Urlop czy robota przez cały rok- Ty wybierasz.

Urlop czy robota przez cały rok- Ty wybierasz.

Pytanie w tytule wydaje się retoryczne ale okazuje się, że nie do końca, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci, a już zupełnie w przypadku autystyków. Mniej więcej rok temu, przed wakacjami, spierałem się z koleżanką czy dziecko autystyczne powinno pracować terapeutycznie w wakacje. Koleżanka twierdziła, że ważna jest ciągłość oddziaływania, ja natomiast byłem zdania, że autystyczny pacjent potrzebuje odpoczynku, jak każde dziecko i każdy człowiek. Kwestia pozostała otwarta i zapewne nie można się spodziewać jednoznacznej odpowiedzi. Ale częściową odpowiedź uzyskałem we wrześniu. Rozmawiałem wtedy z ojcem młodego autystyka (dziecko 3,5 roku). Ten Pan pracował wtedy jako prezes bardzo dużej korporacji, więc wiadomo, że jego praca była bardzo ważna dla niego, on dla niej itd. Zacytuję jedno zdanie: “Jak zobaczyłem co się stało z moim synem po naszym urlopie w lipcu, to zaraz zabukowałem kolejny urlop w sierpniu.” Ten pan prawdopodobnie stał się świadkiem tego, o czym już pisałem- jego dziecko potrzebowało przede wszystkim czasu spędzonego z rodziną. Nie jest to odosobniona opowieść, ten temat wraca- dziecko podczas urlopu z rodziną robi zwykle bardzo duże postępy. Nazywam to EFEKTEM URLOPU. Niestety rzeczywistość jest taka, że po pozytywnej diagnozie rodzice często wpadają dosłownie w wir zajęć dodatkowych i terapii. Gdyby uczciwie policzyć, okaże się, że wielu małych pacjentów pracuje więcej niż na pełen etat. Z przedszkola jadą na trening umiejętności społecznych, potem psycholog, pedagog, dogoterapia, hipoterapia, alpakoterapia- czasami od rana do wieczora. Nie namawiam oczywiście do zarzucenia tych oddziaływań. Namawiam natomiast do czujności i rozsądku. Namawiam do szukania złotego środka pomiędzy oddziaływaniami specjalistycznymi, a momentami spędzanymi tak po prostu w gronie rodzinnym. Dziś przede wszystkim namawiam do odpoczynku w wakacje. Nasze dzieci potrzebują urlopu tak samo jak my. Mówimy często, że trzeba nam resetu, wyłączenia telefonu, niemyślenia o pracy. Nasze dzieci mają dokładnie takie same potrzeby.
Przed nami najważniejszy czas w roku- dwa miesiące wakacji. Szansa na zdobycie wspólnych doświadczeń i wspomnień, które pozostaną z naszymi dziećmi na całe życie.

Dzieci potrzebują DO-RO-SŁYCH.

Dzieci potrzebują DO-RO-SŁYCH.

KIlkanaście lat temu, gdy po raz pierwszy powierzono mi wychowawstwo klasy czwartej, miałem zatarg z jednym z moich uczniów. Już nie pamiętam szczegółów ale pamiętam, że wylądowałem w gabinecie mojej dyrektorki, która udzieliła mi wtedy dwóch bardzo ważnych lekcji. Dziś jedną z nich dzielę się z rodzicami i nauczycielami przy każdej możliwej okazji.
Usłyszałem wtedy słowa: “PAMIĘTAJ, ŻE DZIECKO NIGDY NIE MOŻE CIĘ DOTKNĄĆ.” Chodzi oczywiście o dotknięcie w sensie emocjonalnym- dziecko nie jest w stanie sprawić, że POCZUJĘ SIĘ DOTKNIĘTY. Oczywiście dziecko może próbować ale to ja decyduję o tym, że nie poczuję się dotknięty. Dziecko może próbować. Ja nie mogę się dać. Tak naprawdę mówimy tutaj o dojrzałości emocjonalnej. Jako osoba dorosła powinienem być na tyle dojrzały, ugruntowany w swoim poczuciu tożsamości i wartości, poukładany w swoich emocjach, że jakiekolwiek wysiłki dziecka by zburzyć ten porządek, nie powinny mnie dosięgać.

To jest trudne i myślę, że jest to stan, do którego cały czas dążę. Zwłaszcza w kontakcie z dziećmi z Zespołem Aspergera ta rzeczywistość jest poddawana poważnej próbie. Jak wiadomo dzieci z ZA mają ogromną skłonność do manipulacji i najczęściej jest to manipulacja mistrzowska. To nie tylko zwykłe rzucanie się na podłogę i spazmowanie na poziomie amatorskiego teatru. To przedłużające się milczenie, uparte podawanie błędnego rozwiązania w zadaniu, mówienie na ty, dotykanie najwrażliwszych punktów: “czemu masz taki duży brzuch?”, “teraz ja tu jestem dyrektorem” itd. itp. Dzieciaczek z ZA potrafi naprawdę trafić w samo sendo, w najsłabszy punkt. Pamiętam historię nauczycielki, która po kilku miesiącach pracy z uczniem z Zespołem Aspergera musiała zacząć korzystać z pomocy lekarza psychiatry. Dlatego po cichu nazywam moich pacjentów “małymi terapeutami” ponieważ pomagają swoim rodzicom, nauczycielom, terapeutom odkrywać te tematy i obszary, które jeszcze potrzebują przepracowania.

Ostatnio podczas rozmowy w rok po diagnozie, zapytałem mamę mojego pacjenta, co jej zdaniem jest najważniejsze, co powinno się mówić rodzicom dzieci z ZA. Po chwili zastanowienia odpowiedziała: “że jest to ogromna praca nad sobą.” Nic dodać. Ogromna praca nad swoim myśleniem, a co za tym idzie nad swoimi emocjami. Ja zwykle tłumaczę rodzicom i nauczycielom, że obserwując zachowania takiego dziecka musisz wyczyścić swoją głowę ze wszystkich założeń. Musisz być jak czysta karta. Musisz być jak poszukiwacz i odkrywca. Jeżeli z góry założysz, że coś wiesz i coś rozumiesz, rozminiesz się z prawdą i dzieckiem. Jeżeli na przykład interpretujesz jego zachowania jako bezczelne, przegrałeś.

Potrzebujesz cierpliwości, ciekawości i pokory, by wziąć się raczej za siebie, jeśli dziecko z ZA pomoże Ci odkryć twoje deficytowe obszary. Wskaźnikiem będą Twoje emocje- jeśli jakieś zachowanie dziecka spowoduje Twoje silne wzbudzenie, zastanów się uczciwie dlaczego i co to mówi o Tobie.

Bądź DO-RO-SŁY.

Zawrat i kryzys wieku średniego.

Zawrat i kryzys wieku średniego.

Poniżej tekst mojego artykułu, który ukazał się w czerwcowym numerze Szumu z Nieba. Zamieszczam za zgodą wydawcy i zachęcam do prenumeraty czasopisma- www.odnowa.jezuici.pl/szum/

Dużo chodziłem po górach. Pamiętam, że przez trzy zimy pod rząd chciałem zdobyć Zawrat od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego. Za każdym razem wycofywałem się na kilkadziesiąt lub kilkaset metrów przed przełęczą. Głęboki śnieg, zagrożenie lawinowe czy zmieniająca się pogoda zmuszały mnie do stanięcia przed wyborem: bezpieczny powrót do schroniska, czy ryzykowne podejście na szczyt i noc w górach. Za każdym razem wybierałem bezpieczny powrót.

Pamiętam, że doświadczałem wtedy mieszanych uczuć: porażki, rozczarowania i zawodu, a z drugiej strony poczucia bezpieczeństwa i przekroczenia samego siebie. Byłem wtedy szalony na punkcie zdobywania szczytów! Pamiętam, że gdy pierwszego dnia wakacji nie wszedłem już na wysokość 2000 m n.p.m., to miałem żal do siebie i całego świata. Decyzja o zawróceniu bez zdobycia celu była dla mnie trudniejsza, niż podjęcie wysiłku ponad miarę i wbrew niesprzyjającym okolicznościom. Zawrat jednak miał tę siłę, że aż trzy razy mnie zawrócił. Pamiętam jeszcze jedno doświadczenie. Gdy zaczynałem wracać, nagle dostrzegałem piękne krajobrazy. Widoki i panoramy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, bo zbyt zajęty byłem parciem do góry, do celu. Zwykle miałem wtedy zapas czasu, więc zatrzymywałem się na kilka minut i po prostu patrzyłem, albo poświęcałem chwilkę, żeby napić się lodowato zimnej wody prosto ze strumienia. Te krajobrazy i ten strumień były tam przez cały czas, ale ja nie zauważałem ich idąc do góry, bo wtedy liczył się tylko cel: zdobycie szczytu. Dopiero wracając zaczynałem cieszyć się samą wędrówką i byciem w Tatrach.

Wyżej już nie wejdziesz

To doświadczenie przypomniało mi się, gdy rozmyślałem o kryzysie wieku średniego. Czterdziestka w życiu człowieka (myślę, że nie tylko mężczyzny), to taki czas, gdy uświadamiasz sobie, że dalej już nie wejdziesz, że właśnie przyszedł ten moment, kiedy należałoby zacząć wracać. Kryzys w języku greckim oznacza między innymi rozcięcie, rozpadnięcie. Osiągnięcie czterdziestki, czyli (daj Boże) połowy życia, to rzeczywiście taki moment rozpadu, rozcięcia, pewnego rozstrzygnięcia. Rzeczywistość zaczyna się niepostrzeżenie zmieniać. Uświadamiasz sobie, że „czas wracać”. Nie jest to doświadczenie łatwe ani przyjemne. Dotychczasowy sposób życia przestaje wystarczać. Po czterdziestce tracisz przewagę w tych obszarach, w których dotychczas mogłeś rywalizować i wygrywać. Wokoło jest coraz więcej młodszych o dekadę czy dwie ludzi, którzy wyprzedzają cię, zanim ty w ogóle zdążysz pomyśleć o wyścigu. Jeśli próbujesz utrzymać dotychczasowy stan rzeczy, zaczynasz przypominać wiewiórkę z „Epoki lodowcowej”, która chciała swoim orzeszkiem zatkać szczelinę w lodowcu. W najlepszym wypadku jesteś śmieszny i kupujesz motocykl, a w najgorszym – ranisz wszystkich wokoło: chudniesz dwadzieścia kilo i szukasz dwadzieścia lat młodszej partnerki, żeby jakoś zatrzymać czas. Ale jest też trzecie wyjście: możesz podjąć uczciwą refleksję i odważnie wejść w ten kryzys, zacząć go przeżywać.

Błogosławiona demolka?

Ciekawe światło na samo zjawisko kryzysu rzucił kiedyś polski psycholog Kazimierz Dąbrowski, który jest autorem TEORII DEZINTEGRACJI POZYTYWNEJ. Mówiąc najkrócej, chodzi o to: aby zbudowana została jakaś nowa struktura, dotychczasowa musi zostać zburzona i trzeba przejść przez okres chaosu, bałaganu i nieporządku. To ten moment, kiedy pod Zawratem musiałem zmierzyć się z nieprzyjemnymi uczuciami: porażką, rozczarowaniem. Trzeba było wytrzeć łzy, które płynęły, kiedy kolejny raz musiałem obejść się smakiem zdobycia szczytu. Warto jednak było przejść przez te trudne momenty, żeby za chwilę odnaleźć głęboką radość w samej wędrówce. Najzabawniejsze, że ta radość cały czas była obok mnie, tylko ja jej nie zauważałem, bo goniłem za szczytem. Ja szukałem jej na swój sposób, a ona dała mi się odnaleźć, ale na jej sposób.

Skarb, który mnie trzyma

Rok temu były moje czterdzieste urodziny. Otrzymałem dwa bardzo ważne prezenty.
Pierwszy z nich to przygotowana przez moją żoną, w całkowitej tajemnicy przede mną, wielka księga, do której wkleiła listy napisane przez ludzi, którzy przez pierwsze cztery dekady odegrali bardzo ważną rolę w moim życiu. Są tam listy mojej najbliższej rodziny, przyjaciół z różnych okresów życia, duszpasterzy. Przeczytanie tej księgi zajęło mi ponad tydzień, bo zwykle po pierwszych dwóch minutach łzy wzruszenia całkowicie przesłaniały mi oczy. Ten prezent uświadomił mi, jak bardzo zostałem obdarowany w życiu przez ludzi, których spotkałem. Z wielkim wzruszeniem czytałem również te fragmenty listów, które mówiły o tym, co inni dostali w życiu ode mnie i dzięki mnie.
Drugi prezent dostałem od Boga. Jestem człowiekiem wierzącym. Staram się, aby ta wiara była prosta, w miarę nieskomplikowana, dlatego prosiłem Ojca o prezent na czterdziestkę. Przez chwilę myślałem, że to będzie wygrana w Lotto, tym bardziej, że właśnie w dniu czterdziestych urodzin kobieta, która wydawała mi resztę na stacji benzynowej, powiedziała: „Ooo, cztery złote i czterdzieści cztery grosze, powinien Pan kupić totka”. Kupiłem kupon i zacząłem w wierze planować, na co wydam miliony. Niestety, trafiłem tylko jedną cyfrę. Gdzie więc prezent? Co, jeśli nie miliony?
A prezent przerósł najśmielsze oczekiwania. Już zaczynałem wątpić w to, że Bóg mnie wysłuchał, kiedy… po tygodniu uświadomiłem sobie, że prezent jest, tylko ja go nie widziałem! Ten prezent to nowe imię, które Bóg dał mi na czterdziestkę. Ono było jakby dołączone do księgi przygotowanej przez żonę. Od tego czasu powinienem się nazywać Michał DZIĘKUJĘ Borkowski. Jestem wielkim szczęściarzem, jestem przeobficie obdarowanym człowiekiem, bo dostałem MIŁOŚĆ wielu ludzi. Nie trzymam tego na koncie w banku, a raczej to trzyma mnie. To prawdziwy skarb.
Tak zaopatrzony – z podniesioną głową wyszedłem na przeciw kryzysowi wieku średniego.

Pomyśl, Przyjacielu, o twojej księdze. Pomyśl o tych wszystkich ludziach, którzy napisali w niej tak wiele wspaniałych rozdziałów, oraz o tym, w jak wielu ty się zapisałeś.
W ilu jeszcze możesz się zapisać – u swoich dzieci, wnuków i wszystkich ludzi, których jeszcze spotkasz w swoim życiu. Idź odważnie do przodu, z uśmiechem na ustach i po prostu ciesz się krajobrazem oraz samą wędrówką.

Myszka Miki pod Zawratem

Potocznie mówi się o kryzysie wieku średniego u mężczyzn. Wczoraj w pociągu usiadłem naprzeciw atrakcyjnej nastolatki, która po chwili… okazała się kobietą starszą ode mnie! Pomimo zabiegów kosmetycznych, jej pomarszczona twarz zdradzała pesel sprzed ponad czterdziestu lat. Podkoszulek z Myszką Miki, dwie maskotki przyczepione do kolorowej torebki, modne okulary i jeszcze kilka wizualnych detali były w stanie zmylić widza tylko przez chwilę. Pomyślałem, że ta pani chyba jeszcze nie zdecydowała się zawrócić spod swojego Zawratu i, pomimo okoliczności, prze do góry, chociaż zmarszczki rysujące się na twarzy mówią: „Czas wracać!”. Śmieszne to. Nie bądź śmieszny. Sięgnij po trzeci rozdział księgi Koheleta, przeczytaj go i potraktuj poważnie słowa, że jest czas na wszystko. I podejmij wyzwania tego czasu, który dla ciebie dzisiaj nastał.

Dlaczego warto detronizować dzieci.

Dlaczego warto detronizować dzieci.

W XX wieku amerykański psycholog Skinner hodował gołębie. Zauważył, że jeśli gołąb dostanie pokarm po tym, jak wykonał jakąś czynność, to powtarzał tę czynność, żeby znowu dostać pokarm. Chwila refleksji potwierdza, że wszyscy funkcjonujemy podobnie- jeżeli coś przynosi pożądany skutek, robimy tego więcej. Ja na przykład jestem psychologiem i ludzie płacą mi za tę pracę, więc to właśnie robię. Mój przyjaciel jest informatykiem i za to dostaje co miesiąc porcję ziarna, więc robi tego więcej. Gdyby nagle ludzie przestali potrzebować psychologa, musiałbym zmienić zajęcie. To proste i Ty też tak masz, nawet jeśli dostajesz wysypki na słowo behawioryzm, to on właśnie tak działa także w Twoim życiu.

Podobnie jest u dzieci. One szybko uczą się, że niektóre reakcje przynoszą pożądane, miłe skutki i wtedy robią tego więcej. Jeśli na przykład dziecko zauważa, że jego płacz powoduje wzięcie na ręce, przytulenie, kołysanie i przyjemny ton głosu rodzica, to zgadnij co będzie robiło, kiedy odłożysz je do łóżeczka czy na podłogę… Tak to działa. Ludzie, którzy nie chcą uznać tej prostej, logicznej zasady, wykonują różne intelektualne ewolucje, żeby inaczej wytłumaczyć rzeczywistość. W ostatnim czasie modny robi się termin HIGH NEED BABY (HNB) czyli rzekoma grupa dzieci, które potrzebują już od urodzenia wyjątkowo dużo uwagi, ciepła, a przede wszystkim nieustannego noszenia na rękach. Jest to myślowe odwrócenie rzeczywistości i zamiana przyczyny ze skutkiem. Raczej mówimy tu nie o HNB, a o LSP- LOW SKILL PARENT, czyli rodzicach, którzy są tak niepewni swoich oddziaływań na dzieci, że sami nie są w stanie nadać żadnego kierunku, nie wychowują dzieci, a tłumaczą to troską o ich spontaniczny, niezakłócony rozwój. Skutki takich działań są godne pożałowania. Wiadomo na przykład, że prawidłowy rozwój ruchowy dziecka wymaga już prawie od pierwszych dni życia leżenia na brzuchu na twardej powierzchni. Nieustające noszenie na rękach jest nie tylko zabójcze dla kręgosłupa matki ale zakłóca proces rozwoju dziecka i produkuje później takie sflaczałe dzieci, które nie mają wymaganego napięcia mięśniowego, których kolejne etapy rozwoju następują ze znacznym opóźnieniem względem normy (bo jest coś takiego jak NORMA ROZWOJU!).

Większe dzieci mają już taką wprawę w owijaniu rodziców wokół paluszka, że sterują praktycznie całą rzeczywistością. To one decydują kiedy wyjdziecie z imprezy i czy w ogóle na nią pójdziecie, one ustalają Wasz plan dnia, a przede wszystkim pory wstawania i kładzenia się spać. Tu pojawia się problem, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Te dzieci mają mianowicie bardzo niskie poczucie bezpieczeństwa. Wynika to z tego, że dziecko podświadomie wie, że ono nie potrafi ogarnąć rzeczywistości i oczekuje tego od dorosłego, który powinien wiedzieć co i jak i dlaczego. Dziecko niby chce rządzić ale tak naprawdę boi się tego. Ja na przykład bardzo chciałbym pilotować Boeinga, którym podróżuje ale czułbym ogromny strach gdyby kapitan oddał mi stery i kazał wylądować. Najbezpieczniej czuję się, jak samolot prowadzi doświadczony pilot. Tak samo dziecko zna swoje miejsce w życiu podobnie jak ja znam swoje miejsce w samolocie. Stąd duża część mojej pracy polega na pokazywaniu rodzicom w jaki sposób oddali swoje kompetencje w ręce dzieci oraz przekonywaniu ich dlaczego warto te kompetencje odzyskać. A warto to zrobić przede wszystkim dla dobra samych dzieci, bo to one potrzebują rodzica, który wie co, dlaczego i kiedy, i prowadzi przez życie wyznaczając bezpieczne granice. Oczywiście rzecz wymaga wyczucia, bo można przesadzić w drugą stronę i zupełnie sterować dzieckiem, co też ma opłakane skutki dla jego rozwoju.

Często umęczonym rodzicom, którzy załamują ręcę udzielam rady: “proszę codziennie rano i wieczorem łykać jedną tabletkę EGOIZMU.” Kiedy na ich twarzach rysuje się zaskoczenie, wyjaśniam kolejną psychologiczną zależność: “jeśli Twoje dziecko zobaczy, że Ty masz swoje potrzeby i możesz je realizować, ono będzie wiedziało, że samo może robić podobnie”- to jest uczenie przez MODELOWANIE.

To bardzo poważny temat, bo jeśli skorupka za młodu nasiąknie przekonaniem, że cały świat jest stworzony tylko po to, żeby spełniać jej zachcianki, to na starość będzie poważny problem. W najlepszym wypadku hodujemy rzeszę frustratów, którzy nie będą umieli sobie poradzić nawet z tym, że ktoś na nich zatrąbi na ulicy, a w gorszym przypadku może się okazać, że za dwadzieścia lat uderzy w nas prawdziwe DEPRESYJNE TSUNAMI, jak te dzisiejsze dzieci zetkną się z życiem poza parasolem rodziców.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Mam Znajomą, niespokojną zawodowo duszę, która nie boi się żadnego wyzwania. Ostatnio trafiła na ogłoszenie: pedagoga specjalnego do pracy przy alpakoterapii. Założyła lepszą bluzkę i prosto z przedszkola, gdzie pracuje na etacie pojechała pod adres wskazany przez asystentkę Pana Iks. Miała spotkanie z samym założycielem, właścicielem i prezesem firmy “prywatny- ośrodek- jakich- wiele”. Pan Iks jest człowiekiem, który przeczytał przynajmniej jeden poradnik o profesjonalnej rekrutacji, bo po pierwsze przez cały czas rozmowy zachował pokerową twarz, po drugie zadawał przemyślane pytania wg. przygotowanego wcześniej schematu, a po trzecie na każde pytanie zadane przez Kandydatkę odpowiedział “dlaczego uważa Pani, że to jest ważne”. Na końcu zapewnił moją znajomą, że zostanie poinformowana o tym, czy dostała się do kolejnego etapu rekrutacji. Moja koleżanka wyszła przed niewielki jednorodzinny dom, w którym kilka pokoi i toaleta służą jako siedziba “prywatnego- ośrodka- jakich- wiele” i powiedziała sama do siebie: “ku…, jaki kolejny etap rekrutacji?!” Była zniesmaczona. Szukała pracy z ludźmi i dla ludzi. Emocje, które wyniosła ze spotkania z Panem Iks dopiero dawały o sobie znać. Zniechęcenie, zdemotywowanie, poczucie bycia potraktowanym przedmiotowo… W takiej atmosferze nie zwykła pracować. Chwyciła za wizytówkę i zadzwoniła do Iksa, żeby podziękować za dalszą fatygę ale połączyła się tylko z jego asystentką, która poinformowała, że przekaże… Istne korpo w jednorodzinnym domku gdzieś na przedmieściach Stolicy. Taki mikromordor, mordorek…

Tu kończy się typowo polska część historii, tu kończy się narzekanie. Jeszcze tego samego wieczora moja koleżanka zaczęła czytać o alpakach, sprawdzać, oglądać i rano decyzja była gotowa- “wchodzimy w alpakoterapię”. Od spotkania z Iksem minęło trzy, może cztery miesiące i oto wczoraj przyjechała trzy pierwsze. Są urocze!!! Można je oglądać w internecie, na fejsbuku albo po prostu pojechać i na żywo doświadczyć ich spokoju, kojącego wpływu i „zaraźliwego optymizmu”. Wszystko to zaledwie kilkanaście kilometrów od Pałacu Kultury w zupełnie “niewarszawskiej” części Warszawy można usiąść na trawie, napić się herbaty, popatrzeć na błękit nieba i zieleń trawy i doświadczyć trochę życia w życiu. Zachęcam do odwiedzenia i polubienia https://web.facebook.com/alpakizzielonychtraw/ Tyle jeśli chodzi o fragment reklamujący.

Urzeka mnie w tej historii twórcze podejście koleżanki do tematu. Prawda jest taka, że każde spotkanie z Iksem i jemu podobnymi może być punktem wyjścia, taką trampoliną do odbicia się ku nowej przygodzie, trzeba tylko poważnie potraktować słowa: “jeśli chcesz coś zmienić, zacznij od siebie”. Chyba właśnie to zrobiła moja Znajoma. Trochę tak jak w reklamie banku, która bombarduje w ostatnich dniach z ekranu, zresztą tam też wykorzystane są alpaki. Korpoludek siedzi w biurze i powtarza dobrze znany refren: “a może by tak w Bieszczady…” Sęk w tym, że Bieszczady cały czas są tam, gdzie były, a Ciebie tam nadal nie ma, bo Tobie być może wystarcza ponarzekać i już masz przeświadczenie, że zmieniłeś świat…

Działaj albo milcz- refleksje po spotkaniu z Nauczycielami.

Działaj albo milcz- refleksje po spotkaniu z Nauczycielami.

Z tym polskim narzekaniem jest tak, że ono broni nas przed podjęciem jakichkolwiek sensownych działań. Jest mi źle, więc ponarzekam i już, i dalej na stare tory. Czy liczysz, że usłyszy Cię KTOŚ, albo jacyś ONI, albo ten ZŁY RZĄD, albo ZWIĄZEK ZAWODOWY, albo PANI MINISTER wreszcie się nawróci i zrobi Ci lepiej? Nikt nie zmieni nic za Ciebie. Pracując z dziećmi lubię zaskakiwać je pytaniem: “Jest jedna osoba, która może zmienić Twoje zachowanie, wiesz kto?” Kiedy dziecko zaczyna wymieniać: mama, tata, pan psycholog, wypowiadam jego imię i nazwisko. Na początku pojawia się zmieszanie ale zaraz za nim uśmiech na twarzy. Dzieci to rozumieją i korzystają z tego. Wchodzą do gabinetu z podniesioną głową i meldują jak pokonały fiksację, czynności natrętne czy inne trudne zachowania.

Dorośli tego nie rozumieją. Przykładem sztandarowym są nauczyciele. Jest to, moim zdaniem, najbardziej zahipnotyzowana grupa zawodowa w naszym społeczeństwie. To są w stu procentach ludzie z wyższym wykształceniem, którzy godzą się na pracę za wynagrodzenie często niższe niż w markecie, mimo iż biorą na siebie totalną odpowiedzialność za największy skarb czyli dziecko. Pracują z człowiekiem, a więc materiałem nieprzewidywalnym, są rozliczani ze wszystkiego, cały czas na świeczniku, non-stop oceniani, absolutnie nie szanowani przez większość rodziców, przełożonych i… i nic z tym nie robią. To znaczy robią- ponarzekają przy tej czy innej okazji i dalej wracają na stare tory. W pokoju nauczycielskim wołają, że ta minister (a wcześniej tamta) się nie zna, że nie było nigdy nikogo kto by wiedział o co chodzi, że decyzję podejmują teoretycy, że rodzice to, że dzieci coraz trudniejsze, że zarobki niegodne i… dalej do roboty. Może ktoś usłyszy i się zlituje. Kto ma usłyszeć? Kto ma się zlitować?

Do niedawna sam żyłem w tej hipnozie. Przez jedenaście lat. Kiedy już mnie żuchwa zaczęła boleć od biadolenia powiedziałem DOŚĆ. Bardzo dobrze czułem się w pracy z dziećmi, myślę, że byłem dobrym nauczycielem, to było chyba moje POWOŁANIE… Jednak okoliczności, warunki zewnętrzne też trzeba wziąć pod uwagę. Zdecydowałem się postawić sprawę na ostrzu noża. Oczywiście jeden psycholog szkolny zmiany nie czyni dla społeczeństwa ale przynajmniej ja mogę patrzeć w lustro z podniesioną głową.

Drogi Nauczycielu proponuję Ci zmianę myślenia. Rozważ poniższe:

To tylko praca. Mój przyjaciel z Gdańska, który pracuje w drukarni odpowiedział kiedyś koleżance, która pytała go o ambicje zawodowe: “moje życie jest za tamtym wzgórzem, tam jest mój dom, tutaj tylko na niego zarabiam”. Ty też masz pracę. To jest tylko praca i powinieneś w niej godnie zarabiać na Twoje życie, które jest gdzieś w domu.

Twoje rodzina a zwłaszcza osobiste dzieci są zawsze ważniejsze od Twojej klasy, od klasówek, kartkówek, maila do roszczeniowego rodzica itd. Nie pozwól, żeby Twoje dzieci czekały na Twoją uwagę, bo Ty jeszcze musisz dokończyć pracę w domu.

Nie łudź się, że jesteś w tej pracy kimś ważnym czy wyjątkowym. Moja koleżanka złamała nogę i rodzice już po kilku tygodniach zwolnienia pytali ją wprost: “czy nie można kogoś zatrudnić na Pani miejsce?” Znajomy, zasłużony dyrektor kiedy trafił do szpitala na kilka dni został zlekceważony przez burmistrza, który zorganizował uroczystość w jego szkole bez niego. “Jedni odchodzą, drudzy się rodzą”. “Karawana idzie dalej”. “Nie ma ludzi niezastąpionych”.

Nic nie musisz. Nie musisz się na wszystkim znać, nie musisz sobie zawsze poradzić, nie musisz spełniać wszystkich oczekiwań.

Możesz mieć gorszy dzień, możesz nie wiedzieć, możesz mieć ważniejsze sprawy na głowie. Możesz mieć w tyle groźby o piśmie do Kuratorium i Ministerstwa. Co Ci zależy? Najwyżej pójdziesz do marketu, będziesz wykładać towar na półki i zarabiać więcej niż teraz.

Prestiż?!?!? To już przeszłość. Mniejszy wymiar godzin? To bajka, w którą wierzą tylko Ci, którzy nie znają osobiście żadnego nauczyciela.

Ogarnij się. Twoje życie jest w domu, możesz na nie zarabiać sprzedając paliwo na stacji, prowadząc sekretariat w korporacji, siedząc na kasie w sklepie. Możesz też pracować w szkole, tylko za jaką cenę i za jaką płacę?

Nikt nic nie zmieni za Ciebie. Zacznij się szanować, bo inni nie zrobią tego za Ciebie!
Chyba, że jest Ci dobrze tak, jak jest- to PRZESTAŃ NARZEKAĆ.

Video do posłuchania. Zapraszam :)

Pod poniższym linkiem konferencja, którą miałem przyjemnośc wygłosic dzisiaj podczas Forum Charyzmatycznego w Tarnowie (26’30”).

 

Teściu- decydujące starcie.

Teściu- decydujące starcie.

Jest taka scena w jakimś filmie, gdzie przed ślubem ojciec dziewczyny bierze Młodego na bok i mówi: “jak ją skrzywdzisz, to Cię zabiję.” Znam osobiście przynajmniej jednego człowieka, który takie właśnie słowa usłyszał tuż przed ślubem. Było to wielce prawdopodobne zważywszy, że tatuś był emerytowanym policjantem i nawet broń trzymał w domu.

Ostatnio konsultowałem kilka par w kryzysie. W poplątanych małżeńskich węzłach często dostrzegam jedną nić przewodnią. Jest to podejrzanie bliska relacja kryzysującej żony ze swoim ojcem. Tatuś jest podporą w sensie emocjonalnym, tata zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Z dziadkiem jeździ się na wyjazdy, to on funduje narty córce i wnukom, a mąż pozostaje w tle. Pierwsza moja myśl poszła w tym kierunku- że to niedobry dziadek, że się miesza, że kieruje z tylnego siedzenia, nie potrafi postawić granicy. Ale zastanawiam się, czy prawda nie leży gdzieś bliżej środka. Może jest tak, że teść wyczuwa pewną nieudolność zięcia, żeby skutecznie zaopiekować się jego córeczką, jego największym skarbem? W dniu ślubu ojciec Panny Młodej oddaje innemu mężczyźnie kogoś prawie najważniejszego w życiu. Ten, kto ma córkę, wie o czym mówię. Relacja ojca z córką jest naprawdę niesamowita i wyjątkowa. Dlatego jeśli nowy opiekun wydaje się nie dostawać do swojej roli, może się okazać, że ten stary jest tuż za progiem i czuwa.

Oczywiście mówię tu o procesach, które dzieją się poza świadomością. Nikt przecież nie podejmuje świadomie decyzji: “będę się wtrącał, bo on nie daje rady” albo w przypadku kobiet “pójdę do tatusia bo on jest lepszy”.

Kolejny raz dochodzę do wniosku, że poszerzenie samoświadomości jest niezbędnym czynnikiem naszego rozwoju. Jeśli dostrzeżesz w tym tekście kawałek swojego życia- już jesteś w połowie drogi do pozytywnej zmiany. Jeśli jesteś mężem, który czuje, że ma teścia kierującego z tylnego siedzenia, to zanim zaczniesz się zżymać na niego czy na małżonkę, najpierw pomyśl czy sam wystarczająco ogarniasz rzeczywistość. Czy Twoja żona nie chodzi w przetłuszczonych włosach, czy Twoim dzieciom dajesz wystarczająco dużo czasu, uwagi, realizacji potrzeb itd. Jeśli jesteś żoną w kryzysie, zastanów się czy nie za łatwo uciekasz do tatusia- dosłownie, finansowo i emocjonalnie. Jeśli jesteś Teściem- walcz do końca, bo Młody potrzebuję tę walkę z Tobą stoczyć i wygrać, dla dobra wszystkich!

Odważnego reflektowania życzę.

Jedno słowo na Nowy Rok.

Jedno słowo na Nowy Rok.

Nowy Rok- Nowy Człowiek. Postanowienia noworoczne lub ich brak. Mówią znawcy, że muszą być konkretne, mierzalne, relewantne itd Mówią realiści, że trwają najczęściej do drugiego tygodnia stycznia. Ja zaś od kilku lat trzymam się inspiracji znalezionej po angielskiej stronie internetu- JEDNO SŁOWO na cały rok. Oczywiście nie zawsze jest to dosłownie jedno słowo, czasami jedno zdanie. Była “wdzięczność”, „spokój”, “pustka”, „odwaga” i jeszcze kilka. To jest dla mnie jak latarnia morska, która pomaga odnaleźć kierunek we mgle codzienności. Takie hasło na sztandarze. Polecam tę metodę na 2018. Pomyśl o tym, jakie słowo streszcza w sobie Twoje dążenia, kierunki i pragnienia zmiany. Być może to przyjdzie jako niespodziewane natchnienie. Może to będzie chłodna kalkulacja językowa. Zapisz, przyklej na lodówce lub w innym miejscu, na które będziesz spoglądał przy każdym wschodzie słońca i idź dalej przed siebie. Dobrego Nowego Roku.

Rachunek sumienia 2017.

Rachunek sumienia 2017.

Ostatni dzień roku. Podsumowanie. Rachunek sumienia. Ktoś mi kiedyś powiedział, żeby zaczynać od dziękowania. Dziś zaczne i na tym skończe. Ogromne, wielkie dziękuję za ten rok. Chcę się podzielić dwoma momentami i jednocześnie zaprosić do refleksji.

Na czterdzieste urodziny w czerwcu dostałem od żony niesamowity prezent. Jest to album ze zdjęciami osób, które były i są dla mnie ważne przez te czterdzieści lat. Dzięki staraniom Ewy każdy z nich napisał jeszcze list do mnie. Prezent został przygotowany w absolutnej dyskrecji. Jak otworzyłem album zatkało mnie- kto mnie zna, wie, że to rzadko spotykane zjawisko. Były łzy wzruszenia, dużo łez. Ochłonąłem dopiero po kilku dniach. Wtedy uświadomiłem sobie, że dostałem jeszcze jeden prezent na czterdziestkę. Zupełnie niesamowity. Jest to nowe imię- „DZIĘKUJĘ”. Od teraz nazywam się Michał Dziękuję Borkowski. Jednocześnie zrozumiałem, że moje życie jest utkane z ludzi, których spotkałem i spotykam. Ci ludzie oddają mi to, co mają najcenniejsze i niepowtarzalne- swój czas. Za to Wam wszystkim dziękuję.

Drugi moment to odejście z bezpiecznej posady w szkole. Odchodziłem trochę w ciemno, kiedy ludzie mnie pytali co mam zaplanowane, dokąd odchodzę- nie umiałem do końca odpowiedzieć. Pytali dlaczego w takim razie- przecież pewna robota, przecież regularny przelew, przecież ZUS opłacony… CZUŁEM, że czas… Doświadczyłem tego, o czym czytałem, słyszałem, co przeczuwałem- jak zaczniesz iść, to zacznie się ukazywać droga. Tak rzeczywiście jest w moim życiu od pół roku, od złożenia wypowiedzenia. Myślę dziś, że życie jest jak muzyka, która zaprasza do tańca. Można stać pod ścianą i tłumaczyć, że to nie ten czas, że nie znam kroków, że dużo ludzi na parkiecie albo że nie ma nikogo. Albo można po prostu ruszyć, zapomnieć się, poderwać się i bawić. Tak- życie jest jak taniec… Ty też możesz zacząć tańczyć.

Toksyczne kłamstwo o macierzyństwie. Łamać tabu!!!

Toksyczne kłamstwo o macierzyństwie. Łamać tabu!!!

Droga koleżanko, jeśli jesteś jeszcze przed pierwszą ciążą, nie powinnaś czytać poniższego tekstu, żeby nie narazić społeczeństwa na demograficzną katastrofę.

Do rzeczy. Istota problemu jest taka, że szeroko wylansowany i przez lata wdrukowany jest pogląd, że macierzyństwo jest piękne i cudowne. Sugestywny przekaz płynący z reklam Pampersa, Gerbera i tym podobnych pokazuje okrągłe, uśmiechnięte bobasy i ich szczęśliwe mamy. Kościoły pełne są obrazów pięknej Madonny z dzieciątkiem na rękach, a i co “światlejsi” księża bajają o tym, jakie to wspaniałe i mistyczne doświadczenie. Półki w księgarniach pełne książek, w których przeczytasz, jakie to wszystko jest zajebi… Tak kształtuje się pogląd o macierzyństwie u kobiety, która jeszcze nie urodziła pierwszego dziecka. Po porodzie następuje zderzenie z rzeczywistościa, która jest zupełnie inna i wtedy, niestety, zamiast skonfrontować swoje błędne przekonania z faktami, kobieta dochodzi do wniosku, że nie nadaje się na matkę, że nie spełnia standardów i generalnie jest do niczego. TO JEST TOKSYCZNE KŁAMSTWO. Jest to jednocześnie potężne TABU, o którym się nie mówi, bo każda Pani uważa, że jest jedyna taka nienormalna i powinna się z tym schować.

Dlatego:

  • jeśli przeraża Cię Twój wygląd, rozmiar i smród- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli ryczysz na myśl, że jesteś uwiązana i straciłaś właśnie swoje życie i wolność, już nigdy przez to dziecko nie pójdziesz do kina czy na imprezę- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli on ciągle płacze, a Ty nie umiesz tego zmienić- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli momentami nienawidzisz własnego dziecka- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli czujesz, że nie kochasz tego dziecka- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli przez Twoją głowę przetaczają się pomysły pełne agresji- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli nie umiesz karmić piersią, nie wiesz jak trzymać, nie masz dość pokarmu, dziecko nie ciągnie, bolą Cię sutki, które ono gryzie- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli musisz dokarmiać sztucznym mlekiem i przez to czujesz się jak “niekobieta”- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli nienawidzisz męża, przez którego to wszystko, wkurw… Cię jego pytanie “jak mogę Ci pomóc”- nie jesteś pierwsza.
  • jeśli Twoja teściowa kwituje to wszystko zdaniem “co Ty wiesz, ja to musiałam sobie poradzić, choć były tylko tetrowe pieluchy…” czyli przekaz podprogowy “jesteś bardziej beznadziejna niż Ci się wydawało”- nie jesteś pierwsza.

Napisałem tylko to, co pozwoliła mi dostrzec moja męska ślepota. Każda z Was miłe Panie może dopisać swoje wezwania do tej litanii. Ważne, żeby ten przekaz zaczął wybrzmiewać, aby kolejne kobiety nie cierpiały ponad miarę. Bo cierpienie i tak jest ale zupełnie niepotrzebne jest to, które rodzi się z konfrontacji fałszywych przekonań z rzeczywistością.

Jesteś matką. Jesteś dobrą matką. Jesteś najlepszą matką Twojego dziecka. Rób swoje, idź dalej. Nie myśl za wiele i nie wybiegaj w przyszłość. Ech, tu mi się mężczyzna włączył z dobrymi radami- przepraszam. Właśnie, Panowie. Schowajcie na ten czas nasze sztandarowe pytanie: “co mogę ZROBIĆ, aby Ci pomóc?” do kieszeni. Chyba trzeba po prostu być blisko i też przeżyć swoją bezradność (tu też konfrontuje się mit, że mężczyzna zawsze coś musi umieć poradzić). Ja, jak zacząłem coś ROBIĆ, to tak schrzaniłem, że aż się wstydzę o tym napisać…

Dedykuję ten wpis mojej żonie, która jest i przez cały czas była wspaniałą mamą i kobietą.

Bóg stał się człowiekiem, Ty też możesz!

Bóg stał się człowiekiem, Ty też możesz!

Śpiewamy w kolędach o Bożej Dziecinie i sianku w stajence. Dobrze. Ale niech to nie zatrze nam obrazu rzeczywistości. Jeśli Bóg naprawdę urodził się jako dziecko, to był bezbronnym niemowlakiem, jego opiekun musiał oczyścić nóż, żeby przeciąć pępowinę, jego Mama musiała sobie poradzić z karmieniem piersią… Potem przez pierwszy rok tylko jadł i wydalał, jak każde dziecko. Jeśli spojrzymy uczciwie na te stajenkę- w skalnej grocie. Jeśli zaryzykujemy głęboki oddech w tej stajni, to poczujemy całkiem zwyczajny zapach. Nie będzie to tylko romantyczne sianko z pastorałki ale siano zmieszane ze zwierzęcym kałem, moczem… taki swojski zapach zza obory. I w tym wszystkim Syn Boży- Bóg. Bóg w całkiem niesakralnej rzeczywistości, zupełnie zwyczajnej. Profanum? Jeśli prawdą jest to, w co wierzą chrześcijanie, to do takiej rzeczywistości w zupełnie zwyczajny sposób wchodzi Bóg. Zatem i my chyba możemy wejść zwyczajnie, do naszej codziennej rzeczywistości.

Skąd więc w nas to dążenie, żeby zamknąć Boga w getcie. W getcie tabernakulum, kościoła, przepisów, doktryny, czy choćby w getcie spraw wyższych, a nie tych naszych zwykłych, codziennych- zdrowia, radości życia, pieniędzy, ciepłego domu, smacznego posiłku, sprawnego samochodu. Nie wiem po co nam to. Ale wiem, że Bóg się wyrywa z każdego getta poprzez skandaliczne Boże Narodzenie. Zatem i ja mogę. Skoro On stał się Człowiekiem, to ja też mogę. Ty też możesz. Jak powiadała mama mojego przyjaciela, nauczycielka, kiedy zawyżała uczniom oceny w klasie przedmaturalnej: “trzeba najpierw być człowiekiem, a dopiero potem znać matematykę”. Trzeba najpierw być człowiekiem, a dopiero potem być nauczycielem, psychologiem, dyrektorem HRu, księdzem itd.

My jednak czasami uparcie jak ten włoski proboszcz, który zgodził się na wesele ubogiej rodziny w kościele, pod warunkiem, że będzie cicho i spokojnie. Włosi jak to Włosi- popili, zaczęli śpiewać, zabawa na całego. O północy siostra zakonna spotyka proboszcza pędzącego po schodach, żeby rozgonić towarzystwo.

“Myśli ksiądz, że Jezus na weselu w Kanie Galilejskiej nie śpiewał, nie tańczył, nie bawił się?”

“No tak ale tam nie było Najświętszego Sakramentu”.

A w tej obsranej stajence dwa tysiące lat temu… Był, czy go nie było? A może najpierw Józef wysprzątał i okadził całą stajenkę, a Maryja jeszcze zdążyła udekorować kwiatkami, zawiesić firanki i zapalić świece? “No tak ale ile świec trzeba zapalić?” pytają specjaliści od liturgii…

Życzę Wam wszystkim BYCIA CZŁOWIEKIEM. Dobrze, że jesteście. Dziękuję.