Trzeba by żonę zapytać…

wife_husband

Z cyklu zasłyszane na oddziale szpitalnym, dialog lekarza z pacjentem:

– Panie Kowalski, czy bierze Pan coś na nadciśnienie?

– He?

– Czy na serce przyjmuje Pan jakieś leki?

– A, to tak.

– A jakie?

– No tu leżą.

– Metocard. A ile Pan tego bierze- jedną tabletkę dziennie, pół?

– Yyyy, to trzeba by żonę zapytać.

Słyszałem ostatnio opowieść, jak znajomy znajomego miał niespodziewanie gości z okazji imienin. Zrobił im elegancko herbatę, wszystko pięknie podał na stół, po czym zadzwonił do żony, żeby zapytać ile on słodzi. Myślałem, że to kiepski żart, ale wygląda na to, że nie. Nasze męskie lenistwo (którego wcale nie potępiam w czambuł) czasami zatacza kręgi o przerażających wprost promieniach. Chcę to poddać pod refleksje, bo być może właśnie tak powinno być- mężczyzna, wojownik, myśliwy, który zapewnia byt rodzinie i walczy o jej dobro, po prostu nie będzie sobie zaprzątał głowy sprawami tak banalnymi jak ilość cukru w herbacie czy dawka leku na serce. Może właśnie w tym kierunku trzeba iść. Zostawić to co ziemskie żonie, a samemu pokornie powtórzyć ad maiora natus sum i pełnić te swoją doniosłą rolę, realizować prawdziwie ważne zadania. Być może.

Z drugiej strony kobieta lubi mieć kontrolę. Ostatnio widziałem filmik o tygrysie trzymanym w domu przez kilku kolesi. Przez całe dwie minuty czekałem, aż zwierz wreszcie zaatakuje- duże napięcie- w końcu nic się nie stało. Może tak się czuje kobieta w związku z mężczyzną? Jeśli ten nasz męski pierwiastek jest rzeczywiście taki ważny, tajemniczy, silny, to kobieta w relacji z mężczyzną czuje się cały czas trochę jak w towarzystwie dzikiego zwierza i za wszelką cenę chce go udomowić. To już niech Panie powiedzą. Jeśli jednak tak jest, to do czego prowadzi sukces w udamawianiu? Twierdzę, że lęk zostaje zastąpiony przez znudzenie i brak szacunku. Tygrys, który kładzie się na kanapę, je kawałki pizzy, gryzie starą poduszkę już nie jest tygrysem. Może się już jego i nie boję, ale też nie mam do niego szacunku.

Kardynał Kozłowiecki SJ zwykł mawiać: „módlcie się, bym do końca nie zdziadział!”

Jak żyć…?

20140327_090058

 

 

Wraca co i rusz to pytanie zadane kiedyś Premierowi: „jak żyć?” podobnie jak w ostatnim czasie nowy element naszego narodowego dziedzictwa: „sorry, taki mamy…”

W mijającym tygodniu trafiłem niespodziewanie na trzy dni do szpitala (stąd brak tradycyjnego wpisu we środę). Sprawa nie wydawała się poważna, a w konfrontacji z profesjonalizmem lekarzy, na których trafiłem, okazała się jeszcze bardziej do opanowania. Mniejsza powagę choroby- nie będziemy się przecież porównywać, bo to przerobiłem leżąc na sali i rozmawiając z innymi pacjentami (temat na osobny artykuł).

Jak na zdjęciu dostałem takie śniadanie w szpitalu na koszt budżetu państwa. Cztery kromki chleba, tyle samo plastrów „szynki” i kostka „masłopodobieństwa” w zasadzie nic nie urywa. Jednak kontekst czterdziestu dziewięciu godzin bez jedzenia uczynił ten posiłek istną ucztą. W życiu chyba nie jadłem lepszego pieczywa, wędliny itd.

Ale nie o jedzeniu, a o tym kontekście właśnie. Taka sytuacja, kiedy nagle przerwane zostają wszystkie plany, kiedy wszystkie bieżące i dalekosiężne cele zostają przewartościowane. Prawdziwe sito ważności spraw. Kiedy w perspektywie pojawia się zabieg chirurgiczny w pełnej narkozie, pojawia się też niewielkie statystycznie prawdopodobieństwo, że patrzysz swoim dzieciom i żonie ostatni raz w oczy. Wiem, że to mały procent, ale wiem też, że kiedy w niego wcelujesz i okazuje się, że to Ty, albo ktoś z Twoich bliskich jest w tym niewielkim odsetku czy nawet promilu, to nic Cię nie obchodzi statystyka. No może tylko wzmaga siłę pytania: „dlaczego ja?”

W tym kontekście- jak żyć? Jak przeżywać każdą chwilę, każdy dzień, itd.? Co jest naprawdę ważne?

Święty Ignacy, założyciel jezuitów, wśród sposobów dokonywania wyborów i podejmowania decyzji podpowiada między innymi, żeby zastanowić się z jakim wyborem chciałbyś, aby zastała Cię śmierć.

Ale o tej perspektywie tak łatwo zapomnieć w codzienności.

na „Ty”

YOU

 

 

Panie Prezesie, Panie Dyrektorze, Panie Profesorze, Panie Magistrze, Proszę Księdza…

Zawsze na początku warsztatów proponuje uczestnikom przejście na „TY”.  Czasami proszę „napiszcie na identyfikatorach taką formę, w jakiej chcecie, żeby się do Was zwracać”. Jeszcze nie spotkałem uczestnika, który napisałby na swoim identyfikatorze „Pan Witek” czy jakoś tak (spotkałem takiego, który napisał „ksiądz…” ale to inna para kaloszy). I tak sobie „tykamy” przez czas szkolenia czy warsztatu, i jest nam z tym dobrze, wygodnie, sprawniej. Wcale też nie odczuwam jakiejś straty w poziomie szacunku na sali. Sytuacja jest szczególnie wyrazista, gdy prowadzę tzw. warsztaty dla seniorów. Często pracuję z ludźmi w wieku moich rodziców, a nawet dziadków- i też sobie „tykamy”. Sprawa natomiast jest zupełnie banalna, gdy szkolenie odbywa się w języku angielskim- bo tam nie ma innej opcji poza „you”. I udaje się działać w atmosferze szacunku pomimo form zwyczajowej formy grzecznościowej.

W Polsce niestety ciągle jeszcze jesteśmy bardzo grzeczni. W sumie nic w tym złego, ale jeśli ktoś chce tylko na tej grzecznościowej formie budować autorytet, to zbuduje co najwyżej „autorytaryzm”. Dzieci już dawno w rodzinie nie mówią per „pani matko”. Dlatego budowanie swojego autorytetu jest w dzisiejszych czasach większym wyzwaniem, a będzie jeszcze trudniej. Dzieciaki robią się coraz bardziej bezpośrednie. „Powiew świeżości” wnoszą zwłaszcza dzieci z trudnościami w relacjach społecznych, które najzwyczajniej w świecie nie ogarniają o co chodzi z tym „panowaniem” i walą na „TY”.

W takich warunkach budowanie swojego autorytetu staje się prawdziwym wyzwaniem, ale jeśli się uda, to można doświadczyć głębokiej satysfakcji. Na czym Ty budujesz swój autorytet? Co byś stracił, gdybyś zaczął od teraz do wszystkich mówić na „TY”, gdyby wszyscy mówili do Ciebie „TY”? Może to wszystko, co nam się wydaje, że mamy jest zbudowane na glinianych nogach, podobnie jak kolos ze snu Nabuchodonozora?

 

Prosta zasada.

fastime-1-stopwatch

W zeszłym tygodniu poruszyłem kwestie wpływu tabletów i smartphonów na rozwój dziecka. Jeden z komentujących ripostował, że podobnie można napisać o niebezpieczeństwie łyżek, które prowadzą do otyłości. Urzekło mnie to porównanie swoim komizmem, ale przede wszystkim trafnością. Rzeczywiście problemem, z którym się borykamy nie jest samo urządzenie, tylko potrzeba, którą próbujemy zaspokoić u dziecka, a może nawet u samych siebie. Chodzi mi o kupowanie sobie chwili świętego spokoju od dziecka. Dajesz mu wreszcie tego wymarzonego tableta w rękę i masz chwilę dla siebie (bezpośrednio odczuwalne zwłaszcza u dzieci młodszych, ale dotyczy także tych wchodzących w wiek nastoletni).

Lubię czasami pogadać o tym, jak to wcześniej było lepiej, chociaż pamiętam, że tę samą „pieśń” słyszałem jak sam byłem dzieckiem. Pamiętacie jak to było? Gdy pogoda robiła się piękna na wiosnę, nie było nas w domu. Piłka, berek, zabawa w chowanego, a wszystko to razem z dzieciakami z sąsiedztwa (kiedyś napiszę więcej o korzyściach jakie mieliśmy ze sposobów spędzania wolnego czasu, a których pozbawione są nasze dzieci). Dzisiaj, kiedy pogoda zrobiła się piękna, dzieciaki co najwyżej przełączyły się z minecrafta na tenis- ale wszystko w obrębie kilku cali dotykowego ekranu. Może tak być, ale miejmy świadomość konsekwencji takiego zagorzałego „kciukingu”. Kciuker tenisista raczej Janowiczem nie zostanie.

Ostatnio usłyszałem o Maćku. Nie znam go osobiście, ale urzekła mnie prostota zasady, którą wymyślił i konsekwentnie wprowadza w życie. Ma dwóch kilkuletnich synów. Obydwaj lubią grać na komputerze i tablecie jak przeciętne dzieciaki. Ale wiedzą, że „ile na dworzu, tyle przy komputerze”. Tego Maciek konsekwentnie wymaga od nich, ale także od siebie, bo na ten dwór najczęściej idzie razem z nimi.

I tu jest sedno problemu- czy Ty jesteś gotowy spędzić z dzieckiem ten czas, który ono jest gotowe spędzić z urządzeniem? Czy widzisz, że to jest Twoja droga, Twoja najważniejsza ścieżka kariery, Twoja kluczowa inwestycja na przyszłość?

„Kciuking”- cichy zabójca mózgu!

child-on-smartphone__large

Dwa lata temu, mój dwuletni syn nauczył mnie odblokowywać tableta. To był mój pierwszy kontakt z takim urządzeniem, w ten świat wprowadziło mnie moje dziecko. Doświadczyłem tego na własnej skórze- fajne uczucie. Ale… właśnie, jest wielkie, poważne „ale”. Ostatnio w jednej z warszawskich szkół nauczyciele przestali mieć problem z zachowaniem uczniów podczas przerw. Nikt nie sprawia problemów- 90% uczniów przez cały czas przerwy „kciukuje” na smartphonach i tabletach. Dzieci grzecznie siedzą lub stoją, nawet mało kto ze sobą rozmawia. Cud się stał- nareszcie spokój na przerwach. Ale ci sami nauczyciele zauważyli, że przez pierwsze piętnaście minut każdej lekcji nie są w stanie prowadzić zajęć. Dzieci są jakieś takie dzikie, otumanione, jakby wracały z dalekiej podróży, trochę jak zombie (niektóre są też po prostu nie wysikane- bo zapomniały, że im się chce). Nie jest tak kolorowo, jak mogło się wydawać. Grono pedagogiczne zaapelowało do rodziców, żeby ograniczyli dostęp dzieci do tego rodzaju urządzeń.

Nadchodzi pokolenie „kciukersów”.

„Rozwijający się mózg dziecka atakują przede wszystkim agresywne, szybko zmieniające się bodźce wzrokowe (telewizor, komputer, bilbordy, reklamy, emotikony). Są one przetwarzane w prawej półkuli mózgu, silnie warunkują jej wysoką aktywność, zwalniając lub nawet hamując tym samym rozwój lewej półkuli mózgu, odpowiedzialnej za uczenie się języka mówionego i pisanego. („Wczesna diagnoza i terapia zaburzeń autystycznych” Jagoda Cieszyńska, Kraków 2011). Człowiek skupiony na ekranie tabletu, śledzący szybko zmieniające się obrazy, wyłączony z tego, co dzieje się wkoło, rozemocjonowany to gejzer hormonu o nazwie kortyzol- inaczej „hormon zabójca”, którego zwiększony poziom dosłownie zabija szare komórki (z notatek ze szkolenia dr Marty Korendo pt. „Diagnoza i terapia dzieci z zespołem Aspergera”). Czyli długotrwały „kciuking”, krótko mówiąc, ogłupia.

A potem- wszędzie dookoła dyslektycy, coraz więcej dzieci z Zespół Aspergera lub innymi zaburzeniami ze spektrum autyzmu- szok i niedowierzanie! A wszystko to tak konsekwentnie i wytrwale wypracowane lub przynajmniej rozwijane nad kilkucalowym ekranem.

 

Kucnij i wtedy krzycz :)

squat_child

 

Z wczorajszego warsztatu dla rodziców o „Zarządzaniu agresją w rodzinie”- jak już czujesz, że zaraz nie wytrzymasz i będziesz się darł na dziecko, to kucnij przed nim, spójrz mu w oczy z jego poziomu i wtedy się drzyj (jeśli jeszcze będziesz chciał i umiał). Zasłyszane od uczestniczki, proste, genialne, zachęcam do wypróbowania.

Jakie inne sposoby macie lub znacie?

 

If you feel you’re about to explode and shout at your child rember to first lower to his level (squat like in a photo) and then shout if you still want and can. 🙂

Dieta psychiczna.

healthy_food

Pierwszy piątek Wielkiego Postu, przedtem Środa Popielcowa- takie dni, kiedy chce się żreć mięso jak nigdy indziej. Myśl idzie w kierunku jedzenia, poszczenia czy to z intencją duchową, czy po prostu z odchudzaniem w tle. Ale w sumie po co?

Doświadczenie pokazuje, że wiele zależy od tego, co włożę do paszczy i zjem. Jak się trochę szanuje w temacie, to potem czuję się lepiej, dobrze śpię, a i myśl w głowie jakaś bardziej błyskotliwa. To fakt. Jak napcham się junkiem, to potem sam czuję się jak junk i wszystko takie junkowe jest.

Natomiast dzisiaj trafiłem w pewnej książce na hasło „dieta psychiczna”. Podobnie jak z normalnym jedzeniem, tak i to, co przyjmujemy do głowy i do serca może być mniej lub bardziej zdrowe. I tak dobra książka to błonnik w czystej postaci, a Biblia to już chyba same kwasy omega 3. Facebook- trochę jak wizyta w Macu, ale już oglądać „Ukrytą Prawdę” czy tym podobne to junk food w najgorszej postaci. Oczywiście wszystko ostatecznie i tak zależy od dawkowania- we wszystkim słuszna miara, ale proporcje trzeba uszanować. Najwięcej tego dobrego, zdrowego, które buduje, a na to gorsze choć może bardziej smakowite- tylko od czasu do czasu. Stąd moje pytania dzisiaj: czym odżywiasz swój mózg? Czy dostaje od Ciebie regularnie solidną porcję „intelektualnego białka”, a od czasu do czasu jakiś „duchowy rarytas”?  A serducho- czy dostaje jakichś wrażeń estetycznych od Ciebie? Czy może TVP I to już wszystko na co może liczyć?

I pamiętaj- słodycze dopiero na deser, po konkretnym jedzeniu 😉

Kciuki w górę! / The Thumbs Up Father.

thumbs_up

 

Dzisiaj chce napisać krótko o tym, co mówimy do naszych dzieci (bo tydzień temu było o tym, czego nie mówić). Dziecko zaraz po urodzeniu ma tylko dwa lęki- przed upadkiem z wysokości i przed głośnymi dźwiękami. Wszystkie pozostałe lęki to rzecz nabyta na drodze doświadczenia i niestety w większości od rodziców. Podobno przeciętny rodzic osiem razy częściej gani i krytykuje swoje dziecko niż je chwali. Jeśli tak jest rzeczywiście- to czas na zmiany!

Mam takiego kolegę, którego nazywam „kciuki w górę”- bo jest to gest, który często, a właściwie zawsze pokazuje swoim dzieciom. Śmiałem się kiedyś z Pana „kciuki w górę”, ale już przestałem. Jego dzieci powoli rosną i widzę, że wyrastają na ludzi wolnych od większości lęków charakterystycznych dla ich rówieśników. Jego dzieci są  jakieś takie „nie-polskie”. Nawet jeżeli ten ojciec przesadza, to przesadza w dobrym kierunku, a to przecież lepsze i cenniejsze niż nawet lekko zdryfować w kierunku przeciwnym. Zatem drodzy rodzice zaczynamy chwalić nasze dzieci od dzisiaj. Oczywiście dziecka nie oszukasz, więc to będzie wymagało od nas czasami poszukania powodów do chwalenia. Ale spróbuj odwrócić wspomnianą proporcje na korzyść chwalenia dziecka osiem razy częściej niż ganienia. Jeśli masz przeginać, to przeginaj w dobrą stronę.

Pomyśl sobie o takim Twoim przesłaniu dla dzieci, o tym co chcesz im pozostawić. Pomyśl jak Twój syn czy córka będzie się mierzył w przyszłości z jakąś trudną sytuacją- egzamin, rozmowa kwalifikacyjna, nowe zadanie w pracy- co chciałbyś, żeby słyszał w swoim sercu? Co dzisiaj możesz mu zacząć powtarzać? To naprawdę jest łatwe. To naprawdę jest takie „amerykańsko łatwe”.

 

Today I want to write something about what we say to our children. Newly born child has got only two fears- of height and loud sounds. All other fears are gathered from experience and most often from us- parents. Apparently an average parent criticizes his child eight times often than praises him. If this is real- then it’s high time we changed it.

I’ve got a friend we call “Mr. thumbs up”- cause that’s the gesture he most often shows to his children. I used to laugh at it but don’t do it any more. Cause his children don’t seem to have most of the fears that their peers have. Mr thumbs up may be exaggerating but his doing it in the right direction which is better than doing even a little step in the wrong direction. So from now on start praising your child. Remember that it’s got to be real so you will sometimes have to search for a reason to praise, but do it! Change the proportion- praise eihgt times more. Think about difficult situations your child is going to face in the future and answer what inner voice would you like him to hear than? Maybe yours? What should the voice be saying?

 

Nowy miesiąc, nowy konkurs!

listen_child

 

Zapraszam do udziału w konkursie, szczegóły na fb: https://www.facebook.com/bycojcem.mikroblog

Człowiek, który odbierze Ci wszystkie wymówki!

Klimczok_Bartek

Dawno już chciałem napisać o roli pasji w życiu ojca. Według prostej zasady, którą promuję i sam staram się być jej wierny- pomyśl na jakich ludzi chcesz wychować swoje dzieci i sam taki bądź. Chcesz, żeby Twoje dzieci w przyszłości napędzała pasja, to sam odnajdź swoją i realizuj ją. Dzieci tego nie przeoczą i pójdą w Twoje ślady. Może nie w treści pasji, ale na pewno w mechanizmie jej działania. Proste jak budowa cepa! Ale… właśnie tu pojawiają się „ale”, które dowodzą, że to nie jest takie proste. Jest jakaś moda na „nie-manie-czasu”, „mam tyle roboty”, „mam za małe dzieci”, „mam za młodą żonę”, „mam chore kolana” i wiele wiele innych, żeby tylko nie robić tego, co jest ważne i daje głęboką radość.

Bartek, którego nareszcie poznałem w realu wczoraj podczas Biegu na Klimczok, jest człowiekiem, który czynem obala wszelkie wymówki. Od urodzenia cierpi na astmę, a mimo to od kilku lat realizuje swoje rozległe sportowe pasje, z których główną są wędrówki po górach. Jest ultramaratończykiem, chociaż jak mówi gdy zaczynał przygodę z bieganiem ledwo przebiegał jeden kilometr w dziesięć minut. W realizowaniu planów treningowych nie przeszkadza mu żona i mały syn Julek- wręcz przeciwnie łączy życie rodzinne z treningami (o szczegółach można poczytać na jego stronie www.pokonajastme.pl  ). W zeszłym roku ukończył ultramaraton Bieg Siedmiu Dolin na dystansie 100km, a o jego planach na ten rok nawet nie będę pisał, bo przekroczyłbym ramy krótkiego tekstu. Powiem tylko, że na Klimczok wbiegł 5 minut przede mną, po czym wyruszył jeszcze na pieszą wędrówkę- podczas której zdobył dwa kolejne szczyty do Zimowej Korony Gór Polski.

Zatem Panie i Panowie- jeśli jest pasja, jeśli jest jakieś marzenie, to wszystko, co powstrzymuje Cię przed jego realizacją jest WYMÓWKĄ. WY-MÓ-WKĄ! „Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu” jak śpiewał artysta. Do dzieła!

http://www.pokonajastme.pl/