Kto jest temu winien wiesz…

balony

Pierwszą turę balu dekoracja zrobiona przez rodziców przeżyła bez szwanku ale jak na sali pojawili się uczniowie klas drugich i trzecich, okazało się, że dosięgają do kolorowych wstążek i… można za nie ciągnąć!!! Heloł, ale zabawa. No tak, ale dekoracja była jeszcze potrzebna na trzecią turę balu, więc Panie nauczycielki, wykorzystując przewagę wzrostu jak w NBA, przeszły się po sali i skróciły wstążki na tyle, żeby dzieci nie dosięgały.

I to jest obraz dzisiejszego wychowywania dzieci- przez szkołe ale przede wszystkim przez rodziców. Parasol ochronny jest tak szczelny i szeroki, że dzieci nie uczą się odpowiedzialności za swoje działanie. Jeśli dziecko zniszczy dekorację, to wina tego, który zrobił za długą wstążkę. Jeśli chłopiec zniszczył w złości telefon Pani nauczycielce, to dlatego, że ten telefon tam był. Jeśli uczeń rzucił w lampę i stłukł żarówkę, to dlatego, że nie jest osłonięta kuloodpornym materiałem.

Tak, a ja jestem gruby przez producentów jedzenia!

A Ty kiedy ładujesz baterie?

battery

„Czy ma Pani taki czas tylko dla siebie? Taką godzinkę albo dwie, kiedy robi Pani coś, co Pani lubi, a nie jest to pranie, gotowanie dla rodziny itp.? Jakieś fikołki, zumba, basen, książka, a może po prostu spacer po lesie- nie wiem, co Pani lubi?”

Do takiego pytania dochodzimy zawsze, kiedy rozmawiam z rodzicami dzieci z tzw. trudnościami wychowawczymi. Łatwo wpaść w taki zupełnie nielogiczny sposób działania, kiedy tylko cały czas dajemy, a nie odnawiamy swoich źródeł. Na początku to jest bardzo łatwe, bo radość, nowość rodzicielstwa jest ogromna, a emocjonalne skowronki fruwają wszędzie. Ale każdy się w końcu wyczerpuje i zaczyna jechać najpierw na rezerwie, potem na oparach, a potem to jest jakaś niesamowita masakra, kiedy funkcjonujemy zupełnie bez paliwa, bez oleju w silniku itd. Nawiasem mówiąc o nasze samochody dbamy o wiele bardziej niż o samych siebie ale to temat na osobny artykuł i może inny blog.

Na koniec pytanie zadaje ojciec: „a moje ładowanie akumulatora? Kiedy ja mam mieć czas dla siebie?” Ale mówi to z porozumiewawczym uśmiechem na ustach, bo obaj wiemy, że facet ma ten wrodzony poziom egoizmu na tyle wysoki, że zawsze zadba o siebie.

A nasze miłe Panie- przydałoby się jedną- dwie tabletki egoizmu dwa razy dziennie. Wszyscy byśmy na tym dobrze wyszli.

Po kim to dziecko takie mądre, skoro rodzice tacy… mądrzy?

kid medicine large

Rozmawiałem ostatnio z rodzicami dwulatka, którzy tańczą jak im dziecko zagra i od tego tańczenia już nie mają na nic innego w życiu siły, ani ochoty. Dziecko rządzi i koniec.

Ale jeśli my mu się przeciwstawiamy to… masakra. On potrafi krzyczeć, piszczeć, w nocy spać nie daje itd.Ale to bardzo mądre dziecko, bo na przykład jak trzeba lekarstwa wziąć, to on to rozumie i wtedy bez problemu wszystko bierze. Z tym jednym nigdy nie mieliśmy problemu. On jakby to rozumiał.

No, mili Państwo, może to taki urodzony lekarz jest albo farmaceuta, który od łona matki rozumie jak ważna jest medycyna i żeby przestrzegać zaleceń lekarza oraz tych na ulotce, „gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża Twojemu życiu i zdrowiu…” Może w poprzednim wcieleniu był doktorem Religą? Może jak mama była w ciąży, to oglądała dużo „Dr Housa” i „Na dobre i na złe”?

A może sprawa jest prostsza. Sami jesteście głęboko przekonani, że trzeba zażyć ten syrop, żeby być zdrowym. Jesteście silnie zmotywowani, bo chcecie, żeby Wasze dziecko było zdrowe i stąd wasza komunikacja jest tak jasna, krótka, nie znosząca sprzeciwu, że młody po prostu wykonuje Wasze proste polecenie? Skoro zdarza mu się to od zawsze, to może od zawsze w tej jednej sprawie byliście zdecydowani, pewni swojej racji, przez co dziecko czuło się bezpiecznie, bo wiedziało kto jest szefem oraz że temu szefowi warto zaufać?

Obserwuje bardzo często rodziców, którzy jak mówią do swoich dzieci, to nawet jak nie pytają, to pytają. Mają tak mało pewności siebie w głosie, że człowiek dla czystej przekory, a może i dla własnego bezpieczeństwa zrobiłby inaczej. Dlaczego tak jest? Skąd ta bojaźń w głosie?

Mój kolega ostatnio dał propozycję odpowiedzi, a ma nade mną te przewagę, że nie jest psychologiem, tylko normalnym człowiekiem. Powiedział: „rodzice mają tak mało pewności siebie, że boją się własnego dziecka, bo jak mu się przeciwstawią, to jest ciężko, a jak jeszcze dziecko powie nie lubię Cię to już koniec świata”.

Kto nie słyszał przynajmniej raz od swojego dziecka nie lubię Cię ręka do góry? Jest ktoś taki? Jeśli tak, to albo od zawsze tańczysz tak, jak dziecko zagra albo coś z dzieckiem jest nie tak. W każdym razie czym prędzej na konsultację ze specjalistą.

to be or not to be KRÓLIKIEM

rabbit

Co Papież Franciszek powiedział naprawdę, jak rzucił hasło o królikach? Odpowiedział na to pytanie Paweł Kowalski, który zna język włoski, zadał sobie trud dotarcia do źródłowych tekstów przemówień i przetłumaczył to wszytko-www.kowalski.blog.deon.pl/papiez-i-krolikarnia/ .

Jedno jest pewne- Papież wbił kij w mrowisko. Jedni się oburzyli, drudzy przyklasnęli- jak zwykle. Natomiast moim zdaniem prawdziwe „króliki” nie miały czasu, żeby się oburzać czy przyklaskiwać albo nawet nie zauważyły sprawy, bo były zajęte swoją gromadą.

Ekspertem od wielodzietności nie jestem. Osobiście podoba mi się bardzo rzecz zasłyszana od krakowskiego jezuity ojca Wilczka (tzw. męczennika konfesjonału), który mawiał: „jak dwoje rodziców umrze i zostawi dwoje dzieci to bilans jest zerowy. Dopiero przy trzecim dziecku zaczyna się bilans dodatni i wtedy realizujesz przykazanie rozmnażajcie się„. Na razie jestem na zerze, więc nie będę się mądrzył.

Mam „królików” wśród znajomych i dużo od nich się uczę. Na przykład, że nie ważne są marki ciuchów, zabawek i inne pierdoły. Że warto zawalczyć o metry kwadratowe, żeby „króliki” miały się gdzie chować. Że nie tak ważna jest marka pojazdu jak to, żeby odpalił rano, a przede wszystkim, żeby ojciec miał czas wszystkich porozwozić do szkół. Hitem sezonu jest „dzień jedynaka”, o którym mi opowiadali- regularny czas ojca czy matki, spędzany tylko z jednym dzieckiem (to i nie-króliki powinny naśladować).

Nie godzę się natomiast na sytuacje, kiedy ideologia przerasta człowieczeństwo. Kiedy prawdziwy KRÓL podąża przodem przed swoją gromadą, ograniczając się co najwyżej do karania i mądrzenia jak starotestamentowy sędzia, a urobiona po pachy, zapocona żona z przetłuszczonymi włosami próbuje wszystko ogarnąć, żeby się nie posypało pomiędzy jednym porodem a drugim. Nie godzę się na takie sceny, jak na przykład pod Giewontem- idzie KRÓL wielki przodem gromady, ślisko jak cholera ale on ma to w tyle, to zbyt przyziemna rzecz, żeby prowadzić za rękę małe króliki. Zimno niemiłosiernie, a jedyne rękawiczki na rękach króla. Wszystko ubrane w niepasujące stare ciuchy ale przede wszystkim za lekkie- zimno!!!

Nie rozumiem też księży, którzy szanują TYLKO tych, co pod kościół przyjeżdżają przynajmniej 7-osobowym vanem, a jeszcze lepiej busem. I już zupełnie nie znoszę, jak mówią z ambony o „błogosławionym porodzie i mistycznych jego bólach”- parasol w tyłek i otworzyć, potem możecie tak gadać.

Wierzę w powiedzenie, zasłyszane zaocznie (bo już na pogrzebie) od matki mojego przyjaciela: trzeba najpierw być człowiekiem, a dopiero potem… katolikiem, królikiem, nie-królikiem, księdzem, psychologiem itd.