Wesołych zabaw!

IMG_6131

Gdy w listopadzie bardzo intensywnie goniłem za groszem, w domu witało mnie pytanie: „kiedy się ze mną pobawisz?” Uparcie, natrętnie, namolnie, niczym wyrzut sumienia. Zawsze to samo pytanie. Jednocześnie nigdy nikt nie zapytał: „Czym się ze mną pobawisz?” Rodzaj zabawki nie był ważny, tylko obecność i zainteresowanie taty.

Życzę wszystkim rodzicom na te święta czasu dla dzieci. Czasu, w którym będziemy budować więź. Wiele godzin dobrej zabawy z dziećmi, zapomnienia, że jesteśmy dorośli, poważni, że w robocie musimy się napinać albo podduszać krawatem. Wygodnego dywanu do leżenia przy klockach, samochodzikach i innych rzeczach, którymi zaskoczy nas Święty Mikołaj.  No i oczywiście wygranych na konsoli, tablecie i innych kinektach oraz iksboksach- nie dajcie się dzieciakom, pokażcie im kto jest mistrzem Fify 😉 A tym z nas ojców, dla których zabawa z dzieckiem stanowi wyzwanie, a w tych wolnych dniach nie będą mogli usprawiedliwiać się przepracowaniem- odwagi!

Niech bogata oferta filmowa naszej TV zostanie przez nas zmarnowana.

Rodzice Zamordyści vs. Rodzice Podążacze- jak żyć?

flightradar24.com_1

Na mszy byłem w niedzielę- w krainie zamszu, sztruksu i wielkich szali, czyli w kościele ojców Dominikanów. Choć msza nie była dla dzieci, wkoło pełno rodziców z małymi pociechami. I podążanie. Podążanie za dzieckiem. Jeden wielki spacer, a od czasu do czasu przyspieszenie i łapanie malucha. Podążanie. Co by się stało, gdyby od małego uczyć dziecko, że są w życiu przestrzenie i czas, kiedy trzeba się zachowywać w sposób określony normami? Gdyby uczyć je przez to, że w ogóle w życiu są takie sytuacje, kiedy trzeba się podporządkować istniejącym regułom? Czy przez to stracilibyśmy coś? Czy nasze pociechy zablokowałyby się przez to w spontanicznym rozwoju?

Uważam, że dzieci potrzebują od najmłodszych lat doświadczania granic i norm. Potrzebują tego dla poczucia własnego bezpieczeństwa. Każdy ogrodnik wie, że krzew potrzebuje przycinania, żeby pięknie się rozwinąć. Jednocześnie oczywiście ogrodnik nie może przesadzić z przycinaniem, żeby nie skaleczyć krzewu. Dlatego ogrodnik musi wiedzieć co robi, nie może się bać, musi mieć pewną rękę. Tej pewności niestety brakuje dzisiaj często rodzicom. Nie wiedzą, boją się stawiać granice swoim dzieciom, a ten swój lęk racjonalizują koncepcją Montessori, wybierając z niej tylko jeden aspekt, a właściwie jedno słowo: „podążanie”. Dziecko, które rządzi, czuje się niebezpiecznie. Ono wie, że nie wie. Ono oczekuje od rodzica, że on wie i on będzie prowadził. Niestety ci lękowi Monte-podążacze tych, którzy pozwalają sobie użyć słów: „nie wolno, nie zgadzam się, trzeba” kwitują krótko zamordyści. 

Mam kolegę, który ma sześcioro dzieci. On po prostu nie wyrobiłby, gdyby podążał za każdym, gdyby z każdym na każdy temat dialogował po partnersku. Nasi wspólni znajomi mówią o nim właśnie zamordysta. Tylko, że dzieci tego zamordysty są częściej i bardziej uśmiechnięte, niż dzieci podążaczy.

Darmozjady (nie)kochane.

desktop

Znajoma mieszkająca na stałę w Belgii słyszała ostatnio w parku jak mama zwracała się do pięciomiesięcznego dziecka: „kiedy Ty wreszcie pójdziesz do pracy i zaczniesz na siebie zarabiać, Ty darmozjadzie jeden”.

Świat staje na głowie, a właściwie już stanął. Podobno nie jest to odosobniony przypadek, bo w Belgii zewnętrzny przejaw więzi z dziećmi jest słabo widoczny. Większość stara się jak najszybciej, na jak najwięcej godzin dziennie przekazać swoje dziecko instytucji opiekuńczo wychowawczej, a samemu realizować „swoje życie”.

U nas jeszcze niektórzy rozumieją, że to właśnie rodzina i dzieci są tym „ich życiem”. Niestety dominacja pieniądza i sado- hedonistyczny kierat harowania cały rok na przesadnie drogie dwa tygodnie wakacji dopada także wielu z nas. Ludzie zarzynają się przez cały rok, zapominają o bliskich i o zdrowiu, po to tylko, żeby kupić. Kupić wakacje właśnie, dom na kredyt, samochód nadnaturalnie wydłużający brakujące elementy dziurawego ego.

W tym układzie dziecko staję się przeszkodą na drodze do osiągania celów, bo przecież ile ten darmozjad pochłania środków! W Belgii na (nie)szczęście mają socjalistycznie rozwinięty system zasiłków 90 na pierwsze, 167 na drugie, a 249 Euro na trzecie i każde kolejne dziecko. Ale widać, że nie o to chodzi. Coś się może łatwo zgubić.

Myślę, że coraz młodsze dzieci w polskiej szkole, to właśnie znak, że i nam się coś gubi. Rekordzistą był tata, który wyliczył, że jeśli jego córka pójdzie w tym roku do szkoły, to będzie miała za 12 lat większe szanse dostania się na lepsze studia, niż jeśli pójdzie za rok. No cóż, każdy ma swoje wartości…

Lęk przed diagnozą.

Rys-2

Umówmy się, że według mnie moje dzieci są idealne, a według Ciebie Twoje- wiadomo. Ale według fizjoterapeuty pewnie ani moje, ani Twoje. Tylko czy podejmiesz wyzwanie? Czy masz odwagę ruszyć, zaryzykować, czy jesteś gotowy usłyszeć, że z Twoim skarbem trzeba pracować? Czy jesteś gotowy robić to prywatnie, za kasę, a do tego jeszcze regularnie, w domu? Szukam źródła tego lęku, przez który ludzie nie diagnozują swoich dzieci. Czy to lenistwo, czy „moje musi być idealne”, czy rzeczywiście jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze?

Buty starte z jednej strony, przewracanie się o własne nogi, odstające łopatki, wystający brzuch („ależ on ma apetyt”), odstająca pupa („ale ona ma pupę jak murzynka”), nieustalona lateralizacja pomimo skończonych trzech lat, kolki, refluksy, a liczba wizyt u fizjoterapeuty ZERO. Dlaczego tak jest? „Byliśmy u ortopedy i powiedział, że wszystko jest w normie, samo przejdzie”- i tak kolejny raz dowiadujemy się, że patologia jest normą. Zresztą rodzice mają niesamowitą zdolność znalezienia lekarza, który ich uspokoi i powie, że jest OK.

A potem w szkole dochodzą problemy z koncentracją, rozwalanie lekcji, problem z wysiedzeniem i zaczynamy po raz kolejny przycinać listki, zamiast zająć się korzeniami, tylko, że wtedy najczęściej na pracę z korzeniami jest już za późno. I szukamy winnych- „szkoła wiadomo, że jest systemowo zła, nauczyciele do d…” itd. A to tylko dlatego, że od początku forsowałeś tezę, że z Twoim jest wszystko OK, super po prostu. I żeby broń Boże tezy nie podważyć- nie poszedłeś do specjalisty, a jeśli poszedłeś, to potem do innego, i jeszcze do kolejnego, aż wreszcie znalazł się taki, który powiedział, że jest OK.

Tylko do kogo będzie miał pretensje Młody, jak urośnie i już będzie za późno na jakiekolwiek zmiany?