Prosty sposób na radosny dzień.

Prosty sposób na radosny dzień.

Obudziłem się wczoraj rano, usiadłem na łóżku i tak mi było ciężko. Tak mi było ciężko, siedziałem, oparłem głowę na dłoniach i było mi ciężko. Po chwili celebracji swojego stanu zacząłem modlić się w myślach: „dziękuję Ci Panie za… dziękuję Ci Panie za… dziękuję Ci Panie za…” nie mogłem ruszyć. Czułem się jak samochód zakopany w błocie lub śniegu. Koła buksują, trochę drgnie ale nie jedzie. Nagle poszło: „dziękuję Ci Panie za to, że mogę sobie tak siedzieć z głową w dłoniach i myśleć jak mi ciężko. Dziękuję Ci za to, że w Polsce nie ma wojny, że dookoła nie ma strzelaniny, że nie budzą mnie wybuchy, że nie muszę uciekać, że w ogóle mogłem spać- słowem, że mogę sobie siedzieć i rozkminiać jak mi ciężko”. To dało mi takiego kopa, że natychmiast wstałem. Wstałem z uśmiechem.

Sami wybieramy radość. Radość to kwestia wyboru i dezyzji. Później tego samego dnia spotkałem starszą Panią przy naszym Ząbkowskim basenie.

„Przepraszam Pana, czy tutaj można jakoś dojechać komunikacją?”

„Tak, można darmowymi autobusami”

„Bo widzi Pan, czytałam, że taka piękna pływalnia i rzeczywiście w środku pięknie ale jak szłam tutaj to obraz nędzy i rozpaczy”.

„Przystanek jest w razie co na przeciwko, do widzenia Pani.”

Trzeba naprawdę się starać, żeby dostrzec w moim mieście obraz nędzy i rozpaczy. Jest kilka nieciekawych obrazków ale żeby znaleźć nędze i rozpacz to trzeba się naprawdę postarać. Kwestia wyboru i decycji.

Na co kierujemy swoją codzienną soczewkę? Sami wybieramy. Można narzekać na saunę, że za gorąca, na jacuzzi, że za mocne, na pracę, że mało płatna, na dom, że za mały, na samochód, że za stary. Zawsze można znaleźć powód do narzekania. Jak się chce- to można.

Wszystko można jak się CHCE. Można powiedzieć- dziś dzień bez narzekania i we wszystkim szukać dobrej strony. Dlatego Jezus zawsze pytał: „CHCESZ?” Nawet niewidomego pytał „co CHESZ?”- i nie był to słaby żart tylko bardzo poważne pytanie.

Chcesz mieć dziś radosny dzień? Proszę bardzo.

Błogosławieni, którzy się nudzą albowiem oni… coś sobie wymyślą.

Błogosławieni, którzy się nudzą albowiem oni… coś sobie wymyślą.

Kilka dni temu, ku mojej wielkiej radości, syn sięgnął po moją książkę. Zaczął ją czytać!!! To wspaniałe zwłaszcza, że jest w pewnym sensie jej współautorem. Jego recenzje były natychmiastowe- na przykład wparował do mojego pokoju, pomimo próśb, żeby nie przerywano mi drzemki i ochrzanił mnie z góry na dół za to, że napisałem o Jenga Angry Birds, że to najgłupsza zabawka świata. Dla podkreślenia swoich słów rzucił klockiem z gry na kołdrę i wyszedł.

Ale nie o tym.

Dzień później, przy śniadaniu wyznał spontanicznie: “tata, wiesz dlaczego ja zacząłem czytać Twoją książkę?”

Moja pierś zrobiła się niecodziennie wypięta, duma zaczęła powoli kipieć uszami, bo spodziewałem się, że zaraz powie jak jestem dla niego ważny albo jak bardzo mnie podziwia, a on na to: “bo się nudziłem”. Balon pękł. To po moją książkę można sięgnąć z nudów, a nie tylko i wyłącznie z powodu jej wspaniałości?

Natychmiast jednak przyszła inna refleksja. Coś, co chciałem już dawno powiedzieć. Rodzice boją się tych słów bardziej niż najgorszego wyroku. Gdy dziecko mówi “nudzę się”, natychmiast idzie za tym poczucie winy, przymus wymyślenia jakiegoś zajęcia potomkowi, pomysł kupna nowej zabawki, gadżetu albo kolejnych zajęć pozalekcyjnych. Bo jeśli dziecko się nudzi, to znaczy, że ja nie sprawdzam się jako rodzic? Czy aby na pewno?

Przecież to człowiek, a to znaczy istota twórcza. Nuda, jeśli się ją “weźmie na klatę” i nie zabije jakimś łatwym, ucieczkowym sposobem, może być matką twórczości w naszym życiu.

Ale my w dzisiejszych czasach chyba w ogóle przeżywamy rodzicielstwo jak nieprzerwany egzamin u wrednego, złośliwego profesora. Tym profesorem są w naszych oczach własne dzieci. To chyba nie tak.

PS. Dorośli chyba też uciekają przed nudą i przez to ich życie staje się nudne.