Dlaczego warto detronizować dzieci.

Dlaczego warto detronizować dzieci.

W XX wieku amerykański psycholog Skinner hodował gołębie. Zauważył, że jeśli gołąb dostanie pokarm po tym, jak wykonał jakąś czynność, to powtarzał tę czynność, żeby znowu dostać pokarm. Chwila refleksji potwierdza, że wszyscy funkcjonujemy podobnie- jeżeli coś przynosi pożądany skutek, robimy tego więcej. Ja na przykład jestem psychologiem i ludzie płacą mi za tę pracę, więc to właśnie robię. Mój przyjaciel jest informatykiem i za to dostaje co miesiąc porcję ziarna, więc robi tego więcej. Gdyby nagle ludzie przestali potrzebować psychologa, musiałbym zmienić zajęcie. To proste i Ty też tak masz, nawet jeśli dostajesz wysypki na słowo behawioryzm, to on właśnie tak działa także w Twoim życiu.

Podobnie jest u dzieci. One szybko uczą się, że niektóre reakcje przynoszą pożądane, miłe skutki i wtedy robią tego więcej. Jeśli na przykład dziecko zauważa, że jego płacz powoduje wzięcie na ręce, przytulenie, kołysanie i przyjemny ton głosu rodzica, to zgadnij co będzie robiło, kiedy odłożysz je do łóżeczka czy na podłogę… Tak to działa. Ludzie, którzy nie chcą uznać tej prostej, logicznej zasady, wykonują różne intelektualne ewolucje, żeby inaczej wytłumaczyć rzeczywistość. W ostatnim czasie modny robi się termin HIGH NEED BABY (HNB) czyli rzekoma grupa dzieci, które potrzebują już od urodzenia wyjątkowo dużo uwagi, ciepła, a przede wszystkim nieustannego noszenia na rękach. Jest to myślowe odwrócenie rzeczywistości i zamiana przyczyny ze skutkiem. Raczej mówimy tu nie o HNB, a o LSP- LOW SKILL PARENT, czyli rodzicach, którzy są tak niepewni swoich oddziaływań na dzieci, że sami nie są w stanie nadać żadnego kierunku, nie wychowują dzieci, a tłumaczą to troską o ich spontaniczny, niezakłócony rozwój. Skutki takich działań są godne pożałowania. Wiadomo na przykład, że prawidłowy rozwój ruchowy dziecka wymaga już prawie od pierwszych dni życia leżenia na brzuchu na twardej powierzchni. Nieustające noszenie na rękach jest nie tylko zabójcze dla kręgosłupa matki ale zakłóca proces rozwoju dziecka i produkuje później takie sflaczałe dzieci, które nie mają wymaganego napięcia mięśniowego, których kolejne etapy rozwoju następują ze znacznym opóźnieniem względem normy (bo jest coś takiego jak NORMA ROZWOJU!).

Większe dzieci mają już taką wprawę w owijaniu rodziców wokół paluszka, że sterują praktycznie całą rzeczywistością. To one decydują kiedy wyjdziecie z imprezy i czy w ogóle na nią pójdziecie, one ustalają Wasz plan dnia, a przede wszystkim pory wstawania i kładzenia się spać. Tu pojawia się problem, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Te dzieci mają mianowicie bardzo niskie poczucie bezpieczeństwa. Wynika to z tego, że dziecko podświadomie wie, że ono nie potrafi ogarnąć rzeczywistości i oczekuje tego od dorosłego, który powinien wiedzieć co i jak i dlaczego. Dziecko niby chce rządzić ale tak naprawdę boi się tego. Ja na przykład bardzo chciałbym pilotować Boeinga, którym podróżuje ale czułbym ogromny strach gdyby kapitan oddał mi stery i kazał wylądować. Najbezpieczniej czuję się, jak samolot prowadzi doświadczony pilot. Tak samo dziecko zna swoje miejsce w życiu podobnie jak ja znam swoje miejsce w samolocie. Stąd duża część mojej pracy polega na pokazywaniu rodzicom w jaki sposób oddali swoje kompetencje w ręce dzieci oraz przekonywaniu ich dlaczego warto te kompetencje odzyskać. A warto to zrobić przede wszystkim dla dobra samych dzieci, bo to one potrzebują rodzica, który wie co, dlaczego i kiedy, i prowadzi przez życie wyznaczając bezpieczne granice. Oczywiście rzecz wymaga wyczucia, bo można przesadzić w drugą stronę i zupełnie sterować dzieckiem, co też ma opłakane skutki dla jego rozwoju.

Często umęczonym rodzicom, którzy załamują ręcę udzielam rady: “proszę codziennie rano i wieczorem łykać jedną tabletkę EGOIZMU.” Kiedy na ich twarzach rysuje się zaskoczenie, wyjaśniam kolejną psychologiczną zależność: “jeśli Twoje dziecko zobaczy, że Ty masz swoje potrzeby i możesz je realizować, ono będzie wiedziało, że samo może robić podobnie”- to jest uczenie przez MODELOWANIE.

To bardzo poważny temat, bo jeśli skorupka za młodu nasiąknie przekonaniem, że cały świat jest stworzony tylko po to, żeby spełniać jej zachcianki, to na starość będzie poważny problem. W najlepszym wypadku hodujemy rzeszę frustratów, którzy nie będą umieli sobie poradzić nawet z tym, że ktoś na nich zatrąbi na ulicy, a w gorszym przypadku może się okazać, że za dwadzieścia lat uderzy w nas prawdziwe DEPRESYJNE TSUNAMI, jak te dzisiejsze dzieci zetkną się z życiem poza parasolem rodziców.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Alpaki z Zielonych Traw- prosta historia o słowach i czynach.

Mam Znajomą, niespokojną zawodowo duszę, która nie boi się żadnego wyzwania. Ostatnio trafiła na ogłoszenie: pedagoga specjalnego do pracy przy alpakoterapii. Założyła lepszą bluzkę i prosto z przedszkola, gdzie pracuje na etacie pojechała pod adres wskazany przez asystentkę Pana Iks. Miała spotkanie z samym założycielem, właścicielem i prezesem firmy “prywatny- ośrodek- jakich- wiele”. Pan Iks jest człowiekiem, który przeczytał przynajmniej jeden poradnik o profesjonalnej rekrutacji, bo po pierwsze przez cały czas rozmowy zachował pokerową twarz, po drugie zadawał przemyślane pytania wg. przygotowanego wcześniej schematu, a po trzecie na każde pytanie zadane przez Kandydatkę odpowiedział “dlaczego uważa Pani, że to jest ważne”. Na końcu zapewnił moją znajomą, że zostanie poinformowana o tym, czy dostała się do kolejnego etapu rekrutacji. Moja koleżanka wyszła przed niewielki jednorodzinny dom, w którym kilka pokoi i toaleta służą jako siedziba “prywatnego- ośrodka- jakich- wiele” i powiedziała sama do siebie: “ku…, jaki kolejny etap rekrutacji?!” Była zniesmaczona. Szukała pracy z ludźmi i dla ludzi. Emocje, które wyniosła ze spotkania z Panem Iks dopiero dawały o sobie znać. Zniechęcenie, zdemotywowanie, poczucie bycia potraktowanym przedmiotowo… W takiej atmosferze nie zwykła pracować. Chwyciła za wizytówkę i zadzwoniła do Iksa, żeby podziękować za dalszą fatygę ale połączyła się tylko z jego asystentką, która poinformowała, że przekaże… Istne korpo w jednorodzinnym domku gdzieś na przedmieściach Stolicy. Taki mikromordor, mordorek…

Tu kończy się typowo polska część historii, tu kończy się narzekanie. Jeszcze tego samego wieczora moja koleżanka zaczęła czytać o alpakach, sprawdzać, oglądać i rano decyzja była gotowa- “wchodzimy w alpakoterapię”. Od spotkania z Iksem minęło trzy, może cztery miesiące i oto wczoraj przyjechała trzy pierwsze. Są urocze!!! Można je oglądać w internecie, na fejsbuku albo po prostu pojechać i na żywo doświadczyć ich spokoju, kojącego wpływu i „zaraźliwego optymizmu”. Wszystko to zaledwie kilkanaście kilometrów od Pałacu Kultury w zupełnie “niewarszawskiej” części Warszawy można usiąść na trawie, napić się herbaty, popatrzeć na błękit nieba i zieleń trawy i doświadczyć trochę życia w życiu. Zachęcam do odwiedzenia i polubienia https://web.facebook.com/alpakizzielonychtraw/ Tyle jeśli chodzi o fragment reklamujący.

Urzeka mnie w tej historii twórcze podejście koleżanki do tematu. Prawda jest taka, że każde spotkanie z Iksem i jemu podobnymi może być punktem wyjścia, taką trampoliną do odbicia się ku nowej przygodzie, trzeba tylko poważnie potraktować słowa: “jeśli chcesz coś zmienić, zacznij od siebie”. Chyba właśnie to zrobiła moja Znajoma. Trochę tak jak w reklamie banku, która bombarduje w ostatnich dniach z ekranu, zresztą tam też wykorzystane są alpaki. Korpoludek siedzi w biurze i powtarza dobrze znany refren: “a może by tak w Bieszczady…” Sęk w tym, że Bieszczady cały czas są tam, gdzie były, a Ciebie tam nadal nie ma, bo Tobie być może wystarcza ponarzekać i już masz przeświadczenie, że zmieniłeś świat…

Dłuuuuuugi week(end), gonitwa za odpoczynkiem?

Dłuuuuuugi week(end), gonitwa za odpoczynkiem?

Przed nami tzw. długi weekend, choć w tym roku lepiej chyba mówić długi week. Już od kilku tygodni można usłyszeć w mediach: “biorąc trzy dni urlopu, możemy mieć aż dziewięć dni wolnego”. Nie lada gratka. Takie dodatkowe ferie. Rozmawiałem z kolegą, który w tym czasie rusza do Włoch, drugi do Legolandu, trzeci nad morze, czwarty w góry. Ja w tym roku wybieram się na…. ławkę za domem.

Kilka lat temu byłem prawie zgorszony, kiedy mój przyjaciel zapowiedział, że zamierza spędzić dwa tygodnie urlopu w domu. Wyliczył, że rok wcześniej spędził trzy doby w samochodzie zwiedzając Francję i stwierdził, że to go przerasta, że nie wypoczywa w ten sposób. Przez kilka dni po powrocie musiał dochodzić do siebie.

Ostatnio byłem w markecie budowlanym i “przymierzałem się” do różnych mebli ogrodowych. To kolejna kwestia, która mnie zastanawia. Wydajemy nierzadko majątek na urządzenie sobie mieszkania, domu czy ogrodu, a potem robimy wszystko, żeby z tego domu i ogrodu wyjechać. Moja ławka bujana za domem stoi już trzy lata. W tym roku trzebaby ją wymienić, a ja wątpię czy spędziłem na niej łącznie trzy godziny w tym czasie.

Mieszkam koło Warszawy, do której codziennie przyjeżdżają tysiące ludzi z całego świata, żeby ją zwiedzać. Ja natomiast nie jadę jej zwiedzać tylko dlatego, że jest blisko, że mieszkam tuż obok. Znam dużo lepiej wiele innych miast na całym świecie tylko dlatego, że są daleko.

Biorąc pod uwagę powyższe, rozpoczynający się długi weekend spędzę na ławce za domem. Może zrobimy grilla, kto wie…

Nie wspomniałem o finansach ale o tym też myślę, pracuję ciężko, męczę się ale dzięki temu zarobię, żeby móc wyjechać i odpocząć. Czy tylko ja dostrzegam wątpliwy sens w tym zdaniu?

Na zakończenie polecam stronę http://trino.pttk.pl/trasy która podsuwa prawie pięćset pomysłów na wycieczki krajoznawcze w całym kraju. Jest nawet trasa po moich Ząbkach, którą już zaliczyłem, poznając historię okolicy, która znajduje się nie dalej niż pięćset metrów od mojego domu. Cudze chwaliłem, swego nie znałem…

„Patrz krok do przodu” czyli psycholog wobec tragedii.

„Patrz krok do przodu” czyli psycholog wobec tragedii.

Dzisiaj odbył się pogrzeb człowieka, który osierocił trójkę dzieci. Byłem w jego domu dzień po śmierci. Rozmawiałem z żoną, trochę z dziećmi. Czasami jestem zapraszany do takich sytuacji.

Co może zrobić psycholog w obliczu takiej czy podobnej sytuacji? Zapewne przede wszystkim BYĆ z ludźmi. Czy jest coś mądrego, co można powiedzieć?

Zwykle dorosłym mówię wtedy dwie rzeczy. Po pierwsze: “proszę sobie pozwolić na uczucia, które będą się pojawiać. Jeśli będziesz chciała płakać nie hamuj tego. Jeśli będziesz chciała krzyczeć- krzycz!” Jest to prawda o okresie żałoby, która rządzi się swoimi prawami. Według wiedzy podręcznikowej czas ten trwa od 12 do 24 miesięcy. Uczucia zmieniają się, są bardzo intensywne. Jest czas na rozpacz, zaprzeczanie, złość, a gdzieś pod koniec powinno pojawić się pogodzenie. Czas jest tu najważniejszym graczem. Jak mawiał mój Wujek: “czas jest największym mocarzem”. W przypadku żałoby można doświadczyć potęgi czasu na własnej skórze ale na to właśnie potrzeba czasu. Dziś mogę powiedzieć, że to się ułoży za dwa lata ale moje słowa nie wnoszą takiej zmiany, jaką wniosą właśnie te dwa lata. Ważne, żeby ten czas dać sobie samemu i sobie nawzajem. Niektórzy w naturalnym odruchu próbują uciszyć zwłaszcza płaczące dzieci albo popędzają je w żałobie: “no już, nie smuć się.” Inni, zwłaszcza ludzie wierzący, mają tendencje, żeby “naklejać religijne plastry przeciwbólowe”, mówiąc na przykład: “tatuś jest w Niebie, tatuś się cieszy, więc Ty przestań płakać.” Niektórzy nawet w imię wiary w życie po śmierci tłamszą przejawy ludzkich uczuć u siebie czy innych. Słyszałem ostatnio w jednym z kazań w kościele jak ksiądz wychwalał kobietę, która ganiła osoby składające jej wyrazy współczucia po śmierci dziecka. Ta pani miała powiedzieć: “proszę księdza, przecież ja mam świętego w niebie, ja się nie mogę smucić, ja się cieszę.” To pewnie prawda, zresztą ja sam wierzę podobnie ale nie godzę się na odczłowieczanie. To jest postawa osób świętszych od samego Boga. Zastanawiam się czy taki ksiądz nie skarciłby samego Jezusa, który w trwodze przed męką pocił się krwawym potem w ogrójcu…. Zatem pierwsze, to pozwolić sobie być człowiekiem i po ludzku przeżyć CZAS ŻAŁOBY.

Druga rzecz, którą ośmielam przerwać ciszę to: “teraz proszę patrzeć na najbliższy krok, który trzeba zrobić. Proszę nie myśleć dalej niż o najbliższej czynności do wykonania”. Zwykle też proszę o zaparzenie herbaty i przyglądam się, czy osoba potrafi to zrobić. Przypomina mi się sytuacja, kiedy biegłem z kolegą w Oliwskich lasach. Przed nami był ponad pięciokilometrowy podbieg i kolega powiedział tak: “teraz nie patrz do przodu, tylko patrz na krok przed siebie”. Rzeczywiście, gdybym wtedy patrzył do przodu, to prawdopodobnie bym się zatrzymał, bo podbieg wydawał się nie kończyć. Patrząc tylko na kilka metrów do przodu i robiąc kolejne kroki podbiegłem do końca. Myślę, że to jest w ogóle dobra strategia na trudne sytuacje, a kto wie czy nie na całe życie. Patrzeć tylko na krok do przodu i ten krok robić. Mój przyjaciel, który przepracował wiele lat na onkologii dziecięcej i z żałobą jest oswojony mówi jeszcze mocniej: “wziąć kolejny oddech”. Są sytuacje, kiedy to jest naprawdę trudne zadanie- dalej oddychać.

Patrz na krok do przodu i pozwól czasowi działać- ot i cała rada.

Pomyśl dzisiaj o tej kobiecie, która została z trójką dzieci jak będziesz chciał powiedzieć, że ryż był za mało sypki, że klima Ci nie działa w samochodzie albo że słońce za mocno świeci. I ciesz się, że możesz oddychać.

SPR czyli Syndrom Pierwszych Rodziców albo Projekt Dziecko.

SPR czyli Syndrom Pierwszych Rodziców albo Projekt Dziecko.

Obserwuje moich niektórych znajomych na FB, którzy mają pierwsze dziecko. Patrzę, z jakim uczuciem, przejęciem, ekstazą publikują swoje rodzinne zdjęcia: “Jasio je”, “Jasio na spacerze”, “Jaś spojrzał na pieska” – i myślę sobie, że tak chyba zachowywali się Pierwsi Rodzice, jak urodziło im się pierwsze dziecko. Może i ja tak się zachowywałem po urodzeniu mojego pierworodnego ale nie wydaje mi się. Towarzyszy temu przesadne skupienie na “ważnych” szczegółach, podsycane zapewne przez specjalistów od marketingu. Co i rusz pojawiają się pytania typu: “Jakiej posypki używacie?”, “Jakie nosidełko polecacie na Tatry (zachodnie- raczej doliny, ewentualne wejście na jakiś szczyt?”, “Jakie łóżeczko?” itd., itp. Do tego klimat wszechobecności parentingowego bloggerstwa, czyli nieustanne recenzowanie każdego gadżetu, którego dotknęło pierwsze dziecko świata. Dlaczego Jasi tym się bawił, a tamtym nie i dlaczego Biedronka powinna w przyszłości wziąć to pod uwagę.

A ja dziś chcę się zapytać:
– czy już od samego początku kładziesz swoje dziecko na brzuszku, na twardej powierzchni, żeby mogło za chwilę zacząć dźwigać główkę, a potem dalej się prawidłowo rozwijać ruchowo? A może nosisz je nieustannie na rękach „bo ono tego potrzebuje”, a przez to kaleczysz jego rozwój fizyczny?
– czy rozmawiasz ze swoim dzieckiem? Czy przewijając je bardziej skupiasz się na tym, jak telewizyjny Doktor kazał trzymać, czy może cały czas mówisz do niego, pokazujesz mu rzeczy i nazywasz (nie używając zdrobnień), czy tłumaczysz mu co robisz? Poświęcasz godziny na wybór najlepszego łóżeczka, porównujesz modele, a brakuje Ci czasu, żeby oglądać z dzieckiem książeczki, bawić się jego grzechotką, położyć się obok niego na jego najwspanialszej macie edukacyjnej i po prostu być i do niego mówić!
– czy Twoje dziecko rozpoznaje Twoją twarz i reaguje na nią uśmiechem? A może rozpoznaje tylko tylni panel Twojego smartfona, którym nieustannie robisz kolejne focie na fejsa? Ostatnio wyjąłem telefon, żeby odtworzyć dzieciom dźwięk w przedszkolu. Pięcioro z kilkunastu dzieci zupełnie się zapomniało na widok tego przedmiotu, doskoczyły do urządzenia i nie reagowały na polecenia moje czy nauczycielek,
– czy Twoje dziecko słyszy swoje imię (znowu bez przesadnych zdrobnień)? Ostatnio znajoma terapeutka przeraziła się jak dwuletnie dziecko nie zareagowało na swoje imię. Okazało się, że to nie autyzm. Po prostu tata mówi na nią Kluseczka, dziadzio Księżniczka, babcia Królewna, a mama Słodziak. Nikt nie mówił do dziecka po imieniu!!!!

W dzisiejszych czasach wszechobecnego liczenia lajków pod zdjęciami można zupełnie przeoczyć to, co najważniejsze w wychowaniu dziecka, czyli zwykły codzienny kontakt z żywym człowiekiem. Do tego jeszcze specjaliści od marketingu pomogają przecedzać komara tak długo i skutecznie (na przykład wybierać łóżeczko z wyjmowanym szczebelkiem), że nawet się nie spostrzegasz kiedy połknąłeś wielbłąda.

Na koniec jedna wskazówka- podpatruj Twoich dziadków, oni robili wiele bardzo ważnych rzeczy kierując się intuicją, którą w naszych czasach niestety wyparło podejście projektowe.

Rozmowy o Zespole Aspergera- „boimy się”.

Rozmowy o Zespole Aspergera- „boimy się”.

Rozmawiałem z mamą chłopca, która opisywała swojego syna- książkowy przykład Zespołu Aspergera. W pewnym momencie wyrwało jej się zdanie: “naczytaliśmy się z mężem i BOIMY SIĘ, że to może być jakiś autyzm albo Zespół Aspergera”. Tutaj postanowiłem jej przerwać.

Po pierwsze gratuluje Pani męża. Większość matek jak już pokona własny opór przed skonfrontowaniem się z rzeczywistością potocznie nazywaną “z moim dzieckiem jest coś NIE TAK”, musi jeszcze stoczyć batalię z własnym mężem, który będzie długo twierdził, że “wszytko jest OK, czepiasz się go i wymyślasz.” Ten scenariusz powtarza się na tyle często, że kiedyś podczas pierwszej konsultacji po pytaniu “od czego mamy zacząć?” pozwoliłem sobie na odpowiedź: “zwykle zaczyna się od tego, że Pan zwraca się do żony i mówi: Ty mów, bo to TY MASZ PROBLEM.” Warto było tam być, żeby zobaczyć mieszankę zaskoczenia i niedowierzania na twarzach tych Państwa. Może pomyśleli, że jestem jednym z tych psychologów, który umie czytać w myślach… Rzeczywiście tak jest bardzo często- mężczyzna oporuje dłużej i przez to nie wspiera matki w dążeniu do zdiagnozowania i uzyskania trafionej pomocy dla dziecka z aspergerem.

Po drugie proponuje zakwestionować swoje myślenie o autyzmie czy Zespole Aspergera. Widząc jak głęboko stygmatyzacja jest zakorzeniona w naszym społeczeństwie, a dokładnie w naszych własnych przekonaniach, najchętniej odszedłbym od tego nazewnictwa i mówił na przykład o tym, że ja mam Zespół Michała Borkowskiego, Jan Kowalski ma Zespół Jana Kowalskiego i tak dalej. Chodzi o to, że każdy z nas jest inny. Ja na przykład mam swoje silne strony, które mogą być bogactwem zarówno dla mnie samego, jak i ludzi, których spotykam. Mam też słabe strony, szare odcienie mojej osobowości, które są ciężarem znowy dla mnie, a może przede wszystkim dla innych. Chodzi o to, żebym te pierwsze rzeczy mnożył i umacniał, a te drugie starał się zmienić. W dłuższej perspektywie chodzi przecież o to, żebym ja był szczęśliwy i ludzie, z którymi buduję relację. Podobnie z Pani Synem. On też ma liczne silne strony ale ma i te słabe, z którymi sobie nie do końca radzi. Obszar emocji, relacji społecznych, komunikacji- to pewnie są te obszary, gdzie jemu jest i będzie trudno. Nad tym będzie musiał pracować bardziej, więcej być może przez całe życie. Ale to go nie skreśla. To jest wyzwanie. W dzieciństwie to jest wyzwanie przede wszystkim dla Was.

Proszę się nie bać diagnozy. Jedna z mam aspiego powiedziała: “to ważne, żeby poznać swojego wroga.” Oczywiście tym wrogiem nigdy nie jest samo dziecko. Jest to tylko pewna jego konstrukcja, jego specyfika. Ludzie mają różne cechy, różne wyzwania. Jeśli to aperger, to wiemy jak działać, wiemy czego się spodziewać. Wiemy, że jego trudne zachowania to nie zła wola czy niewychowanie. To są sposoby jakie na dzień dzisiejszy zna, żeby poradzić sobie z trudnymi dla niego sytuacjami. Takie myślenie bardzo ODBARCZA zarówno Was- TO NIE WASZA WINA, jak i same dziecko- ono też nie jest niczemu winne. Takie myślenie generuje zupełnie inne, bardziej „twórcze” emocje.
Jeśli więc coś Was niepokoi- głowa do góry i odważnie do przodu. Bardzo ważne- DIAGNOZA JEST PUNKTEM WYJŚCIA, A NIE PUNKTEM DOJŚCIA. To dopiero początek. Jedna z mam powiedziała na grupie wsparcia: “od niedawna jestem na tej drodze”. Właśnie, to jest droga. Można nią iść. Nie jest to łatwe, grunt bywa bardzo grząski, nogi się zapadają, czasami mamy wrażenie, że cofamy się ale ważne, żeby iść, bo nawet największe szczyty zdobywa się małymi krokami.

„Głupia Pani!”

„Głupia Pani!”

Rozmawiałem ostatnio z Nauczycielką, która powiedziała: “zawsze potrafię poznać, które dziecko słyszy w domu negatywne komunikaty na mój temat, gdzie się mnie deprecjonuje. Po prostu widzę to po dziecku”.
Niestety cały czas spotyka się rodziców, którzy pozwalają sobie na krytykowanie Pani, często w nieparlamentarnych słowach przy dziecku: “ta głupia baba”, “ona sobie nie radzi”, “Twoja Pani się nie zna” itp. Nie będę przekonywał, że to jest strzał w kolano. Powiem tylko, że jak mi wulkanizator spieprzył koła w Toyocie, to już nigdy więcej jej do niego nie wstawiłem i ostrzegłem przed nim wszytkich znajomych. Moja Toyota mogła czuć się bezpieczna, wiedziała, że nie pozwolę jej krzywdzić. A jeśli TY wieczorem w domu mówisz, że Pani jest głupia, a na drugi dzień mówisz tej Pani przy dziecku z uśmiechem “dzień dobry” i każesz mu iść z tą Panią, to Twoje dziecko może się z Tobą czuć mniej bezpieczne, niż mój samochód ze mną.
Rozumiesz to? Napiszę wprost: po pierwsze dajesz podwójny przekaz- Pani jest głupia ale jednak do niej idziemy, a po drugie dajesz przekaz podprogowy “Pani jest głupia i Ciebie (dziecko) jej powierzymy- tzn. nie liczysz się dla nas.”
Jeśli Pani rzeczywiście jest głupia to: porozmawiaj z nią, jeśli nie pomoże porozmawiaj z Dyrekcją, jeśli to nie pomoże natychmiast zabierz swoje dziecko od „Głupiej Pani”, żeby się nie okazało, że najgłupszy jesteś Ty Rodzicu.

Wychować odważnego CZŁOWIEKA, a nie pierdołę.

Wychować odważnego CZŁOWIEKA, a nie pierdołę.

Znajoma opowiadała mi ostatnio, że jej nastoletni syn całkowicie zniszczył w zimie swoje podręczniki. Wychodził z domu w zimowych butach, żeby mama się cieszyła ale za rogiem podwijał nogawki, zakładał adidaski i paradował do szkoły z odsłoniętymi pęcinami. Zimowe buty chował do plecaka, co niestety odbiło się na stanie książek. Nie wiem czy on lubi chodzić z gołymi kostkami przy 15 stopniowych mrozach. Wątpie czy ktokolwiek to lubi ale jest moda, jest presja.

Na zebraniu rodziców pewna mama niepokoiła się co się stanie, jeśli jej córka opuści klasową grupę na Messangerze, gdzie doświadczała hejtu. Czy to nie będzie dla dziewczynki gorsza trauma? Presja jest silna.

Pamiętam, że jak chodziliśmy do podstawówki, to była grupa chłopaków, którzy palili papierosy za garażami. Presja była duża, żeby do nich dołączyć. Nie byłeś z nimi- byłeś dupkiem. Z czasem grupa “dupków” była większa, więc i presja mniejsza ale były momenty, kiedy trzeba było wziąć napięcie na klatę.

Prowadziłem ostatnio zajęcia dla klasy siódmej. Zaproponowałem ćwiczenie, w którym uczestnicy mieli dokonać wyboru. Cała grupa rozeszła się na boki, tylko jedna dziewczyna została na środku. Powiedziałem: “musisz zadecycować!” Dziewczyna powiedziała: “nie, bo to jest głupie pytanie.” W pierwszym odruchu skoczyło mi ciśnienie, bo dzieciak zepsuł MÓJ SCENARIUSZ. Na szczęście tuż po tym przyszła refleksja: “stary to pytanie rzeczywiście JEST głupie, a to dziecko jest przede wszystkim mega odważne, bo nie boi się wielkiego ponad stukilowego psychologa, który coś tam każe jej robić. Ona myśli. Ona jest niezależna. Ona jest asertywna. ONA JEST PERŁĄ!”

Czapka z głowy dla rodziców tego Młodego Człowieka! Jak powielić ich sukces? Zapewne nie dzieje się to przez nieustanne chowanie dziecka pod kloszem i osłanianie przed jakąkolwiek frustracją. Ta dziewczyna pomimo młodego wieku wydawała się już zaprawiona w społecznym boju.

Super dziecko, super rodzic, super depresja.

Super dziecko, super rodzic, super depresja.

Stanąłem przed grupą rodziców zebranych na wywiadówce i powiedziałem tak: “Dzień dobry Państwu. Nazywam się Michał Borkowski. Jestem najlepszym psychologiem w Polsce. Macie ogromne szczęście, że Wasze dzieci trafiły właśnie na mnie, bo JA znam odpowiedź na wszystkie pytania. Co więcej JA MAM RACJĘ, więc jeśli ktoś myśli inaczej niż JA, tym gorzej dla niego.”

Tu zrobiłem pauzę.

Kiedy pojawiły się pierwsze niepewne uśmiechy, pytające spojrzenia, zażenowanie, wiercenie na krzesłach dodałem: “Właśnie takich ludzi wychowujecie.”

Przekazujecie swoim dzieciom Waszą wiarę w nich. Dobrze robicie, to bardzo ważne. Ale także w tym potrzebny jest umiar. Wiara lubi przyjaźnić się z rozumem. Rozum podpowiada, że wspaniałość, wielkość to rzeczy, które się wypracowuje, które wymagają czasu i zaangażowania. Nade wszytko wymagają przyjmowania porażek i uczenia się na nich. Hołdujecie w Waszych korporacjach ocenie 360 i feedback’ujecie się nieustannie, a niestety wielu z Was absolutnie nie dopuszcza do siebie żadnej informacji, która kwestionuje doskonałość Waszego dziecka. Torpedujecie nauczyciela, który mówi: “To nie jest tak, że on zawsze jest ofiarą” albo “Ona też musi popracować nad swoim zachowaniem” czy po prostu wstawia coś innego niż szóstkę Waszemu Geniuszowi. W ten sposób forsujecie absurdalną tezę, że Wasze dzieci są skończonym dziełem, że nie są w procesie rozwoju, że nie potrzebują zrobić już żadnego kroku dalej. Nauczyciele nierzadko się Was boją, są Wami zmęczeni albo po prostu poddali się w obliczu Waszego uporu. Czasami zdarza się jakiś instruktor pływania albo inny specjalista, który skonfrontuje Wasze dziecko, bo przecież pływania trzeba się dopiero nauczyć ale wtedy albo usuwacie instruktora albo rezygnujecie z basenu. Izolujecie dziecko od grupy rówieśniczej, bo ona konfrontuje bez pardonu. Uprzedzacie wszystkie jego interakcje społeczne i tworzycie atmosferę zastraszenia, gdzie każdy kto chciałby wtrącić jakieś “ale”- boi się odezwać. Szukacie literatury i specjalistów, którzy potwierdzą Wasz sposób myślenia.

Najgorsze jest jednak to, co robicie dzieciom. Odbieracie im szansę na rozwój. Wdrukowujecie przekaz, że wszystko im się należy i o nic nie muszą się starać. A między wierszami dajecie im informację: “nie można się mylić- albo jesteś idealny albo cię nie ma”.
To pewna droga do depresji i karłowatej, egocentrycznej osobowości.

Tablety, smartfony, telewizory, youtuberzy.

Tablety, smartfony, telewizory, youtuberzy.

Długotrwałe granie na urządzeniu elektronicznym powoduje wydzielanie kortyzolu. Jest to hormon stresu. Jeśli Twoje dziecko gra- doświadcza na poziomie biochemicznym rekacji identycznych z długotrwałym stresem.

Dziecko wcale nie ćwiczy koncentracji grając, tylko zatraca się w grze. Urządzenie pochłania jego uwagę.

Używanie mediów społecznościowych powoduje wydzielanie dopaminy. Jest to hormon, który przynosi poczucie szczęścia ale jest też silnie uzależniający. Dopamina wydziela się także po spożyciu alkoholu, zapaleniu papierosa i uprawianiu hazardu. Te rzeczy też przynoszą chwilową ulgę, jednak na dłuższą metę powodują uzależnienie i “emocjonalną martwicę”.

Obraz z telewizora atakuje mózg ok 1200 impulsami na sekundę. Reakcja dziecka wystawionego na taką dawkę bodźców przypomina hipnozę, powoduje zachowania agresywne, pobudzenie psycho- ruchowe, wycofanie z kontaktów społecznych itd. Objawy zbieżne z obrazem spektrum autyzmu.

Treść wszystkich nagrań Youtuberów, których przedstawili mi moi młodzi pacjenci była: pusta, podana prymitywnym językiem, podana często w sposób słaby pod względem dykcyjnym, ujęta w takiej formie, która pod względem ilości bodźców była ponad moje siły. Najczęściej zawierała oczywiste lokowanie produktu.

Nieustannie przychodzące powiadomienia, przerzucanie co chwilę strumienia uwagi na inny bodziec prowadzi do defragmentacji uwagi. Człowiek po prostu traci umiejętność skupienia się przez dłuższy czas na jednym zadaniu.

W Stanach Zjednoczonych jest więcej zdarzeń drogowych wynikających z pisania wiadomości podczas jazdy niż z jazdy po alkoholu. W Polsce zapewne też, choć jeszcze nie znalazłem badań.

Właśnie- na wszystko powyższe są już badania. To nie jest kwestia mojej “wiary”, to nie jest moja “prorocka misja”, żeby krzyczeć że ten sprzęt może niszczyć zdrowie, a nawet zabijać. Na to są już cyfry.

Jeśli chcesz nadal upierać się przy swoim, że to tylko zabawa, że to dla śmiechu, dla rozrywki, że trzeba być w kontakcie, to musisz wypierać coraz więcej obiektywnych dowodów.

Wczoraj podczas spotkania z rodzicami jeden Pan powiedział: “dobrze, ale tak jest na całym świecie, takie są czasy, to choroba cywilizacyjna”. Owszem ale to TY JESTEŚ ODPOWIEDZIALNY ZA TWOJE DZIECKO i żadna cywilizacyjna tendencja Cię z tej odpowiedzialności nie zwalnia.

“Nie żyjemy w średniowieczu”- powiada Dziadek mojego pacjenta. Owszem ale każdego języka programowania można nauczyć się w kilka miesięcy i bzdurą jest, że dziecko musi korzystać z urządzeń, żeby nie być zacofane. Wręcz przeciwnie dzieci stają się przez to zacofane emocjonalnie i społecznie, a tych kompetencji nie da się skutecznie wyćwiczyć na kursie czy szkoleniu, jeśli niesie się ze sobą wieloletnie deficyty.

Ogarnij się!

Jak zapytać dziecko o szkołę/ przedszkole?

Jak zapytać dziecko o szkołę/ przedszkole?

Czy też tak macie, że po pytaniu: “jak było dzisiaj w szkole?” słyszycie odpowiedź: “fajnie”, “spoko” i nigdy więcej niż dwa słowa?
Mnie to nie satysfakcjonuje, coś tu nie działa. Skoro nie działa, to trzeba zmienić. Pewnie podobnie jak ja nie raz próbowaliście zmienić nastawienie dziecka. Mój przyjaciel, który za młodu grał w koszykówkę opowiadał mi kiedyś, że jest taka zasada “za podanie zawsze odpowiada podający”. Jeśli piłka nie trafi do adresata, to zawsze wina leży po stronie tego, który rzucał. Zatem zatroszczmy się o jakość naszego dialogu i zmieńmy raczej nasze pytanie.

Proponuję pytać na przykład tak:
Co Ci się dzisiaj najbardziej podobało w szkole?
Co dzisiaj było najśmieszniejsze?
Kiedy się dzisiaj najgłośniej śmiałeś?
Co dzisiaj było najnudniejsze?
Jaka rzecz z plecaka dzisiaj przydała Ci się najbardziej?
Czego dzisiaj w ogóle nie wyjąłeś z plecaka?
Gdybyś jutro to Ty był nauczycielem, to od czego zacząłbyś lekcje?
Kiedy dzisiaj Twoja Pani uśmiechnęła się najbardziej?
Jeśli w Twojej klasie wylądowaliby kosmici, to kogo byś chciał, żeby ze sobą zabrali?
Z kim dzisiaj najwięcej się bawiłeś?
Z kim chciałbyś siedzieć jeśli mógłbyś wybrać z klasy?
Co Cię dzisiaj w szkole najbardziej zaskoczyło?
Czego nowego dzisiaj się dowiedziałeś w szkole?
Co było dzisiaj dla Ciebie najtrudniejsze w szkole?

Powyższe propozycje są celowo tendencyjne i w większości dotyczą pozytywnych doświadczeń. To dlatego, że wielokrotnie spotkałem się z dobrymi pytaniami, które jednak dotyczyły negatywnych doświadczeń i były niejako nakierowywaniem dzieci na szukanie “dziury w całym”. Możemy bardzo skutecznie manipulować myśleniem młodego człowieka przez to, na co ustawiamy jego soczewkę. W każdym doświadczeniu można znaleźć pozytywne i negatywne strony. Zanim zadasz pytanie: “Kto Ci dzisiaj dokuczał?”, “Kto Ci dzisiaj sprawił przykrość?”, “Przez kogo dzisiaj płakałeś?” albo “Czy Ciocia dzisiaj na kogoś krzyczała?” zastanów się po co to robisz. Nie twierdzę, że w ogóle nie powinno się pytać o trudności ale miejmy świadomość, że tendencyjnymi pytaniami możemy te trudności przyciągać niczym Ziemia przyciąga nas siłą grawitacji.

Lista oczywiście nie jest zamknięta. Propozycje pytań z Waszego doświadczenie mile widziane w komentarzach. Wpis zainspirowany życiem oraz lekturą confidencemeetsparenting.com i https://www.huffingtonpost.com/liz-evans/25-ways-to-ask-your-kids-so-how-was-school-today-without-asking-them-so-how-was-school-today_b_5738338.html

Asertywność to sposób myślenia.

Asertywność to sposób myślenia.

Zastanawiam się czy 90 procent treningów asertywności i publikacji na ten temat nie zaczyna się i nie kończy od tylnej strony… Techniki, „zdarta płyta”, komunikat “ja”, stawianie granic w ten i inny sposób. Owszem, to przydatne rzeczy ale czy chcąc się pozbyć chwasta w ogródku wystarczy, że będziesz wyrywał listki? Dopóki nie zadziałasz skutecznie na korzeń, zielsko będzie odrastać. Podobnie z asertywnością- dopóki nie poszerzysz dostatecznie swojego pola świadomości i nie odkryjesz gdzie tkwi przyczyna, zmienisz swoje zachowanie najwyżej na jakiś czas. Prędzej czy później stare nawyki, “stare korytarze relacyjne” i tak Cię dopadną.
Dlatego chcę rzucić wyzwanie Twojemu sposobowi myślenia. Jak chcesz, to weź to pod uwagę.

Po pierwsze: nie ma żadnego “muszę”. Nic nie musisz. Możesz tylko chcieć. Do tego stopnia nie ma “muszę”, że nie musisz się nawet ze mną zgadzać o ile tylko chcesz. Jeśli wydaje Ci się, że jest jakieś “muszę”, to spójrz głębiej, bo tam znajdziesz jakieś “chcę”, z którego to rzekome “muszę” wyrasta. Przykład: chciałem się kiedyś ożenić, chcę być dobrym mężem, więc MUSZĘ być wierny. Rozumiesz? Muszę tylko o ile chcę.
Chcesz spełniać wszystkie oczekiwania szefa? Chcesz być zawsze miły dla klientów? Chcesz odpowiadać na maile po godzinach pracy? Chcesz pracować w domu? Chcesz, żeby klienci do Ciebie dzwonili w niedziele? Jak chcesz, to OKEY. Ale nie mów, że musisz.

Po drugie: przyjemne emocje nie są celem samym w sobie. Dlaczego ma zawsze być przyjemnie? Czasami trzeba przejść przez “ciemną dolinę” niechęci, frustracji, nawet wściekłości. Konkretnie chodzi mi o sytuację, kiedy ta druga strona nie będzie zadowolona z faktu, że egzekwujesz swoje prawa. No i co z tego? Emocje nie giną w przyrodzie. Jeśli ulegniesz ze względy na dobrostan drugiego, to te nieprzyjemne emocje pójdą wraz z Tobą. W najlepszym przypadku odreagujesz na mężu albo dzieciach, w najgorszym zapłacisz za to jakąś psychosomą w przyszłości.

Po trzecie: zacznij od siebie. Nie czekaj aż ktoś stworzy Ci asertywne środowisko, regulamin czy procedury. Ty to zrób. Weź odpowiedzialność za swoje życie i zrób z nim TO, CO CHESZ. Zacznij od teraz, zacznij już.

Napisz w komentarzu co o tym myślisz, jeśli CHCESZ… 🙂

WP Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com