„Nie chcesz chyba zostać w tyle?” czyli wątpiąc we wszech-panujące nurty.

„Nie chcesz chyba zostać w tyle?” czyli wątpiąc we wszech-panujące nurty.

Od kilku dni na fejsbuku atakuje mnie zdjęcie eleganckiego mężczyzny, który patrzy mi głęboko w oczy przez stylowe okulary. Pod zdjęciem opis obietnic, które Pan Doktor spełni w moim życiu, jeśli tylko zechce się zapisać na jego darmowe szkolenie, które będzie po raz kolejny “ostatni raz” powtarzane w sieci we środę o 20.00. Moje życie nareszcie się zmieni, wreszcie schudnę, zmienię pracę na wymarzoną, znajdę satysfakcję, pasję- słowem przekroczę prób raju na ziemi. Patrzę w oczy tego Pana, zerkam na jego rozpiętą pod szyją koszulę, drogi zegarek (zawsze jakoś dziwnie widoczny na takich zdjęciach), obserwuje jak oparcie jego obficie skórzanego fotela dotyka jednej w wielu ramek z certyfikatami ukończonych przez niego szkoleń i… zastanawiam się. Dlaczego się nie zapisać? Dlaczego nie?

Oto cztery powody:

  1. Po pierwsze dlatego, że nie wierzę w darmowość takich eventów. Za każdym razem, gdy chciałem zaromansować z coachingiem, dochodziłem do progu absurdalnie tłustej faktury.
  2. Po drugie dlatego, że w 2002 roku pewiem jezuita zapytał mnie: “dobrze, jeśli schudniesz dwadzieścia kilo albo dwadzieścia kilo przytyjesz, to czy będziesz innym człowiekiem? Dlaczego to ma wpływać na Twoje poczucie wartości?” Minęło 15 lat i ja nadal mierzę się z tym pytaniem. Na przykład w ciągu ostatnich trzech lat cztery razy zmieniałem samochód i nadal jestem takim samym człowiekiem. Kiedyś kupiłem sobie drogi zegarek, jakiś czas potem droższy, teraz od dwóch lat chodzę bez zegarka i zgadnij co… nadal jestem takim samym człowiekiem. Mam droższy garnitur i tańsze ciuchy i wiesz co- pod spodem cały czas ten sam człowiek.
  3. Po trzecie dlatego, że w moim gabinecie co jakiś czas pojawia się człowiek, któremu się udało, a mimo to cierpi. Ostatnio przyjechał człowiek bardzo drogim audi, bo mu się sypnął związek. Osiągnął wszystko, co obiecujesz. Mimo to zostawiła go kobieta. Okazało się, że jemu się sypnęło wiele lat temu, jak rzuciła go pierwsza z trzech kobiet. Właściwie nigdy mu się nie sypnęło, bo nigdy nie było poukładane. Gonił od samego początku za nie-wiadomo-czym, a jego aktualny kryzys wynikał z tego, że jakimś cudem przestał pić alkohol i po około dwóch miesiącach mu wyje…ły wszystkie jego emocjonalne deficyty. Stał się nieznośny, bo wszystkie topione dotychczas lęki wypłynęły na powierzchnię. Takich ludzi spotykam regularnie.
  4. Po czwarte dlatego, że we środe o 20.00 będę z dziećmi oglądał telewizję albo odrabiał pracę domową albo jadł kolację albo rąbał drzewo albo segregował śmieci- w każdym razie będę robił coś okropnie zwyczajnego i wulgarnie codziennego, co składa się na moje powołanie, moją życiową misję, moją pasję, moją ścieżkę kariery bycia człowiekiem, mężem i ojcem.

Tyle tak na szybko, można by więcej ale okazuje się, że już syn woła mnie do lekcji.

Jeszcze tylko to pytanie, które Pan stawia na końcu- “chyba nie chcesz zostać w tyle?” Wie Pan co… czy ja wiem… Przypomina mi się opowieść zasłyszana na rekolekcjach: “dzisiejszy człowiek przypomina osobę, która podeszła do kasy na dworcu kolejowym i poprosiła o bilet pierwszej klasy, kasjerka zapytała dokąd, na co człowiek odpowiedział: wszystko jedno dokąd, byleby była pierwsza klasa”. Także jeśli jestem wśród tłumu, który biegnie wprost do przepaści, to nic mi nie zaszkodzi, jeśli zostanę w tyle. Mogę nawet zostać w miejscu. Nigdzie się nie ruszać. Moje hasło coachingowe brzmi zatem: ZOSTAŃ TU, GDZIE JESTEŚ. Nie uciekaj. Spotkaj się ze sobą. Zobacz, że jesteś wartościowy przez sam fakt, że oddychasz. Nic ale to absolutnie nic nie musisz robić, żeby siebie potwierdzić, uzasadnić. Nic nie musisz zdobywać. Nic. Jak tego doświadczysz, to będziesz mógł wyruszyć w podróż.

Miłego oddychania.

Dwa domy dziecka czyli sufit.

Dwa domy dziecka czyli sufit.

Jeżdżę raz w tygodniu do domu dziecka na spotkania z młodym pacjentem. Duży budynek pełen smutnych historii wypisanych na dziecięcych twarzach. Alkoholizm, przemoc, porzucenie, zaniedbania itd. itp. Serce pęka.

Pewnego dnia bezpośrednio stamtąd pojechałem na konsultację do prywatnego przedszkola na warszawskim Ursynowie. Placówka jakich wiele w tej dzielnicy- wyjątkowa, niepowtarzalna, z bogatą ofertą zajęć dodatkowych, wykładowymi językami obcymi itd. Podczas rozmowy z nauczycielkami dowiedziałem się, że są dzieci, które one za dodatkową opłatą odprowadzają do domu, bo rodzice kończą pracę później niż przedszkole. Co więcej- opiekunka ma za zadanie uśpić dziecko po przyprowadzeniu do domu, żeby rodzic mógł z nim spędzić trochę czasu po pracy. Bo “rodzicowi zależy na kontakcie z dzieckiem”… więc dziecko śpi do 19, potem spędza czas z rodzicami do północy, potem spać i rano znowu do przedszkola, bo Mordor wzywa. Pomyślałem- to też jest dom dziecka. Tylko, że historia nie jest tak prosta, aczkolwiek nie mniej smutna.

Strasznie mnie złości lekkoduszność z jaką podchodzi się w Warszawie (może i Polsce) do pracoholizmu. Cały ten Mordor- baśniowa kraina. Powiedzmy sobie szczerze- to straszna kraina, która powoduje dużo złego. Jak ktoś w tym kraju pije wódkę, to sprawa jest jasna, napiętnowanie totalne. Jak ktoś w tym kraju jest pracoholikiem, to jest ikoną sukcesu i spełnienia marzeń. Straty są takie same tu i tu. Największą karierą jest rodzina, a ta przemyka obok pod okiem droższych lub tańszych specjalistów.

Wszystko to w imię większego przelewu, bo przecież trzeba… Trzeba mieć więcej metrów kwadratowych, bliżej stacji metra, większe Audi, droższe wakacje, a na wszystko to większą ratę, bo przecież “żyj po swojemu”. Mój kolega mawia: “jak zarabiałem 1800, to marzyłem o 3000. Jak miałem 3000, to chciałem 5000. Dziś mam 12 i myśle o 20, a potem pewnie będę chciał 50. Wieczne nienasycenie, sam musisz sobie odpowiedzieć, gdzie jest Twój sufit”.

Rozmawiałem ostatnio z lekarką, która przyznała, że pracuje 12 godzin tygodniowo, co przekłada się na około 5000 brutto miesięcznie. Niewiele? Za mało? Pani twierdzi, że wystarcza, a do tego oszczędza na korepetycjach i opiekunkach dla dzieci dzisiaj, a na psychoterapeutach czy terapeutach uzależnień w przyszłości.

Gdzie zatem jest Twój sufit?

Rodzice, którzy „mordują” własne dzieci.

Rodzice, którzy „mordują” własne dzieci.

Pracując jako psycholog szkolny obserwowałem wielokrotnie z przerażeniem i żalem, jak system edukacji publicznej potrafi podcinać skrzydła twórczości, kastrować indywidualność i równać wszystkie dzieci „pod jedną linijkę”. Nie chcę w tym tekście wchodzić w szczegóły, powiem tylko, że moim zdaniem, udany “produkt” systemu w obecnej postaci to uczeń, który potrafi zaznaczyć ołóweczkiem odpowiedzi w teście tak, żeby pasowały do klucza, nie wychyla się, nie wykazuje inicjatywy i absolutnie nie jest przedsiębiorczy. Z jednej strony wzorowe zachowanie, szóstki od dołu do góry, a z drugiej demobilizacja w każdej sytuacji, która wymaga odrobiny nieszablonowego myślenia, “wyjścia poza pudełko”, a już w ogóle odważnej, asertywnej komunikacji z drugim człowiekiem.

Taki produkt systemu jest po pierwsze łatwy do kierowania, dalej bezpieczny, oswojony, nie podskoczy, a nade wszystko jest NUDNY.

Wielokrotnie kładłem na sercu rodzicom- to Wy musicie ocalić swoje dziecko przed KOSZĄCYM KOMBAJNEM SYSTEMU. Czasami trafia się “nauczyciel- wyspa” na oceanie bezdusznego systemu ale przede wszystkim Wy- rodzice- pilnujcie pierwotnych pierwiastków w Waszych dzieciach. To Wasza odpowiedzialność.

W ostatni poniedziałek rozmawiałem z koleżanką nauczycielką, która właśnie jest taką “oazą na pustyni”, “wyspą na oceanie”. Wielokrotnie obserwowałem ją podczas pracy z dziećmi w wieku 6-8 lat i widziałem, że kształtuje przede wszystkim LUDZI. Uczy dzieci odpowiedzialności, odwagi w podejmowaniu prób i popełnianiu błędów, szacunku do innych, i wielu takich kompetencji, których Podstawa Programowa nie przewiduje. Niestety podczas ostatniego spotkania z rodzicami, Ci naskoczyli na nią, że “zadaje za mało prac domowych”, “robi za krótkie dyktanda”, “nie zaznacza na czerwono wszystkich błędów w sprawdzanych pracach”, “nie gani dzieci za niestaranne pisanie”. Państwo przynieśli nawet zeszyty swoich starszych dzieci, które trafiły na bardziej systemowe nauczycielki i porównywali przy mojej koleżance ilość prac domowych i długość dyktand. Koleżanka broniła się, że przecież ortografia zależy od poznania zasad, a nie od długości dyktand ale generalnie przegrała batalię. Właściwie nie ona, bo przegrały dzieci tych Państwa. Ja to widzę tak, że doszło do sytuacji, gdzie rodzice krzyczeli- „niech Pani skrzywdzi nasze dzieci, niech Pani je sformatuje tak, jak formatuje się inne dzieci! Chcemy zabić to, co wyjątkowe, cenne i niepowtarzalne w naszych dzieciach!”

Zachęcam Państwa do poczytania o kształcie edukacji w Finlandii, której dzieci najlepiej wypadają od lat w testach w porównaniu z innymi krajami. Zachęcam Państwa do przeczytania książki “Dlaczego piątkowi uczniowie pracują dla trójkowych, a czwórkowi zostają urzędnikami”. Zachęcam Państwa wreszcie do rozejrzenia się wkoło i podjęcia uczciwej refleksji- ilu jest tych szóstkowo- wzorowych uczniów wśród dyrektorów i prezesów spółek, a ilu z nich wegetuje po sekretariatach, sklepach i urzędach. I przestańcie wreszcie powtarzać: “musisz się uczyć, żeby mieć lepsze oceny, żeby skończyć lepsze studia, żeby mieć lepszą pracę, żeby zarabiać więcej pieniędzy”. Gówno prawda.

 

Do poczytania dla chętnych:

O edukacji w Finlandii:

https://fillingmymap.com/2015/04/15/11-ways-finlands-education-system-shows-us-that-less-is-more/

Wspomniana książka Roberta Toru Kiyosaki

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/199754/dlaczego-piatkowi-uczniowie-pracuja-dla-trojkowych-a-czworkowi-zostaja-urzednikami

Sprawdzone sposoby.

Sprawdzone sposoby.

Dużo piszę i mówię o potrzebie spędzania czasu z dziećmi. Często powtarzam, że lepiej mieć czas i pobawić się tańszą zabawką niż kupić droższą ale nie mieć czasu dla dziecka, bo trzeba na tę droższą zarobić. Powyżej zdjęcie fragmentu Zestawu Kreatywnego, który moja żona kupiła wczoraj za 12,90 pln w księgarni. Dało to godzinę wspólnej pracy i zabawy z dziećmi. Przy okazji zostały przećwiczone takie umiejętności jak: odwzorowanie, kategoryzacja, dopasowywanie kształtów, motoryka mała, nauka wiązania supełków, zarządzanie emocjami, podtrzymywanie motywacji, koncentracja itd. Godzina takich zajęć w gabinecie specjalisty kosztuje kilka razy więcej. Ty decydujesz, Ty wybierasz.

Poniżej zdjęcie wieńca adwentowego narysowanego przez moją córkę na kartce do flipcharta, którą dostała ode mnie, gdy przygotowywałem się do kolejnych warsztatów z młodzieżą. Wieniec zawisł na ścianie w centralnym miejscu naszego domu. W każdą kolejną niedzielę adwentu Hania będzie dorysowywać płomień do kolejnej świecy- „zapalać ją”. W ten sposób między innymi doświadczymy upływu czasu, będziemy uczyć się pośrednio kalendarza, cierpliwości itd. Najgenialniejsze jest to, co najprostsze.

Podziel się w komentarzu Twoimi sprawdzonymi sposobami na spędzanie czasu z dzieckiem i omijanie gabinetu specjalistów.

Dwa pogrzeby- jedna lekcja.

Dwa pogrzeby- jedna lekcja.

Staś zapytał mnie: “tata, dlaczego tutaj jest tak cicho?” Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że w całej wsi jest zupełnie cicho, ani żywej duszy na ulicy jak okiem sięgnąć. Wieś jakby wymarła. Bo rzeczywiście wieś wymarła, bo umarła nasza babcia, a zgodnie z tradycją wszyscy- WSZYSCY- mieszkańcy wsi przyszli do domu babci aby czuwać przy trumnie wraz z miejscowymi śpiewakami, przy dźwięku szeptanych modlitw i śpiewanych z gardła ludowych pieśni. Pieśni, które w prostych słowach opowiadają życie- ŻYCIE. O trumnie, która zamyka, o ziemi która pochłania, o śmierci która “kosą kosi jak w lecie kwiatki… i starych i dziatki”. O rozłące z bliskimi ale zawsze w kolejnym wersie zaznaczając, że to tylko na krótką chwilę, bo wszyscy tam- TAM- pójdziemy. Każdy kolejny uczestnik czuwania wchodzi do pokoju na pierwszym piętrze, klęka jeśli może, chwilę się modli po czym na głos wita pozostałych: “niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i szuka sobie miejsca ale nigdy przy samej trumnie, bo to dla rodziny. Mężczyźni podają rękę mężczyznom, kobiety całują się na powitanie i dalej czuwamy już razem. Śpiewacy intonują kolejne pieśni. Babcia leży z nami, jakby spała. Spokojna, bo ze swoimi.

O ustalonej godzinie przybywa gość szczególny, wyjątkowy, poważany- ksiądz. Wita wszystkich i rozpoczyna się obrzęd pogrzebu według rytuału. Po krótkich modlitwach wszyscy najpierw podchodzą aby jeszcze raz pożegnać zmarłą, dotykają dłoni owiniętych różańcem, bliscy całują czoło po czym wychodzą. Panowie z zakładu zamykają trumnę i wynoszą babcię do auta. Wszyscy zgromadzeni wkoło. Zimno ale chłopy twardo bez czapek.

Babcia w aucie i wtedy znak szczególny- cała wieś odprowadza ją do krzyżówki, a tak naprawdę do figury. Niesamowite- Figura. Tu zaczyna się i kończy nasza wieś. To obecność Boga w tym znaku wyznacza nasze miejsce na ziemi. Przy figurze stop. Anioł Pański. Pożegnanie.

Następne spotkanie w kościele. Trumna z babcią przed ołtarzem. To jej msza. To za nią. Nie wiadomo, o której dokładnie zacznie się msza, bo ksiądz spowiada. Ale tutaj, zwłaszcza dzisiaj, nikt nie patrzy na zegarek. Dziś wszyscy żegnają Rozalię i to jest najważniejsze. A spowiadają się długo, bo kto może, ten ofiaruje komunię za zmarłą. Encyklik nie czytali, teologią nie żonglują ale komunie przyjmą za nią. Tak po prostu, bez gadania. Po komunii bach na kolana i pacierz. Proste.

Cmentarz. Pogrzeb. Tradycja pożegnania od zmarłej- jeden z uczestników wyczytuje kogo żegna śp. Rozalia: „synów z żonami, wnuki, prawnuki, brata, siostry, rodziny… sąsiadów, wszystkich uczestników pogrzebu”. To jej słowo. Jej ostatnie słowo, choć napisane już przez rodzinę. Każdy czeka aż będzie wyczytany i każdy jest wyczytany.

Dalej wszyscy (nawet Panowie z zakładu pogrzebowego) na obiad. W mieście to stypa albo konsolacja, a tu po prostu obiad. Dwie zupy, trzy mięsa do wyboru w drugim daniu, ciasto w stołach, kawa oczywiście sypana, itd. Uczta. Brakuje tylko hasła do pierwszego tańca, a byłoby wesele. Nikt nie wychodzi. Nie ma tak, jak w mieście- “my tylko na chwilkę, bo Karolek ma dzisiaj jeszcze angielski, a Karolcia tańce, a Grzegorz musi popracować…” Dziś wszyscy żegnają Rozalię. Nie mają dziś angielskiego, tańców i nie popracują. Po dłuższej chwili biesiady, kiedy kelnerki rozdały kawę, słychać stukanie w szkło jak do toastu. Sto sześćdziesiąt osób nagle milknie i jedna z uczestniczek zaprasza wszystkich do odmówienia koronki za zmarłą. Wszyscy za chwilę siedząc przy stołach odmawiają najpierw Wierzę, potem Ojcze Nasz, Zdrowaś i dla Jego bolesnej męki… Po koronce kolejny Aniół Pański, pacierze, jeszcze jedna pieśń o śmierci i krótkim rozstaniu, W Imię Ojca… Amen. I nikt już nie siada, a wszyscy podchodzą do rodziny się pożegnać. Koniec.

Podczas drogi na pogrzeb Ewa zapytała mnie czy coś powinniśmy powiedzieć naszym dzieciom celem wprowadzenia w okoliczność. Odpowiedziałem “nie, życie samo wszystko powie”. Nie wiedziałem, że będzie to przemowa aż tak bogata. Sam czerpałem pełnymi garściami. Przebogata tradycja, którą przeczuwałem jak usłyszałem, że po śmierci babci, jej syn osobiście chodził i powiadamiał w każdym domu we wsi o jej odejściu i dacie pogrzebu. Powiadamiał, choć wszyscy już dawno wiedzieli ale tak trzeba.

To drugi pogrzeb w ciągu miesiąca. Bardzo różny od pierwszego, kiedy żegnaliśmy siedmioletniego Krzysia, syna naszych przyjaciół spod Gdańska. Babcia miała 91 lat, za jej trumną szło czterech synów, synowe, wnuki, prawnuki- grubo ponad dwadzieścia osób najbliższej rodziny. Życie spełnione. Talenty pomnożone. Krzyś miał mniej czasu ale też dobrze go wykorzystał, skoro ruchem ulicznym na jego pogrzebie musiała kierować straż gminna. Pogrzeby z jednej strony nie do porównania ale z drugiej łączy je jedna bardzo ważna rzecz- bliskość, obecność ludzi. Patrzenie śmierci w oczy z odwagą, bo nie samotnie. Po drugie razem z otaczającymi ludźmi ale po pierwsze z Bogiem. Bogiem, który na pogrzebie Krzysia był uwielbiany charyzmatyczną pieśnią i spontaniczną modlitwą, a na pogrzebie babci różańcem, koronką, Aniołem Pańskim i pieśnią ludową- ale zawsze uwielbiany. Uwielbiany, bo OBECNY.

Cieszę się też z tego, że na obu pogrzebach mogły być ze mną moje dzieci. Zabrałem je tam bardzo świadomie i celowo. Wierzę, że przeżywając trudną rzeczywistość śmierci człowieka w bliskości ze swoją rodziną, wykształcą w sobie życiową mądrość i dojrzałość. W przyszłości zaś pomoże im to zaoszczędzić na psychoterapeutach.

P.S.

Wiara to dla mnie decyzja. Wybór. Ja zdecydowałem się wierzyć tak. Nie śmiej się ze mnie. Ty decydujesz może inaczej ale uszanuj mój wybór. Może się okazać, że moja wiara, o której mówisz, że jest zacofana i średniowieczna, jest poważniejsza od Twoich wyborów by wierzyć w fitness, ubezpieczenie na życie, energię kosmosu czy egipsko- faraońską duszę Twojego kota. Tak wybraliśmy.

 

JAK DŁUGO JESZCZE Polska nie zginęła?

JAK DŁUGO JESZCZE Polska nie zginęła?

Przedwczoraj znajoma nauczycielka robiła zajęcia w grupie pięciolatków warszawskiego przedszkola na temat Polski. Dzieci było jedenaścioro. Ośmioro z nich nie wiedziało, że Polska ma góry, żadne z nich nie wiedziało jak się nazywają. Nazwę morza nad którym leży Polska znał tylko jeden chłopiec z Zespołem Aspergera. Nauczycielka przygotowała na zajęcia quiz ale po odpowiedziach na dwa pierwsze pytania:

“co jest godłem Polski?” “Polska”,

“do jakiego morza wpada Wisła?” “do Bałtowa”,

przerwała zajęcia, wyjęła prywatnego laptopa z torby i korzystając z prywatnego internetu zaczęła dzieciom pokazywać zdjęcia polskich gór, bałtyckiej plaży itd.

Na koniec zajęć quiz wypadł już o niebo lepiej. Tylko jedna dziewczynka, której rodzice stawiają na zamożność i wielojęzyczność dalej twierdziła, że polskie morze to Wisła.

A Twoje dziecko jak wypada w quizie? Jeszcze Polska nie zginęła?

 

Możesz skorzystać z pytań:

„Co jest godłem Polski?”

„Jak się nazywa najdłuższa rzeka w Polsce?”

„Jakie miasto jest stolicą Polski?”

„Do jakiego morza wpada Wisła?”

„Jakim kolorem na mapie zaznacza się góry?”

„Jakim kolorem na mapie zaznacza się wodę?”

„Jakie nazywa najważniejsza pieśń w Polsce?”

„Jak się nazywa święto 11 listopada?”

„Co to jest niepodległość?”

itd.

 

Prosty sposób na radosny dzień.

Prosty sposób na radosny dzień.

Obudziłem się wczoraj rano, usiadłem na łóżku i tak mi było ciężko. Tak mi było ciężko, siedziałem, oparłem głowę na dłoniach i było mi ciężko. Po chwili celebracji swojego stanu zacząłem modlić się w myślach: „dziękuję Ci Panie za… dziękuję Ci Panie za… dziękuję Ci Panie za…” nie mogłem ruszyć. Czułem się jak samochód zakopany w błocie lub śniegu. Koła buksują, trochę drgnie ale nie jedzie. Nagle poszło: „dziękuję Ci Panie za to, że mogę sobie tak siedzieć z głową w dłoniach i myśleć jak mi ciężko. Dziękuję Ci za to, że w Polsce nie ma wojny, że dookoła nie ma strzelaniny, że nie budzą mnie wybuchy, że nie muszę uciekać, że w ogóle mogłem spać- słowem, że mogę sobie siedzieć i rozkminiać jak mi ciężko”. To dało mi takiego kopa, że natychmiast wstałem. Wstałem z uśmiechem.

Sami wybieramy radość. Radość to kwestia wyboru i dezyzji. Później tego samego dnia spotkałem starszą Panią przy naszym Ząbkowskim basenie.

„Przepraszam Pana, czy tutaj można jakoś dojechać komunikacją?”

„Tak, można darmowymi autobusami”

„Bo widzi Pan, czytałam, że taka piękna pływalnia i rzeczywiście w środku pięknie ale jak szłam tutaj to obraz nędzy i rozpaczy”.

„Przystanek jest w razie co na przeciwko, do widzenia Pani.”

Trzeba naprawdę się starać, żeby dostrzec w moim mieście obraz nędzy i rozpaczy. Jest kilka nieciekawych obrazków ale żeby znaleźć nędze i rozpacz to trzeba się naprawdę postarać. Kwestia wyboru i decycji.

Na co kierujemy swoją codzienną soczewkę? Sami wybieramy. Można narzekać na saunę, że za gorąca, na jacuzzi, że za mocne, na pracę, że mało płatna, na dom, że za mały, na samochód, że za stary. Zawsze można znaleźć powód do narzekania. Jak się chce- to można.

Wszystko można jak się CHCE. Można powiedzieć- dziś dzień bez narzekania i we wszystkim szukać dobrej strony. Dlatego Jezus zawsze pytał: „CHCESZ?” Nawet niewidomego pytał „co CHESZ?”- i nie był to słaby żart tylko bardzo poważne pytanie.

Chcesz mieć dziś radosny dzień? Proszę bardzo.

Błogosławieni, którzy się nudzą albowiem oni… coś sobie wymyślą.

Błogosławieni, którzy się nudzą albowiem oni… coś sobie wymyślą.

Kilka dni temu, ku mojej wielkiej radości, syn sięgnął po moją książkę. Zaczął ją czytać!!! To wspaniałe zwłaszcza, że jest w pewnym sensie jej współautorem. Jego recenzje były natychmiastowe- na przykład wparował do mojego pokoju, pomimo próśb, żeby nie przerywano mi drzemki i ochrzanił mnie z góry na dół za to, że napisałem o Jenga Angry Birds, że to najgłupsza zabawka świata. Dla podkreślenia swoich słów rzucił klockiem z gry na kołdrę i wyszedł.

Ale nie o tym.

Dzień później, przy śniadaniu wyznał spontanicznie: “tata, wiesz dlaczego ja zacząłem czytać Twoją książkę?”

Moja pierś zrobiła się niecodziennie wypięta, duma zaczęła powoli kipieć uszami, bo spodziewałem się, że zaraz powie jak jestem dla niego ważny albo jak bardzo mnie podziwia, a on na to: “bo się nudziłem”. Balon pękł. To po moją książkę można sięgnąć z nudów, a nie tylko i wyłącznie z powodu jej wspaniałości?

Natychmiast jednak przyszła inna refleksja. Coś, co chciałem już dawno powiedzieć. Rodzice boją się tych słów bardziej niż najgorszego wyroku. Gdy dziecko mówi “nudzę się”, natychmiast idzie za tym poczucie winy, przymus wymyślenia jakiegoś zajęcia potomkowi, pomysł kupna nowej zabawki, gadżetu albo kolejnych zajęć pozalekcyjnych. Bo jeśli dziecko się nudzi, to znaczy, że ja nie sprawdzam się jako rodzic? Czy aby na pewno?

Przecież to człowiek, a to znaczy istota twórcza. Nuda, jeśli się ją “weźmie na klatę” i nie zabije jakimś łatwym, ucieczkowym sposobem, może być matką twórczości w naszym życiu.

Ale my w dzisiejszych czasach chyba w ogóle przeżywamy rodzicielstwo jak nieprzerwany egzamin u wrednego, złośliwego profesora. Tym profesorem są w naszych oczach własne dzieci. To chyba nie tak.

PS. Dorośli chyba też uciekają przed nudą i przez to ich życie staje się nudne.

Nieustannie pamiętać o co mi chodzi.

Nieustannie pamiętać o co mi chodzi.

W minioną środę stanąłem obok moich przyjaciół, którzy chowali swojego siedmioletniego syna. Chłopiec zmarł w ostatnią niedzielę po ośmiomiesięcznej walce z rakiem. Patrzyłem na białą trumnę i spadające na nią białe róże rzucane w większości przez kolegów i koleżanki Krzysia z klasy. Patrzyłem w oczy matki i ojca, którzy żegnali swoje dziecko. Patrzyłem w oczy siedzącego obok mojego syna, który jest rówieśnikiem Krzysia. Patrzyłem na jasne włosy mojej córki, która jest od niego dwa lata młodsza.

Dzień wcześniej rozmawiałem z innym przyjacielem, który przytoczył mi fragment swojej rozmowy z żoną. Powiedział do niej mniej więcej tak: “Jesteśmy jedenaście lat po ślubie, mamy troje dzieci, może byśmy ZAŁOŻYLI RODZINĘ?” Chodziło mu o przeciwdziałanie pochłaniającej ich korporacji, w której oboje pracują i coraz bardziej się pogrążają.

Jeszcze wcześniej inny przyjaciel zapytał mnie czy znam trzy pytania, które mogą pomóc we wczesnej diagnozie pracoholizmu. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z nim o tym, że oglądamy każdą złotówkę dwa razy, zanim ją wydamy. Dziś obydwaj jesteśmy ludźmi zamożnymi. Nadszedł czas, kiedy powinniśmy dwa razy oglądać każdą chwilę naszego życia, zanim zdecydujemy się ją wydać na pracę.

Na co dzień tak łatwo dajemy się pochłonąć pierdołom, mało ważnym rzeczom, gonimy za groszem, za awansem, za uznaniem, za zleceniem, za czym jeszcze…?

Chcę w każdej chwili pamiętać o oczach Ewy i Marka- rodziców Krzysia, chce zawsze pamiętać o tym, co jest dla mnie w życiu ważne.

Nie kłam!!! Czasami musi boleć.

Nie kłam!!! Czasami musi boleć.

Moja koleżanka ma troje dzieci. Najmłodsze ośmiomiesięczne zostało z ojcem, a ona wzięła dwoje i pojechała na pobranie krwi- bo trzeba zrobić badania. Obudziła wcześnie, ubrały się, zapakowała je do auta i dwoje sama ogarnęła. Potem szybko do przedszkola i z powrotem do domu, żeby nakarmić najmłodsze.

Akurat dziś też byłem na pobraniu. Razem ze mną czekała dziewczynka około pięciu lat. Wraz z nią asysta trzech dorosłych osób: mama, tata i dziadek. Dziadek na szczęście był „zakontraktowany” tylko do poczekalni, więc w pokoju pobrań były z dziewczynką tylko trzy osoby dorosłe- rodzice i laborantka. Jeszcze się nic nie zaczęło dziać, jak wszyscy dorośli zaczęli na raz rapować nad dzieckiem: “nie płacz, to nic nie boli, przestań płakać, nic się nie dzieje” itd. Dziecko płakało, płakało i płakało. Ale chyba każdy by się popłakał jakby trzy dorosłe osoby krzyczały nad nim, żeby nie płakać i kłamały, że wbicie igły nie boli.

To zawsze boli. To boli tylko przez chwilkę ale boli. Po drugie płacz to nic złego- można płakać. A to dziecko nawet ludzie z kolejki uciszali- “nie płacz”. Dlaczego???

Trzeba mieć czas i pieniądze, żeby rozkręcić taki kabaret. Bo jak ktoś ma troje i musi szybko ogarnąć dwoje po drodze do przedszkola i to na tyle sprawnie, żeby zdążyć na karmienie trzeciego, to nie ma szans na taki cyrk.

Czasami kolejne dziecko jest najpotężniejszym lekarstwem.