótkie dyktanda”, “nie zaznacza na czerwono wszystkich błędów w sprawdzanych pracach”, “nie gani dzieci za niestaranne pisanie”. Państwo przynieśli nawet zeszyty swoich starszych dzieci, które trafiły na bardziej systemowe nauczycielki i porównywali przy mojej koleżance ilość prac domowych i długość dyktand. Koleżanka broniła się, że przecież ortografia zależy od poznania zasad, a nie od długości dyktand ale generalnie przegrała batalię. Właściwie nie ona, bo przegrały dzieci tych Państwa. Ja to widzę tak, że doszło do sytuacji, gdzie rodzice krzyczeli- „niech Pani skrzywdzi nasze dzieci, niech Pani je sformatuje tak, jak formatuje się inne dzieci! Chcemy zabić to, co wyjątkowe, cenne i niepowtarzalne w naszych dzieciach!”

Zachęcam Państwa do poczytania o kształcie edukacji w Finlandii, której dzieci najlepiej wypadają od lat w testach w porównaniu z innymi krajami. Zachęcam Państwa do przeczytania książki “Dlaczego piątkowi uczniowie pracują dla trójkowych, a czwórkowi zostają urzędnikami”. Zachęcam Państwa wreszcie do rozejrzenia się wkoło i podjęcia uczciwej refleksji- ilu jest tych szóstkowo- wzorowych uczniów wśród dyrektorów i prezesów spółek, a ilu z nich wegetuje po sekretariatach, sklepach i urzędach. I przestańcie wreszcie powtarzać: “musisz się uczyć, żeby mieć lepsze oceny, żeby skończyć lepsze studia, żeby mieć lepszą pracę, żeby zarabiać więcej pieniędzy”. Gówno prawda.

 

Do poczytania dla chętnych:

O edukacji w Finlandii:

https://fillingmymap.com/2015/04/15/11-ways-finlands-education-system-shows-us-that-less-is-more/

Wspomniana książka Roberta Toru Kiyosaki

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/199754/dlaczego-piatkowi-uczniowie-pracuja-dla-trojkowych-a-czworkowi-zostaja-urzednikami

Sprawdzone sposoby.

Sprawdzone sposoby.

Dużo piszę i mówię o potrzebie spędzania czasu z dziećmi. Często powtarzam, że lepiej mieć czas i pobawić się tańszą zabawką niż kupić droższą ale nie mieć czasu dla dziecka, bo trzeba na tę droższą zarobić. Powyżej zdjęcie fragmentu Zestawu Kreatywnego, który moja żona kupiła wczoraj za 12,90 pln w księgarni. Dało to godzinę wspólnej pracy i zabawy z dziećmi. Przy okazji zostały przećwiczone takie umiejętności jak: odwzorowanie, kategoryzacja, dopasowywanie kształtów, motoryka mała, nauka wiązania supełków, zarządzanie emocjami, podtrzymywanie motywacji, koncentracja itd. Godzina takich zajęć w gabinecie specjalisty kosztuje kilka razy więcej. Ty decydujesz, Ty wybierasz.

Poniżej zdjęcie wieńca adwentowego narysowanego przez moją córkę na kartce do flipcharta, którą dostała ode mnie, gdy przygotowywałem się do kolejnych warsztatów z młodzieżą. Wieniec zawisł na ścianie w centralnym miejscu naszego domu. W każdą kolejną niedzielę adwentu Hania będzie dorysowywać płomień do kolejnej świecy- „zapalać ją”. W ten sposób między innymi doświadczymy upływu czasu, będziemy uczyć się pośrednio kalendarza, cierpliwości itd. Najgenialniejsze jest to, co najprostsze.

Podziel się w komentarzu Twoimi sprawdzonymi sposobami na spędzanie czasu z dzieckiem i omijanie gabinetu specjalistów.

Dwa pogrzeby- jedna lekcja.

Dwa pogrzeby- jedna lekcja.

Staś zapytał mnie: “tata, dlaczego tutaj jest tak cicho?” Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że w całej wsi jest zupełnie cicho, ani żywej duszy na ulicy jak okiem sięgnąć. Wieś jakby wymarła. Bo rzeczywiście wieś wymarła, bo umarła nasza babcia, a zgodnie z tradycją wszyscy- WSZYSCY- mieszkańcy wsi przyszli do domu babci aby czuwać przy trumnie wraz z miejscowymi śpiewakami, przy dźwięku szeptanych modlitw i śpiewanych z gardła ludowych pieśni. Pieśni, które w prostych słowach opowiadają życie- ŻYCIE. O trumnie, która zamyka, o ziemi która pochłania, o śmierci która “kosą kosi jak w lecie kwiatki… i starych i dziatki”. O rozłące z bliskimi ale zawsze w kolejnym wersie zaznaczając, że to tylko na krótką chwilę, bo wszyscy tam- TAM- pójdziemy. Każdy kolejny uczestnik czuwania wchodzi do pokoju na pierwszym piętrze, klęka jeśli może, chwilę się modli po czym na głos wita pozostałych: “niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i szuka sobie miejsca ale nigdy przy samej trumnie, bo to dla rodziny. Mężczyźni podają rękę mężczyznom, kobiety całują się na powitanie i dalej czuwamy już razem. Śpiewacy intonują kolejne pieśni. Babcia leży z nami, jakby spała. Spokojna, bo ze swoimi.

O ustalonej godzinie przybywa gość szczególny, wyjątkowy, poważany- ksiądz. Wita wszystkich i rozpoczyna się obrzęd pogrzebu według rytuału. Po krótkich modlitwach wszyscy najpierw podchodzą aby jeszcze raz pożegnać zmarłą, dotykają dłoni owiniętych różańcem, bliscy całują czoło po czym wychodzą. Panowie z zakładu zamykają trumnę i wynoszą babcię do auta. Wszyscy zgromadzeni wkoło. Zimno ale chłopy twardo bez czapek.

Babcia w aucie i wtedy znak szczególny- cała wieś odprowadza ją do krzyżówki, a tak naprawdę do figury. Niesamowite- Figura. Tu zaczyna się i kończy nasza wieś. To obecność Boga w tym znaku wyznacza nasze miejsce na ziemi. Przy figurze stop. Anioł Pański. Pożegnanie.

Następne spotkanie w kościele. Trumna z babcią przed ołtarzem. To jej msza. To za nią. Nie wiadomo, o której dokładnie zacznie się msza, bo ksiądz spowiada. Ale tutaj, zwłaszcza dzisiaj, nikt nie patrzy na zegarek. Dziś wszyscy żegnają Rozalię i to jest najważniejsze. A spowiadają się długo, bo kto może, ten ofiaruje komunię za zmarłą. Encyklik nie czytali, teologią nie żonglują ale komunie przyjmą za nią. Tak po prostu, bez gadania. Po komunii bach na kolana i pacierz. Proste.

Cmentarz. Pogrzeb. Tradycja pożegnania od zmarłej- jeden z uczestników wyczytuje kogo żegna śp. Rozalia: „synów z żonami, wnuki, prawnuki, brata, siostry, rodziny… sąsiadów, wszystkich uczestników pogrzebu”. To jej słowo. Jej ostatnie słowo, choć napisane już przez rodzinę. Każdy czeka aż będzie wyczytany i każdy jest wyczytany.

Dalej wszyscy (nawet Panowie z zakładu pogrzebowego) na obiad. W mieście to stypa albo konsolacja, a tu po prostu obiad. Dwie zupy, trzy mięsa do wyboru w drugim daniu, ciasto w stołach, kawa oczywiście sypana, itd. Uczta. Brakuje tylko hasła do pierwszego tańca, a byłoby wesele. Nikt nie wychodzi. Nie ma tak, jak w mieście- “my tylko na chwilkę, bo Karolek ma dzisiaj jeszcze angielski, a Karolcia tańce, a Grzegorz musi popracować…” Dziś wszyscy żegnają Rozalię. Nie mają dziś angielskiego, tańców i nie popracują. Po dłuższej chwili biesiady, kiedy kelnerki rozdały kawę, słychać stukanie w szkło jak do toastu. Sto sześćdziesiąt osób nagle milknie i jedna z uczestniczek zaprasza wszystkich do odmówienia koronki za zmarłą. Wszyscy za chwilę siedząc przy stołach odmawiają najpierw Wierzę, potem Ojcze Nasz, Zdrowaś i dla Jego bolesnej męki… Po koronce kolejny Aniół Pański, pacierze, jeszcze jedna pieśń o śmierci i krótkim rozstaniu, W Imię Ojca… Amen. I nikt już nie siada, a wszyscy podchodzą do rodziny się pożegnać. Koniec.

Podczas drogi na pogrzeb Ewa zapytała mnie czy coś powinniśmy powiedzieć naszym dzieciom celem wprowadzenia w okoliczność. Odpowiedziałem “nie, życie samo wszystko powie”. Nie wiedziałem, że będzie to przemowa aż tak bogata. Sam czerpałem pełnymi garściami. Przebogata tradycja, którą przeczuwałem jak usłyszałem, że po śmierci babci, jej syn osobiście chodził i powiadamiał w każdym domu we wsi o jej odejściu i dacie pogrzebu. Powiadamiał, choć wszyscy już dawno wiedzieli ale tak trzeba.

To drugi pogrzeb w ciągu miesiąca. Bardzo różny od pierwszego, kiedy żegnaliśmy siedmioletniego Krzysia, syna naszych przyjaciół spod Gdańska. Babcia miała 91 lat, za jej trumną szło czterech synów, synowe, wnuki, prawnuki- grubo ponad dwadzieścia osób najbliższej rodziny. Życie spełnione. Talenty pomnożone. Krzyś miał mniej czasu ale też dobrze go wykorzystał, skoro ruchem ulicznym na jego pogrzebie musiała kierować straż gminna. Pogrzeby z jednej strony nie do porównania ale z drugiej łączy je jedna bardzo ważna rzecz- bliskość, obecność ludzi. Patrzenie śmierci w oczy z odwagą, bo nie samotnie. Po drugie razem z otaczającymi ludźmi ale po pierwsze z Bogiem. Bogiem, który na pogrzebie Krzysia był uwielbiany charyzmatyczną pieśnią i spontaniczną modlitwą, a na pogrzebie babci różańcem, koronką, Aniołem Pańskim i pieśnią ludową- ale zawsze uwielbiany. Uwielbiany, bo OBECNY.

Cieszę się też z tego, że na obu pogrzebach mogły być ze mną moje dzieci. Zabrałem je tam bardzo świadomie i celowo. Wierzę, że przeżywając trudną rzeczywistość śmierci człowieka w bliskości ze swoją rodziną, wykształcą w sobie życiową mądrość i dojrzałość. W przyszłości zaś pomoże im to zaoszczędzić na psychoterapeutach.

P.S.

Wiara to dla mnie decyzja. Wybór. Ja zdecydowałem się wierzyć tak. Nie śmiej się ze mnie. Ty decydujesz może inaczej ale uszanuj mój wybór. Może się okazać, że moja wiara, o której mówisz, że jest zacofana i średniowieczna, jest poważniejsza od Twoich wyborów by wierzyć w fitness, ubezpieczenie na życie, energię kosmosu czy egipsko- faraońską duszę Twojego kota. Tak wybraliśmy.

 

JAK DŁUGO JESZCZE Polska nie zginęła?

JAK DŁUGO JESZCZE Polska nie zginęła?

Przedwczoraj znajoma nauczycielka robiła zajęcia w grupie pięciolatków warszawskiego przedszkola na temat Polski. Dzieci było jedenaścioro. Ośmioro z nich nie wiedziało, że Polska ma góry, żadne z nich nie wiedziało jak się nazywają. Nazwę morza nad którym leży Polska znał tylko jeden chłopiec z Zespołem Aspergera. Nauczycielka przygotowała na zajęcia quiz ale po odpowiedziach na dwa pierwsze pytania:

“co jest godłem Polski?” “Polska”,

“do jakiego morza wpada Wisła?” “do Bałtowa”,

przerwała zajęcia, wyjęła prywatnego laptopa z torby i korzystając z prywatnego internetu zaczęła dzieciom pokazywać zdjęcia polskich gór, bałtyckiej plaży itd.

Na koniec zajęć quiz wypadł już o niebo lepiej. Tylko jedna dziewczynka, której rodzice stawiają na zamożność i wielojęzyczność dalej twierdziła, że polskie morze to Wisła.

A Twoje dziecko jak wypada w quizie? Jeszcze Polska nie zginęła?

 

Możesz skorzystać z pytań:

„Co jest godłem Polski?”

„Jak się nazywa najdłuższa rzeka w Polsce?”

„Jakie miasto jest stolicą Polski?”

„Do jakiego morza wpada Wisła?”

„Jakim kolorem na mapie zaznacza się góry?”

„Jakim kolorem na mapie zaznacza się wodę?”

„Jakie nazywa najważniejsza pieśń w Polsce?”

„Jak się nazywa święto 11 listopada?”

„Co to jest niepodległość?”

itd.

 

Prosty sposób na radosny dzień.

Prosty sposób na radosny dzień.

Obudziłem się wczoraj rano, usiadłem na łóżku i tak mi było ciężko. Tak mi było ciężko, siedziałem, oparłem głowę na dłoniach i było mi ciężko. Po chwili celebracji swojego stanu zacząłem modlić się w myślach: „dziękuję Ci Panie za… dziękuję Ci Panie za… dziękuję Ci Panie za…” nie mogłem ruszyć. Czułem się jak samochód zakopany w błocie lub śniegu. Koła buksują, trochę drgnie ale nie jedzie. Nagle poszło: „dziękuję Ci Panie za to, że mogę sobie tak siedzieć z głową w dłoniach i myśleć jak mi ciężko. Dziękuję Ci za to, że w Polsce nie ma wojny, że dookoła nie ma strzelaniny, że nie budzą mnie wybuchy, że nie muszę uciekać, że w ogóle mogłem spać- słowem, że mogę sobie siedzieć i rozkminiać jak mi ciężko”. To dało mi takiego kopa, że natychmiast wstałem. Wstałem z uśmiechem.

Sami wybieramy radość. Radość to kwestia wyboru i dezyzji. Później tego samego dnia spotkałem starszą Panią przy naszym Ząbkowskim basenie.

„Przepraszam Pana, czy tutaj można jakoś dojechać komunikacją?”

„Tak, można darmowymi autobusami”

„Bo widzi Pan, czytałam, że taka piękna pływalnia i rzeczywiście w środku pięknie ale jak szłam tutaj to obraz nędzy i rozpaczy”.

„Przystanek jest w razie co na przeciwko, do widzenia Pani.”

Trzeba naprawdę się starać, żeby dostrzec w moim mieście obraz nędzy i rozpaczy. Jest kilka nieciekawych obrazków ale żeby znaleźć nędze i rozpacz to trzeba się naprawdę postarać. Kwestia wyboru i decycji.

Na co kierujemy swoją codzienną soczewkę? Sami wybieramy. Można narzekać na saunę, że za gorąca, na jacuzzi, że za mocne, na pracę, że mało płatna, na dom, że za mały, na samochód, że za stary. Zawsze można znaleźć powód do narzekania. Jak się chce- to można.

Wszystko można jak się CHCE. Można powiedzieć- dziś dzień bez narzekania i we wszystkim szukać dobrej strony. Dlatego Jezus zawsze pytał: „CHCESZ?” Nawet niewidomego pytał „co CHESZ?”- i nie był to słaby żart tylko bardzo poważne pytanie.

Chcesz mieć dziś radosny dzień? Proszę bardzo.

Błogosławieni, którzy się nudzą albowiem oni… coś sobie wymyślą.

Błogosławieni, którzy się nudzą albowiem oni… coś sobie wymyślą.

Kilka dni temu, ku mojej wielkiej radości, syn sięgnął po moją książkę. Zaczął ją czytać!!! To wspaniałe zwłaszcza, że jest w pewnym sensie jej współautorem. Jego recenzje były natychmiastowe- na przykład wparował do mojego pokoju, pomimo próśb, żeby nie przerywano mi drzemki i ochrzanił mnie z góry na dół za to, że napisałem o Jenga Angry Birds, że to najgłupsza zabawka świata. Dla podkreślenia swoich słów rzucił klockiem z gry na kołdrę i wyszedł.

Ale nie o tym.

Dzień później, przy śniadaniu wyznał spontanicznie: “tata, wiesz dlaczego ja zacząłem czytać Twoją książkę?”

Moja pierś zrobiła się niecodziennie wypięta, duma zaczęła powoli kipieć uszami, bo spodziewałem się, że zaraz powie jak jestem dla niego ważny albo jak bardzo mnie podziwia, a on na to: “bo się nudziłem”. Balon pękł. To po moją książkę można sięgnąć z nudów, a nie tylko i wyłącznie z powodu jej wspaniałości?

Natychmiast jednak przyszła inna refleksja. Coś, co chciałem już dawno powiedzieć. Rodzice boją się tych słów bardziej niż najgorszego wyroku. Gdy dziecko mówi “nudzę się”, natychmiast idzie za tym poczucie winy, przymus wymyślenia jakiegoś zajęcia potomkowi, pomysł kupna nowej zabawki, gadżetu albo kolejnych zajęć pozalekcyjnych. Bo jeśli dziecko się nudzi, to znaczy, że ja nie sprawdzam się jako rodzic? Czy aby na pewno?

Przecież to człowiek, a to znaczy istota twórcza. Nuda, jeśli się ją “weźmie na klatę” i nie zabije jakimś łatwym, ucieczkowym sposobem, może być matką twórczości w naszym życiu.

Ale my w dzisiejszych czasach chyba w ogóle przeżywamy rodzicielstwo jak nieprzerwany egzamin u wrednego, złośliwego profesora. Tym profesorem są w naszych oczach własne dzieci. To chyba nie tak.

PS. Dorośli chyba też uciekają przed nudą i przez to ich życie staje się nudne.

Nieustannie pamiętać o co mi chodzi.

Nieustannie pamiętać o co mi chodzi.

W minioną środę stanąłem obok moich przyjaciół, którzy chowali swojego siedmioletniego syna. Chłopiec zmarł w ostatnią niedzielę po ośmiomiesięcznej walce z rakiem. Patrzyłem na białą trumnę i spadające na nią białe róże rzucane w większości przez kolegów i koleżanki Krzysia z klasy. Patrzyłem w oczy matki i ojca, którzy żegnali swoje dziecko. Patrzyłem w oczy siedzącego obok mojego syna, który jest rówieśnikiem Krzysia. Patrzyłem na jasne włosy mojej córki, która jest od niego dwa lata młodsza.

Dzień wcześniej rozmawiałem z innym przyjacielem, który przytoczył mi fragment swojej rozmowy z żoną. Powiedział do niej mniej więcej tak: “Jesteśmy jedenaście lat po ślubie, mamy troje dzieci, może byśmy ZAŁOŻYLI RODZINĘ?” Chodziło mu o przeciwdziałanie pochłaniającej ich korporacji, w której oboje pracują i coraz bardziej się pogrążają.

Jeszcze wcześniej inny przyjaciel zapytał mnie czy znam trzy pytania, które mogą pomóc we wczesnej diagnozie pracoholizmu. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z nim o tym, że oglądamy każdą złotówkę dwa razy, zanim ją wydamy. Dziś obydwaj jesteśmy ludźmi zamożnymi. Nadszedł czas, kiedy powinniśmy dwa razy oglądać każdą chwilę naszego życia, zanim zdecydujemy się ją wydać na pracę.

Na co dzień tak łatwo dajemy się pochłonąć pierdołom, mało ważnym rzeczom, gonimy za groszem, za awansem, za uznaniem, za zleceniem, za czym jeszcze…?

Chcę w każdej chwili pamiętać o oczach Ewy i Marka- rodziców Krzysia, chce zawsze pamiętać o tym, co jest dla mnie w życiu ważne.