Bolączki drugiego dziecka.

Powtarzające się pytania od kilku miesięcy “czy sobie poradzi? Jest przecież jeszcze młody, ma dopiero siedem lat? Czy to nie za wcześnie?”

Uparłem się i mój siedmioletni syn jedzie na obóz szachowy na 9 dni, 400km od domu.

Gorączkowe przygotowania w ostatnich godzinach, specjalnie przerywam pobyt na innym obozie (w pracy), żeby wrócić na chwilę do domu i osobiście odwieźć go na zbiórkę.

Jedziemy, popłakuje, w autokarze widzi kolegę, zajmuje miejsce koło niego i przepadł. Uff, jak dobrze. Baliśmy się, że będzie płakał. Pojechał.

Wracamy całą trojką. Córka wchodzi do domu, zdejmuje buty, wchodzi do swojego pokoju, wchodzi pod biurko i znika.

“Co tam?”- pytam.

“Nudzę się.”- odpowiada ale czuć, że to nie to.

Do czujnego serca mojej żony dociera pytanie- “czy znowu nie przegieliśmy z koncentracją na tym pierwszym dziecku?” Już praktycznie od miesięcy, a w ostatnich dniach permanentnie on i jego wyjazd. A ona, co ona przeżywa, co myśli, co czuje?

To będzie najtrudniejszy tydzień przede wszystkim dla niej.

Z pomocą przyszła kobiecość. Nie ma w domu chłopów, zatem Panie zrobiły sobie istne DNI KOBIET. Wspólne zakupy, gotowanie, nocowanie u babci, a potem u mamy chrzestnej. Wspólne wyjście na basen trzema pokoleniami same Panie.

Wreszcie na deser największa niespodzianka od mamy. Poszły niby jak zwykle na pazurki z mamą, a tu nagle Pani Ania mówi: “Haniu, zapraszam”. I tak wybiła chwila, której to małe kobiece serce pewnie nie zapomni nigdy. Moment kobiecej inicjacji- Hania była na paznokciach.

Nie było mnie tam ale nie byłem potrzebny, pewnie wręcz byłem niepotrzebny. Kobiety przyjęły kobietę do swojego grona.

Dostałem zdjęcie efektu końcowego. Mogę sobie tylko wyobrazić miny i uśmiech Pań czekających w kolejce jak moja niespełna sześcioletnia kobieta paradowała ze swoimi umalowanymi pazurkami.

Oczywiście zadzwoniłem i celowo nie rozmawiałem z mamą, tylko od razu poprosiłem ją do telefonu. Co za głos!!! Jakoś tak inaczej brzmiała. Pani namalowała jej płatki kwiatków.

Trzeba pilnować tej uważności na drugie dziecko, bo samo to jakoś słabo przychodzi.

 

Efekt końcowy ŻABKA 🙂


Dzwoni Królowa.

Spotkałem się ostatnio z kolegą z Gdańska. To bardzo ciekawy człowiek. Lubię z nim rozmawiać, bo cały angażuje się w dialog, słucha całym sobą.

Mówił o tym, że kiedyś siedział ze znajomym i rozmawiali o źródłach energii odnawialnej- temacie który obu fascynuje. Mój kolega był bardzo wciągnięty w rozmowę, zaangażowany bardziej niż zwykle, kiedy zadzwoniła jego żona. Rozmawiał z nią sucho, krótko. Po zakończeniu powiedział do swojego znajomego- “przepraszam, to żona dzwoniła”. Na co tamten odpowiedział: “spokojnie, przecież to najważniejsza osoba w Twoim życiu”. Mój kolega mówił, że w tym momencie poczuł prawie fizycznie uderzenie w głowę, coś dosłownie wcisnęło go w fotel. Od tamtego czasu zawsze odbiera telefon od żony, bez względu na to z kim aktualnie ma spotkanie, a z racji swojej zamożności spotyka się nierzadko z wielkimi tego świata.

“To najważniejszy człowiek w Twoim życiu”- krótkie, trafne słowa. Sama esencja. Nie będę tego bardziej rozcieńczał.

Odmóżdżeni mocarze na glinianych nogach.

Był późny wieczór, gdzieś na granicy Beskidu i Bieszczad. W nogach ponad 70 kilometrów marszobiegu przez okolo 11 godzin. Razem z grupą kilku innych biegaczy zatrzymaliśmy się na środku bezkresnej górskiej łąki z dojmującą konkluzją- „ku…, zabłądziliśmy”. Jedna Pani nalegała, żebyśmy wzywali organizatora biegu korzystając z numeru alarmowego. Ktoś miał smartfona, który jeszcze się nie wyładował. Wyciągnął go, otworzył nawigację, wpisał miejsce docelowe i kliknął. Kolorowe kółko na ekranie kręciło się dłużej niż zwykle, urządzenie szukało zasięgu, bateria mrugała… wreszcie drgnęło i męski głos przemówił do nas: „kieruj się na południowy wschód”. I wtedy dało się słyszeć, choć nikt tego nie powiedział na głos: „no tak, ale gdzie do ku… jest południowy wschód”. Tylko Wojtek spokojnie sięgnął do plecaka, wyciągnął zakupiony za 69 plnów kompas, z którego wszyscy się wcześniej śmieliśmy, spojrzał i po chwili wskazał palcem mówiąc: „zapraszam Państwa tędy”. Po godzinie byliśmy na mecie.

Dobrze, że Wojtek miał kompas, dobrze, że umiał go użyć ale obawiam się, że ta umiejętność odejdzie, zaniknie wraz z jego pokoleniem. Gdy wszyscy zachwycali się kilkanaście lat temu pierwszymi nawigacjami samochodowymi, a moja mama pytała ku uciesze innych pasażerów: „dobrze, ale gdzie fizycznie znajduje się ta Pani, która do nas mówi”, ja mówiłem „uwaga, to nie jest dobry kierunek, to grozi odmóżdżeniem”. Dziś jest jeszcze gorzej. Wszechobecne aplikacje mobilne załatwiają większość pracy naszego mózgu. Ponad dwadzieścia lat temu znałem na pamięć kilkanaście numerów telefonów, dziś nie umiem zapamiętać dziewięciu cyfr. Kiedyś mój duszpasterz, który był najbardziej zajętym człowiekiem jakiego znałem, miał cały swój kalendarz w głowie i nigdy nie zapomniał o umówionym spotkaniu. Dziś bez kalendarza w telefonie jestem bezsilny, a jeśli nie ustawię przypomnienia, to zawalam. Kiedyś braliśmy mapę, atlas i jechaliśmy gdzie chcemy. Dziś jeśli tylko jakaś nowa droga czy objazd nie jest update’owany w google’u, błądzimy.

Nie jest dobrze. Słyszałem kiedyś, że podobno ludzki mózg jest tak potężny, że na co dzień używamy go tylko w dziesięciu procentach. To już nieaktualne, raczej zbliżamy się do jednego procenta wykorzystania.

Wydaje nam się, że możemy wszystko albo przynajmniej bardzo wiele, a zwykły brak prądu czy nawet zasięgu potrafi obnażyć naszą bezsilność. Przedwczoraj jechałem „na nawigacji” kiedy nagle mój iPhone zakomunikował, że jest przegrzany i się wyłączył. I koniec. Dobrze, że w samochodzie był jakiś zapomniany atlas Polski z dawnych lat. Dobrze, że wiem jeszcze co to mapa i jak ją czytać.