JAK DŁUGO JESZCZE Polska nie zginęła?

Przedwczoraj znajoma nauczycielka robiła zajęcia w grupie pięciolatków warszawskiego przedszkola na temat Polski. Dzieci było jedenaścioro. Ośmioro z nich nie wiedziało, że Polska ma góry, żadne z nich nie wiedziało jak się nazywają. Nazwę morza nad którym leży Polska znał tylko jeden chłopiec z Zespołem Aspergera. Nauczycielka przygotowała na zajęcia quiz ale po odpowiedziach na dwa pierwsze pytania:

“co jest godłem Polski?” “Polska”,

“do jakiego morza wpada Wisła?” “do Bałtowa”,

przerwała zajęcia, wyjęła prywatnego laptopa z torby i korzystając z prywatnego internetu zaczęła dzieciom pokazywać zdjęcia polskich gór, bałtyckiej plaży itd.

Na koniec zajęć quiz wypadł już o niebo lepiej. Tylko jedna dziewczynka, której rodzice stawiają na zamożność i wielojęzyczność dalej twierdziła, że polskie morze to Wisła.

A Twoje dziecko jak wypada w quizie? Jeszcze Polska nie zginęła?

 

Możesz skorzystać z pytań:

„Co jest godłem Polski?”

„Jak się nazywa najdłuższa rzeka w Polsce?”

„Jakie miasto jest stolicą Polski?”

„Do jakiego morza wpada Wisła?”

„Jakim kolorem na mapie zaznacza się góry?”

„Jakim kolorem na mapie zaznacza się wodę?”

„Jakie nazywa najważniejsza pieśń w Polsce?”

„Jak się nazywa święto 11 listopada?”

„Co to jest niepodległość?”

itd.

 

Prosty sposób na radosny dzień.

Obudziłem się wczoraj rano, usiadłem na łóżku i tak mi było ciężko. Tak mi było ciężko, siedziałem, oparłem głowę na dłoniach i było mi ciężko. Po chwili celebracji swojego stanu zacząłem modlić się w myślach: „dziękuję Ci Panie za… dziękuję Ci Panie za… dziękuję Ci Panie za…” nie mogłem ruszyć. Czułem się jak samochód zakopany w błocie lub śniegu. Koła buksują, trochę drgnie ale nie jedzie. Nagle poszło: „dziękuję Ci Panie za to, że mogę sobie tak siedzieć z głową w dłoniach i myśleć jak mi ciężko. Dziękuję Ci za to, że w Polsce nie ma wojny, że dookoła nie ma strzelaniny, że nie budzą mnie wybuchy, że nie muszę uciekać, że w ogóle mogłem spać- słowem, że mogę sobie siedzieć i rozkminiać jak mi ciężko”. To dało mi takiego kopa, że natychmiast wstałem. Wstałem z uśmiechem.

Sami wybieramy radość. Radość to kwestia wyboru i dezyzji. Później tego samego dnia spotkałem starszą Panią przy naszym Ząbkowskim basenie.

„Przepraszam Pana, czy tutaj można jakoś dojechać komunikacją?”

„Tak, można darmowymi autobusami”

„Bo widzi Pan, czytałam, że taka piękna pływalnia i rzeczywiście w środku pięknie ale jak szłam tutaj to obraz nędzy i rozpaczy”.

„Przystanek jest w razie co na przeciwko, do widzenia Pani.”

Trzeba naprawdę się starać, żeby dostrzec w moim mieście obraz nędzy i rozpaczy. Jest kilka nieciekawych obrazków ale żeby znaleźć nędze i rozpacz to trzeba się naprawdę postarać. Kwestia wyboru i decycji.

Na co kierujemy swoją codzienną soczewkę? Sami wybieramy. Można narzekać na saunę, że za gorąca, na jacuzzi, że za mocne, na pracę, że mało płatna, na dom, że za mały, na samochód, że za stary. Zawsze można znaleźć powód do narzekania. Jak się chce- to można.

Wszystko można jak się CHCE. Można powiedzieć- dziś dzień bez narzekania i we wszystkim szukać dobrej strony. Dlatego Jezus zawsze pytał: „CHCESZ?” Nawet niewidomego pytał „co CHESZ?”- i nie był to słaby żart tylko bardzo poważne pytanie.

Chcesz mieć dziś radosny dzień? Proszę bardzo.

Błogosławieni, którzy się nudzą albowiem oni… coś sobie wymyślą.

 

Kilka dni temu, ku mojej wielkiej radości, syn sięgnął po moją książkę. Zaczął ją czytać!!! To wspaniałe zwłaszcza, że jest w pewnym sensie jej współautorem. Jego recenzje były natychmiastowe- na przykład wparował do mojego pokoju, pomimo próśb, żeby nie przerywano mi drzemki i ochrzanił mnie z góry na dół za to, że napisałem o Jenga Angry Birds, że to najgłupsza zabawka świata. Dla podreślenia swoich słów rzucił klockiem z gry na kołdrę i wyszedł.

Ale nie o tym.

Dzień później, przy śniadaniu wyznał spontanicznie: “tata, wiesz dlaczego ja zacząłem czytać Twoją książkę?”

Moja pierś zrobiła się niecodziennie wypięta, duma zaczęła powoli kipieć uszami, bo spodziewałem się, że zaraz powie jak jestem dla niego ważny albo jak bardzo mnie podziwia, a on na to: “bo się nudziłem”. Balon pękł. To po moją książkę można sięgnąć z nudów, a nie tylko i wyłącznie z powodu jej wspaniałości?

Natychmiast jednak przyszła inna refleksja. Coś, co chciałem już dawno powiedzieć. Rodzice boją się tych słów bardziej niż najgorszego wyroku. Gdy dziecko mówi “nudzę się”, natychmiast idzie za tym poczucie winy, przymus wymyślenia jakiegoś zajęcia potomkowi, pomysł kupna nowej zabawki, gadżetu albo kolejnych zajęć pozalekcyjnych. Bo jeśli dziecko się nudzi, to znaczy, że ja nie sprawdzam się jako rodzic? Czy aby na pewno?

Przecież to człowiek, a to znaczy istota twórcza. Nuda, jeśli się ją “weźmie na klatę” i nie zabije jakimś łatwym, ucieczkowym sposobem, może być matką twórczości w naszym życiu.

Ale my w dzisiejszych czasach chyba w ogóle przeżywamy rodzicielstwo jak nieprzerwany egzamin u wrednego, złośliwego profesora. Tym profesorem są w naszych oczach własne dzieci. To chyba nie tak.

PS. Dorośli chyba też uciekają przed nudą i przez to ich życie staje się nudne.

Nieustannie pamiętać o co mi chodzi.

W minioną środę stanąłem obok moich przyjaciół, którzy chowali swojego siedmioletniego syna. Chłopiec zmarł w ostatnią niedzielę po ośmiomiesięcznej walce z rakiem. Patrzyłem na białą trumnę i spadające na nią białe róże rzucane w większości przez kolegów i koleżanki Krzysia z klasy. Patrzyłem w oczy matki i ojca, którzy żegnali swoje dziecko. Patrzyłem w oczy siedzącego obok mojego syna, który jest rówieśnikiem Krzysia. Patrzyłem na jasne włosy mojej córki, która jest od niego dwa lata młodsza.

Dzień wcześniej rozmawiałem z innym przyjacielem, który przytoczył mi fragment swojej rozmowy z żoną. Powiedział do niej mniej więcej tak: “Jesteśmy jedenaście lat po ślubie, mamy troje dzieci, może byśmy ZAŁOŻYLI RODZINĘ?” Chodziło mu o przeciwdziałanie pochłaniającej ich korporacji, w której oboje pracują i coraz bardziej się pogrążają.

Jeszcze wcześniej inny przyjaciel zapytał mnie czy znam trzy pytania, które mogą pomóc we wczesnej diagnozie pracoholizmu. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z nim o tym, że oglądamy każdą złotówkę dwa razy, zanim ją wydamy. Dziś obydwaj jesteśmy ludźmi zamożnymi. Nadszedł czas, kiedy powinniśmy dwa razy oglądać każdą chwilę naszego życia, zanim zdecydujemy się ją wydać na pracę.

Na co dzień tak łatwo dajemy się pochłonąć pierdołom, mało ważnym rzeczom, gonimy za groszem, za awansem, za uznaniem, za zleceniem, za czym jeszcze…?

Chcę w każdej chwili pamiętać o oczach Ewy i Marka- rodziców Krzysia, chce zawsze pamiętać o tym, co jest dla mnie w życiu ważne.

Nie kłam!!! Czasami musi boleć.

 

Moja koleżanka ma troje dzieci. Najmłodsze ośmiomiesięczne zostało z ojcem, a ona wzięła dwoje i pojechała na pobranie krwi- bo trzeba zrobić badania. Obudziła wcześnie, ubrały się, zapakowała je do auta i dwoje sama ogarnęła. Potem szybko do przedszkola i z powrotem do domu, żeby nakarmić najmłodsze.

Akurat dziś też byłem na pobraniu. Razem ze mną czekała dziewczynka około pięciu lat. Wraz z nią asysta trzech dorosłych osób: mama, tata i dziadek. Dziadek na szczęście był „zakontraktowany” tylko do poczekalni, więc w pokoju pobrań były z dziewczynką tylko trzy osoby dorosłe- rodzice i laborantka. Jeszcze się nic nie zaczęło dziać, jak wszyscy dorośli zaczęli na raz rapować nad dzieckiem: “nie płacz, to nic nie boli, przestań płakać, nic się nie dzieje” itd. Dziecko płakało, płakało i płakało. Ale chyba każdy by się popłakał jakby trzy dorosłe osoby krzyczały nad nim, żeby nie płakać i kłamały, że wbicie igły nie boli.

To zawsze boli. To boli tylko przez chwilkę ale boli. Po drugie płacz to nic złego- można płakać. A to dziecko nawet ludzie z kolejki uciszali- “nie płacz”. Dlaczego???

Trzeba mieć czas i pieniądze, żeby rozkręcić taki kabaret. Bo jak ktoś ma troje i musi szybko ogarnąć dwoje po drodze do przedszkola i to na tyle sprawnie, żeby zdążyć na karmienie trzeciego, to nie ma szans na taki cyrk.

Czasami kolejne dziecko jest najpotężniejszym lekarstwem.

Najlepszego rodzicom z okazji Dnia Nauczyciela!

 

Wszyscy zdrowi rodzice (także ja) pielęgnują w sobie przekonanie “moje dziecko jest najwspanialsze”. Każdy bodziec przeciwny tej tezie (na przykład nie-najcudowniejsza-ocena w szkole, przedszkolu) powoduje duży stres u rodzica. Reakcje mogą być różne: od całkowitego zaprzeczenia, poprzez racjonalizację- “głupi nauczyciel”, po podjęcie refleksji i działań zaradczych. Niestety najczęściej ostatnio obserwuje reakcję pt. “głupi nauczyciel”. Kiedyś usłyszałem pytanie mamy w szatni do syna, który ze łzami wyznał, że dostał uwagę od Pani: “ale co Pani zrobiła, że dostałeś uwagę?”

Wydaje mi się, że za tym stoi głęboko zakorzenione pragnienie aby oszczędzić naszemu dziecku trudnych przeżyć. To zrozumiałe, też tak mam. Ale spójrzmy w dłuższej perspektywie- dorosłe, dojrzałe życie stawia przed nami codziennie mniejsze i większe frustracje, z którymi powinniśmy sobie jakoś radzić. Dziecko płacze w nocy, żona ma inne zdanie, szef nie akceptuje pomysłu, kierowca na drodze na nas zatrąbił itd. itp. Codziennie musimy sobie jakoś z tym radzić, o ile chcemy żyć wśród ludzi. Jeśli nasze dzieci nie nauczą się tego dzisiaj- nie będą umiały sobie z tym poradzić za kilkadziesiąt lat. Chodzi chyba nie tyle o to, żeby oszczędzić dziecku wszelkich nieprzyjemnych przeżyć, co o to, żeby być z nim blisko w tych sytuacjach. Obdarzać uwagą, czasem, czułością właśnie w trudnych chwilach, żeby dziecko nabrało pewności, że da radę, że jest wartościowe pomimo “minusa z angielskiego”.

To my- RODZICE- ostatecznie jesteśmy odpowiedzialni za to, kto wyrośnie z naszych dzieci. Uświadomiłem to sobie kilka lat temu, jak z pięcioletnim synem oglądałem kino familijne w niedzielne popołudnie. W momencie jak James Bond zabił swojego przeciwnika wbijając mu w serce samurajski miecz. Najpierw miałem pretensje do telewizji, że taki film puszczają w takim momencie ale po chwili dotarło do mnie, że to ja mogę zmienić kanał albo zupełnie wyłączyć telewizor i znaleźć inną formę spędzenia czasu z moim dzieckiem.

Wszystkiego najlepszego rodzicom, z okazji Dnia Nauczyciela!!!

Wypluj to słowo czyli kto tak naprawdę jest debilem.

Koleżanka psycholog opowiadała mi ostatnio, jak podczas terapii dziewięcioletnia dziewczynka skarżyła jej się: “tata mówi, że jestem debilem i że zawsze będę debilem… ostatnio jak tata odrabiał ze mną lekcje to się zdenerwował i tak mi powiedział”.
Jak byłem młody, funkcjonowało takie powiedzonko: “wypluj to słowo”. Używało się go, kiedy ktoś powiedział, że mogłoby się przydarzyć coś, czego sobie nie życzyliśmy. Jest w tym powiedzeniu ludowa intuicja, która sięga biblijnej księgi przysłów. Wiem, że będą ten tekst czytać także osoby niewierzące w Boga ale jak powiadają najbogatsi żydzi “można nie wierzyć w Boga ale nie wierzyć Biblii jest głupotą”. Otóż starotestamentalna Księga Przysłów w rozdziale 18, wersecie 21 mówi: “życie i śmierć jest w mocy języka, jak kto go lubi używać, taki spożyje zeń owoc”. Krótko mówiąc co gadasz, to Ci się stanie. Powie ktoś głupota, zabobon, średniowiecze. Nie w takie głupoty ludzie wierzą. Dlaczego nie spróbować? Dlaczego nie zacząć błogosławić czyli dobrze mówić? Przede wszystkim samemu sobie, a dalej wszystkim innym, których spotykamy. Nie wiem jak to działa. Ja mam swoje przekonania i gdzieś w nich próbuje te sprawczą moc słowa osadzić. Kto inny powie psychologia, emocje, samospełniające się proroctwo. Tak, czy inaczej ta intuicja, że słowa są ważne powraca i… cały czas jest lekceważona. Tak trudno jest powiedzieć do dziecka “jesteś zdolny i poradzisz sobie z tym zadaniem”? Czy to głupie? Niemądre? A powiedzieć do niego “Ty debilu” to zapewne szczyt rozsądku?
Powiedzieć sobie dziesięć razy rano “to będzie wspaniały dzień” to zapewne głupota ale zrzędzić od rana na wszystko i prorokować, że się nie uda, że ona znów będzie wredna, że będą korki, że na pewno się spóźnie, że nie dam rady- to racjonalność w czystej postaci, tak?
Wracając do wspomnianego taty (jeśli można tak nazwać tego psychicznego oprawcę), przypomina mi się opowieść szwagra policjanta, który pojechał kiedyś do kobiety pobitej przez męża siekierą. Mężczyzna uderzył żonę kilkakrotnie obuchem w głowę. Lekarz z wezwanego na miejce pogotowia narzekał: “szkoda, że obuchem, a nie ostrzem”. Mój szwagier był oburzony. Lekarz wyjaśnił krótko: “po uderzeniu ostrzem mamy zwykły krwotok- sprawa jest prostsza, po obuchu mamy obrażenia i krwiaki wewnętrzne, nie wiemy co robić…” Czasami myślę o tym ile można zadać bólu dziecku (i w ogóle drugiemu człowiekowi), nawet go nie dotykając…
Ty, który doczytałeś do tego miejsca- jesteś wspaniałym człowiekiem, jesteś mądry, piękny, jesteś po prostu wielki. Będziesz miał fantastyczny dzień. Dziś i zawsze.

Poniżej świadectwo dorosłego mężczyzny (zakonnika) o tym, jak długo musiał się zmagać z jednym słowem swojej nauczycielki 🙁

 

 

Audio i video :)

Ostatnio mało pisałem ale za to dużo powiedziałem. Jeśli chcesz posłuchać to od 50’30” zaczyna się moja konferencja.

 

 

Wielkie zjednoczenie polskiej sceny politycznej jest faktem- czyli dlaczego nie idę dzisiaj do szkoły.

 

Rozmawiałem ostatnio z jedną emerytowaną nauczycielką. Opowiadała jak to jeden z jej dawnych uczniów rozpoznał ją na ulicy i się pięknie ukłonił. Bardzo ją to ucieszyło. Zapytała go jak ją rozpoznał, licząc w duszy, że usłyszy tak potrzebne w jej wieku “nic się Pani nie zmieniła”. Mężczyzna powiedział natomiast zupełnie szczerze: “po płaszczu”. Wtedy moja rozmówczyni uświadomiła sobie, że rzeczywiście ma na sobie ten sam płaszcz, który nosiła już ponad dwadzieścia lat wcześniej.
Dojrzewałem do decyzji odejścia z pracy w szkole już od kilku lat. Moi najbliżsi nie mieli łatwo, bo zawsze, gdy przychodził maj- termin kiedy powinienem złożyć wypowiedzenie stawałem się w najlepszym razie nieobecny.
Przeważył moment, kiedy prawie rok temu niemało pokłóciliśmy się na rodzinnej uroczystości o tzw. reformę edukacji. W naszej rodzinie przebiega wyraźna linia podziału politycznego stąd jedni byli za, drudzy przeciw, atmosfera narastała, kiedy nagle jedna z osób- także nauczycielka powiedziała “jaka reforma, przecież zarobki cały czas takie same”. Rzeczywiście reform w polskiej edukacji jest od groma ale zarobki cały czas pozostają na tym samym poziomie czyli poniżej poziomu krytyki. Nauczyciel z dwudziestoletnim stażem, ze wszystkimi możliwymi stopniami awansu, dodatkiem motywacyjnym nie zarabia trzech tysięcy netto. Nowy nauczyciel wskakuje na poziom poniżej dwójki netto. Niedaleko mojej szkoły otworzono Lidla, w którym witał klientów duży rollup ze zdjęciem uśmiechniętych ludzi i napisałem: chcesz zarabiać 2700 netto? Chce! Po dziesięciu latach w szkole zarabiam mniej niż na wejściu w Lidlu. Oczywiście mój etat to 25 godzin tygodniowo oraz wolne soboty i niedziele. Ale mój etat to praca z dziećmi, z “materiałem” nieprzewidywalnym, to odpowiedzialność totalna za dzieci. Ten fragment dyskusji może być nie do pojęcia dla osoby, która nie doświadczyła pracy w szkole ale naprawdę- z całym szacunkiem do pracowników handlu- to inna bajka.
Prestiż zawodu nauczyciela jest wspomnieniem. Dziś szkoła i jej pracownicy są pierwszym do bicia, kiedy cokolwiek się stanie. Przy każdej sposobności pierwsze pytanie: “co szkoła zrobiła?” i kontrole, papierologia itd. Coraz większy zakres obowiązków, coraz bardziej odległych od samego uczenia. Zespoły, promocja szkoły, kontrole, ewaluacje, zarządzanie ryzykiem itd. I papierologia. Wszystko to za stawkę poniżej Lidlowej.
Wielką tajemnicą pozostaje dla mnie dlaczego to cały czas tak się toczy. Dlaczego nauczyciele nie tupną nogą i nie powiedzą dość. Organizują co prawda jakieś pseudo-strajki jak mój ulubiony kilka lat temu, który odbył się w sobotę. Nauczyciele poszli pod ministerstwo. Ciekawe czy w ministerstwie losowali kto przyjdzie w sobotę do pracy, żeby odebrać postulaty nauczycieli, czy po prostu stróż przyjął. Wiadomo, że narzeka się na przerwie w pokoju nauczycielskim, do tego jeszcze raz w miesiącu jest sesja organizacyjno- narzekająca zwana spotkaniem rady pedagogicznej, a potem dalej się to toczy. Opozycja krzyczy, że jest źle, że oni to uzdrowią, po czym zostaje stroną rządzącą i nic nie robi. Tak to się toczy.
Przerażające jest tylko to, że w tym są nasze dzieci. Jako społeczeństwo godzimy się na to, że pani obsługująca nas w sklepie zarabia więcej niż pani, która wychowuje nasz największy rzekomo skarb.
Albo ja przeoczyłem jakiś ważny element w tym wszystkim albo jest to jakaś zbiorowa hipnoza, w której trwamy już od wielu lat. Ja w każdym razie powiedziałem DOSYĆ! BASTA!

Bolączki drugiego dziecka.

Powtarzające się pytania od kilku miesięcy “czy sobie poradzi? Jest przecież jeszcze młody, ma dopiero siedem lat? Czy to nie za wcześnie?”

Uparłem się i mój siedmioletni syn jedzie na obóz szachowy na 9 dni, 400km od domu.

Gorączkowe przygotowania w ostatnich godzinach, specjalnie przerywam pobyt na innym obozie (w pracy), żeby wrócić na chwilę do domu i osobiście odwieźć go na zbiórkę.

Jedziemy, popłakuje, w autokarze widzi kolegę, zajmuje miejsce koło niego i przepadł. Uff, jak dobrze. Baliśmy się, że będzie płakał. Pojechał.

Wracamy całą trojką. Córka wchodzi do domu, zdejmuje buty, wchodzi do swojego pokoju, wchodzi pod biurko i znika.

“Co tam?”- pytam.

“Nudzę się.”- odpowiada ale czuć, że to nie to.

Do czujnego serca mojej żony dociera pytanie- “czy znowu nie przegieliśmy z koncentracją na tym pierwszym dziecku?” Już praktycznie od miesięcy, a w ostatnich dniach permanentnie on i jego wyjazd. A ona, co ona przeżywa, co myśli, co czuje?

To będzie najtrudniejszy tydzień przede wszystkim dla niej.

Z pomocą przyszła kobiecość. Nie ma w domu chłopów, zatem Panie zrobiły sobie istne DNI KOBIET. Wspólne zakupy, gotowanie, nocowanie u babci, a potem u mamy chrzestnej. Wspólne wyjście na basen trzema pokoleniami same Panie.

Wreszcie na deser największa niespodzianka od mamy. Poszły niby jak zwykle na pazurki z mamą, a tu nagle Pani Ania mówi: “Haniu, zapraszam”. I tak wybiła chwila, której to małe kobiece serce pewnie nie zapomni nigdy. Moment kobiecej inicjacji- Hania była na paznokciach.

Nie było mnie tam ale nie byłem potrzebny, pewnie wręcz byłem niepotrzebny. Kobiety przyjęły kobietę do swojego grona.

Dostałem zdjęcie efektu końcowego. Mogę sobie tylko wyobrazić miny i uśmiech Pań czekających w kolejce jak moja niespełna sześcioletnia kobieta paradowała ze swoimi umalowanymi pazurkami.

Oczywiście zadzwoniłem i celowo nie rozmawiałem z mamą, tylko od razu poprosiłem ją do telefonu. Co za głos!!! Jakoś tak inaczej brzmiała. Pani namalowała jej płatki kwiatków.

Trzeba pilnować tej uważności na drugie dziecko, bo samo to jakoś słabo przychodzi.

 

Efekt końcowy ŻABKA 🙂