Man on the Mission! (Part 2)

via dolorosa 1

 

Dzisiaj przeżywam Wielki Piątek- wydarzenia opisane w ewangelii Jana rozdział 19.

Ludzie, którzy odwiedzili Jerozolimę przywożą rewelację- „nie ma czegoś takiego jak droga krzyżowa, idzie się normalnymi ulicami przez miasto, w pewnym momencie przez rynek, trzeba się przyklejać do ściany, jak ktoś chce przejechać jakimś pojazdem, żeby nie przejechał Ci po stopach, generalnie musisz bardziej uważać na swoje bezpieczeństwo niż rozważać itd.”. Wygląda to tak mniej więcej jak zdjęciu powyżej i możemy się domyślać, że podobnie było też w tamten piątek- wcale nie było widać celu, wizji, misji, wzgórza. Było widać ludzi i stragany.

Man on the Mission pokazuje jak działać w trudnym momencie, w czasie kryzysu. Zawężasz patrzenie, skracasz perspektywę i robisz jeden krok na raz (po angielsku brzmi to wymownie „one step at a time” albo „one by one”). Ale idziesz na przód, nie zatrzymujesz się pod żadnym pretekstem. Tylko jeden krok.

Man on the Mission! (part 1)

wieczernik franciszkanski

Przeżywam dzisiaj Wielki Czartek- wpatruję się w wydarzenia opisane w ewangelii Jana w rozdziałach 13-17. Dla mnie główny bohater to właśnie tytułowy Man on the Mission. Człowiek skupiony na swoim zadaniu, na swojej misji, na realizowaniu swojej pasji (podwójne znaczenie tego słowa jak najbardziej trafione w Jego przypadku). Po angielsku focused– czyli jego spojrzenie jest w pewnym sensie zawężone, trochę jakby miał klapki na oczach, choć to ma zwykle pejoratywny wydźwięk.

Ostatnia wieczerza- czyli bardziej po ludzku ostatnia kolacja. Jeżeli moja dzisiejsza kolacja ma być ostatnim posiłkiem w moim życiu (a wcale nie wykluczone, że tak właśnie będzie o ile w ogóle dożyje do kolacji), to po pierwsze z kim chcę ją zjeść, o czym będziemy rozmawiać, co chcę im przekazać? Może trzeba by odwołać jakieś inne spotkanie, żeby w ogóle mieć czas na te ostatnią kolację?

Gdybyśmy w ten sposób przeżywali codzienność, każdą chwilę, z tą perspektywą wypowiadali każde słowo, podejmowali małe i wielkie decyzje- jakby to było, co by się zmieniło od razu, automatycznie?

No i na koniec tak zupełnie z ludzkiej ciekawości- co byłoby w menu Twojego ostatniego posiłku, co chciałbyś zjeść i czym popić?

cdn.

Ucz się od swojego dziecka!

siegnac_do_kontaktu

 

 

Mieszkamy w bloku. Zawsze jak wracamy, syn idzie pierwszy, podchodzi do kontaktu na parterze i próbuje zapalić światło. Póki co nie dosięga, więc kwituje sprawę krótkim „jeszcze nie”, po czym idzie dalej po schodach. Wszystko dzieje się tak szybko, że ja zwykle nie zdążę się wdrapać na parter, a Młody już jest w połowie pierwszego piętra.

Intryguje mnie jego konsekwencja, jego wytrwałość, cierpliwość i pogoda ducha z jaką to robi. Przecież wiadomo, że sytuacja nie zmieni się z dnia na dzień, przecież wiadomo, że prędzej czy później on zapali to światło, ale po co sprawdzać to codziennie? Ale to jest moja, dorosła „mądrość” i celowo biorę to w cudzysłów. Bo kto jest mądrzejszy w tej sytuacji? Zawsze zastanawiało mnie zdanie z ewangelii „bodaj byście się stali jak dzieci”, a od kiedy mam dzieci coraz bardziej widzę sens w tym wezwaniu. Mój syn wie i praktykuje prawdę, że sama droga do celu jest ważniejsza niż jego osiągnięcie. On potrafi się cieszyć tym codziennym zmierzaniem, w którym gołym okiem nie widać postępu. Mnie jest trudno jak nie widzę szybkich zmian, wyraźnych konsekwencji czy doraźnych gratyfikacji. Ciągle muszę walczyć o motywację, albo, co gorsza, inni muszą się o nią starać (w ten lub inny sposób ją kupować).

Czytam książki o tym, jak to trzeba odkryć pasję i żyć nią, podążać jej śladem i radować się samym podążaniem. A mam pod nosem takiego nauczyciela.

Żona mówi, że on tak już od trzech tygodni robi, ale ja dopiero niedawno zauważyłem. Największe skarby są pod nosem…